Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksperyment seo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą eksperyment seo. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2013

Disavow.txt - czy faktycznie szkodzi?

Opinie w tym temacie są podzielone: część branży krzyczy, że umieszczanie domen w tym pliku to podcinanie gałęzi, na której się siedzi, zaś druga część w odpowiedzi stuka się palcem w czoło. Disavow.txt intryguje mnie od chwili, w której się objawił, a że ciekawość leży w naturze mojej płci, natychmiast przystąpiłam do eksperymentowania z owym plikiem. Przez kilka miesięcy wyczyniałam rozmaite cuda, takie jak:

1. Ładowanie do disavow.txt wszystkich stron spamerskich (z generowanymi tekstami i odnośnikami umieszczanymi gdzie popadnie), na których jakieś firmy umieszczały linki do witryn Klientów, którzy uciekali od ww. firm do mnie - przykład "poprawnego" wykorzystania disavow.txt;
2. Wrzucanie hurtem do disavow.txt wszystkich darmowych katalogów SEO kierujących na strony poligonowe, a potem usuwanie owego pliku całkowicie;
3. I wreszcie umieszczanie w disavow.txt wyłącznie tego typu stron, do których pretensje zgłaszało Google w związku z filtrem ręcznym, choć osobiście uważałam, że czepia się ich kompletnie bezpodstawnie.

Co wynikło z powyższego?

1. Zdejmowanie filtra w tempie błyskawicznym (maksymalnie 12 dni), aczkolwiek były to początki całej zabawy z RR-ami i wówczas w miarę zgrabnie szło usuwanie kar.

2. Tutaj następowały rzeczy interesujące - po umieszczeniu domen (200 darmowych katalogów SEO) w disavow.txt, pozycje spadały w dół (frazy konkurencyjne, bo i takie trzymam na poligonach).


Plik został wgrany pod koniec czerwca 2013, na obrazku powyżej mamy lipiec. Spadek widać wyraźnie. W tym samym czasie zabiegałam o linki możliwie najbardziej naturalne, strona generalnie była zoptymalizowana od początku istnienia. Ponieważ był to pierwszy eksperyment tego typu, po tygodniu usunęłam disavow.txt. Po kolejnym tygodniu strona odbiła straty, a nawet zyskała na pozycjach.

Podobne eksperymenty przeprowadzałam też na innych domenach, z różnym czasem trzymania disavow.txt, ale zawsze z identycznym rezultatem. Spadek, a potem powrót. Co istotne - żadna ze stron nie była przez Google ukarana, a zrzekałam się linków z witryn uważanych przez znaczną część branży za śmieciowe (czytaj katalogi różnej maści, z przeważającą ilością SEOkatów). Ciąg dalszy zabawy trwa dla kolejnych paru domen (chcę przetrzymać taki disavow.txt przez pół roku, po tym czasie usunąć i zobaczyć co z tego wyniknie).

3. Przypomnę - zabawa z disavow.txt przy domenach ukaranych przez Google i ładowanie do niego tylko domen tego typu, które Googlarze uznali za "fe", choć moim zdaniem wcale "fe" nie były. Efekt? Filtr pozostawał niewzruszony. Dopiero po wywaleniu linków z tych adresów, które na oko uznałam za szkodliwe i uzupełnieniu disavow.txt o śmieci w stylu tych z punktu numer 1, kara była zdejmowana.

Co ważne: ze stron, które mnie się podobają, a nie podobają się Googlarzom, twardo prowadzą linki do innych moich witryn, w tym do firmowej (np. z Linksora) i nie mam najmniejszego zamiaru nic z tym robić (nawet, jeśli inni pozgłaszali je do disavow.txt dla świętego spokoju).


Z dotychczas przeprowadzonych przeze mnie testów jasno wynika, że disavow.txt jest jednak przesadnie przeklinany przez branżę i jeśli trafi do niego jakaś domena, nie zostaje ona napiętnowana i przekreślona na wieki. Nie wykluczam, że gdyby kilkadziesiąt tysięcy osób jakiś link umieściło w ww. pliku, efekt by był i domena na wartości by straciła (choć diabli wiedzą, za Googlem się nie trafi). Ale jeśli korzystamy z disavowa rozsądnie, to podnoszenie krzyku wydaje mi się osobiście reakcją mocno przesadzoną.

Testy, jak wspomniałam, trwają, więc pozwolę sobie od czasu do czasu aktualizować wpis, jeśli objawią się jakieś nowe rezultaty.

niedziela, 21 lipca 2013

Treści na stronie + Fresh Content Bonus ;)

Mój zeszłotygodniowy wpis poświęcony sile contentu wywołał dyskusję, jakiej absolutnie się nie spodziewałam. Ale, jak to zwykle w środowisku SEO bywa, odpowiedzi na mojego posta były skrajnie różne. Te, które przewijały się najczęściej, miały pi razy drzwi następujący charakter:

  • Pffffff! Też odkrycie Ameryki. Wiadomo, content is king!
  • Eeee, bzdura. Totalnie przeceniona siła contentu :/
  • Jeden przykład? Mało! Nie sposób z tego wyciągnąć wniosków!

Zgoda, wpis poświęcony był stronie młodej i tylko jednej, ponieważ chodziło mi o zarysowanie ciekawego zjawiska i zaprezentowanie, że można dobrą treścią podciągnąć pozycję witryny na wyższe miejsca w Google. Co - w dobie Pandy - absolutnie nie jest przecenione (oczywiście moim zdaniem). Bardzo mnie też ucieszyło podejście jakie zaprezentował Mariusz Kołacz - nie wrzucił on od razu moich spostrzeżeń do kosza, ale postanowił włączyć się do zabawy pod tytułem "Poeksperymentujmy z treścią na stronie i zobaczmy co z tego wyniknie" ;)

No dobrze, ale skoro już ową burzę wywołałam mówiąc "A", wypadałoby powiedzieć także "B". Proszę uprzejmie, weźmy dziś na tapetę moją własną stronę firmową.

Jak większość osób zajmujących się SEO zawodowo (tak przynajmniej wynika z dyskusji, jakie prowadzę z ludźmi z branży) zdecydowanie większą wagę przykładam do stron Klientów, niż do własnej. Oznacza to, że o ile wprowadzam jakieś zmiany w serwisie i czasem pozyskam parę linków, o tyle nie poświęcam mu zbyt dużo czasu. Prosta sprawa - to Klienci są priorytetem, a nie moja witryna (na pytania w stylu "Idiotyzm, to jak pozyskujesz Klientów?" odpowiem od razu krótko, że nie od samego TOP10 zależy czy ma się zlecenia czy nie - wiele osób po prostu mnie poleca znajomym firmom lub własnym kontrahentom; ale zeszłam z tematu). 

Badając wpływ contentu na pozycje w wyszukiwarce nie mogłam rzecz jasna nie poeksperymentować i na własnej stronie. Zanim jednak zacznę publikować screeny pokazujące zmiany pozycji, napiszę słów parę o samej domenie:
  • adres: http://artevia.pl
  • data rejestracji domeny: 19.12.2006 (pierwsze treści zaczęły pojawiać się na stronie na początku 2007 roku)
  • łączna liczba linków na dzień dzisiejszy (według GWT): 96522
Większość odnośników prowadzi z wykonanych przeze mnie stron, a anchory są zaiste cudne - głównie "design by ARTEVIA" ;) Zdarzają się i inne, bo zaprzyjaźnione serwisy nie mają nic przeciwko umieszczeniu linków o nieco bardziej sprecyzowanym brzmieniu, ale większość wygląda jak ten wcześniej wspomniany. Zresztą każdy może sprawdzić sam, narzędzi ci u nas dostatek.

Okej, do rzeczy.

Poniżej screeny dla kilku haseł sprzed wprowadzonych w treści strony zmian:

Marzec 2013 - tak na marginesie, audytu nie miałam wówczas w ofercie

W kwietniu wciąż nie miałam głowy do zajmowania się własną stroną, zoptymalizowałam ją nieco i pozostawiłam własnemu losowi. Po majowym przejściu Pingwina i "wyniuchaniu na duszę" większego ruchu w temacie Pandy (o czym wspomniałam i na blogu) postanowiłam rozpocząć eksperymenty z treścią. W czerwcu sytuacja nieco się odmieniła:

Czerwiec 2013 - audytu w ofercie wciąż brak, dodałam go w połowie lipca, ale o tym za chwilę

Uczciwie przyznam, że w tym okresie pozyskałam również parę linków, ale można je policzyć na palcach jednej ręki. No, może dwóch, ale szału nie było, o żadnych blastach czy innych świństwach nie wspominając. Ot, postanowiłam dodać stronę choćby do paru katalogów Zgreda, uruchomiłam nowe witryny dla Klientów. Żadne zintensyfikowane akcje pozyskiwania odnośników nie miały miejsca.

No i mamy lipiec. W połowie miesiąca dorzuciłam na stronę informację o audytach, jednocześnie nie pozyskując ani jednego odnośnika z anchorem "audyt" (poniżej screen z Majestica, a kto nie wierzy, niech sam sprawdzi):


I sytuacja na chwilę obecną w zakresie pozycji w SERP:


Linków od końca czerwca nie pozyskiwałam, więc oblegane "pozycjonowanie" nieco zdechło, za to pojawiły się całkiem fajne pozycje dla audytu (co tylko potwierdza premiowanie nowych treści w Google, o czym też toczyła się dyskusja przy okazji contentu). W górę poszło "tworzenie" i "projektowanie" z hasłami lokalnymi, choć dla tych konkretnych anchorów nie pozyskiwałam odnośników od dość dawna (tu ograniczyłam się do zmian w treści).

Rzecz jasna powyższe screeny prezentują tylko wycinek fraz, na które sprawdzam swoją stronę, ale chodziło mi dzisiaj o pokazanie tych dość mocno obleganych słów kluczowych i o wskazanie zmian "na plus" po manipulacjach z treścią w serwisie. Dla łatwiejszych haseł efekty są zdecydowanie bardziej spektakularne, ale o tym pozwolę sobie napisać w przyszłym tygodniu.

A zatem - czy treści na stronie mają znaczenie? Jasne, mają (odkrycia Ameryki nie ma). Czy to znaczenie jest duże? W mojej ocenie - tak. Ale zrozumiem też sceptyków, którzy preferują inne metody windowania własnych stron w wyszukiwarkach.

niedziela, 14 lipca 2013

Potęga contentu

Treść na stronie ma kluczowe znaczenie w przypadku pozycjonowania metodami White Hat SEO (a przynajmniej metodami najbliższymi temu ideałowi). O ile bowiem "Czarna Strona Mocy" może dzięki wykorzystaniu siły spamu doprowadzić do sytuacji, w której po wpisaniu słowa "kłamca" w Google wyskoczy nam strona premiera, o tyle metodami WHS takiego efektu nie da się osiągnąć. Ale z drugiej strony, komu z WHS zależałoby na wprowadzeniu użytkownika Internetu w błąd i podsuwaniu mu strony, która z wyszukiwanym hasłem ma niewiele wspólnego? Abstrahuję tutaj od politycznego przykładu podanego wcześniej, bo nie polityką będę się w tym wpisie zajmować ;)

W ostatnich miesiącach przeprowadziłam pewien eksperyment, który potwierdził, że Google w większym niż kiedykolwiek stopniu zwraca uwagę na treść strony. A przypominam - jeszcze nie tak dawno temu możliwe było osiągnięcie TOP10 dla serwisów, które zawartością merytoryczną kompletnie nie grzeszyły. Odpowiednie linki załatwiały sprawę, parę słów na krzyż na stronie (zgodnych z pozycjonowanymi hasłami) okazywało się wystarczające (przynajmniej dla fraz o niskiej bądź średniej konkurencyjności). Zabawa skończyła się wraz z nadejściem Pandy, która nie miała litości dla witryn prezentujących jakieś ochłapy informacji w miejsce solidnego contentu.

Wracając do eksperymentu, o którym wspomniałam wcześniej. W maju postawiłam świeżą stronę, na nowej domenie (dla znajomego, który zgodził się poświęcić stronę do celów analitycznych, pod warunkiem że efekty prac pojawią się najpóźniej w ciągu 3 miesięcy). Stronę zoptymalizowałam i zasilałam linkami, ale treść potraktowałam po macoszemu. Pierwsze efekty pozycjonowania dały się zauważyć dość szybko - sprawa jasna: to FSB pozwoliło cieszyć się szybkimi wynikami:

Maj 2013 - Fresh Site Bonus

Jak jednak wiadomo Fresh Site Bonus równie szybko się pojawia, co równie szybko kończy, więc czerwiec przyniósł już skoki i spadki (treści na stronie wciąż było tyle, co na lekarstwo - dopiero w połowie miesiąca zaczęłam stopniowo dodawać unikalne i rozbudowane teksty, sprawdzając jak też Google zechce na to zareagować):

Czerwiec 2013 - koniec FSB widać wyraźnie, podobnie jak moment, w którym
Google zauważyło stopniowo wprowadzane treści

Do końca czerwca całą stronę uzupełniłam wartościowymi tekstami, dodałam zdjęcia (opatrzone altem), bardziej skupiając się na optymalizacji treści niż na pozyskiwaniu linków. Efekt? Poniżej screen z bieżącego miesiąca:

Lipiec 2013 - jak widać nastąpiły solidne wzrosty dla niemal wszystkich haseł

Wniosek może być tylko jeden - Google rzeczywiście w większym niż kiedykolwiek wcześniej stopniu docenia content. Co więcej, dobra treść chętniej jest przekazywana dalej, w związku z czym problem linkowania rozwiązuje się w dużym stopniu sam. Pozyskiwanie wartościowych odnośników wciąż oczywiście jest istotne, ale dla haseł o średniej konkurencyjności (jak w tym przypadku) sama zawartość witryny potrafi zapewnić jej wysokie miejsca w SERP.

czwartek, 7 marca 2013

Testujemy blasty - poligon został wybrany

O skuteczności blastów, stanowiących jedną z metod niezbyt lubianych przez Google, naczytałam się już tyle, że charakter nie pozwolił mi na dalszą bezczynność. I wiem, że testy przeprowadzali już inni - nic nie szkodzi, jako kobieta uparłam się, że muszę we własnym zakresie sprawdzić, w czym tkwi dzieło. Za poligon posłuży mi sklep internetowy mojego własnego małżonka (wyraził zgodę bez najmniejszego wahania, ponieważ z kolei jego charakter powoduje, że z owym sklepem nie robi nic kompletnie, położył na nim krzyżyk ze dwa lata temu i sklep obecnie straszy niczym statek widmo), no i cóż - przystępuję do dzieła ;)

Jednocześnie, być może z powodu niepokojonego owymi blastami sumienia, wgryzam się coraz głębiej w zalecenia Google i włos jeży mi się na głowie, bo gdyby robić wszystko tak, jak życzy sobie tego szanowny Googlarz, to primo: optymalizacja jednego serwisu (rozbudowanego, bo liczącego około 30 podstron, zapchanego treścią i galeriami zdjęć) trwałaby chyba z miesiąc (ewentualnie tydzień przy założeniu pracy 24/7), a secundo: ograniczenie się potem do pląsania po polach wyszukiwarki w Białym Kapeluszu na głowie, raczej nie przyniosłoby i tak oczekiwanego sukcesu. Zwłaszcza przy konkurencyjnych frazach, które pozycjonowane są właśnie m.in. blastami - o czym dowiedziałam się przypadkowo na szkoleniu w Katowicach... miło było spojrzeć w oczy konkurentowi numer 1 ;)

ACTIONPOINT - poligon wybrany na miejsce eksperymentu

Moje podejście generalnie nie ulega zmianie, ufam, że Google jednak wie co robi i może kiedyś te strony, które promowane są metodami WHS, nagrodzi, a reszcie da po łapach. Nie oznacza to jednak, że nie warto zapoznać się bliżej z tajną bronią konkurentów, prawda? Zwłaszcza, że (póki co) zdaje się ona działać. 

Totalnej zagłady się nie spodziewam, natomiast obawiam się nieco filtrów jakie spaść mogą na część fraz i niezadowolenia Google, które być może swój niesmak zademonstruje jakimś komunikatem w Google Wemaster Tools, ale cóż - ciekawość jest silniejsza. Pozwolę sobie, przykładem innych testerów, relacjonować przebieg eksperymentu. A kto wie, może nawet zdobędę się na wyciągnięcie względnie sensownych wniosków?