Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Google+. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Google+. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lipca 2017

Https a miejsca w wynikach Google

Od chwili, gdy pojawiła się możliwość stosunkowo łatwego dodawania do adresu strony "https" (czyli szyfrowanej wersji protokołu HTTP) wśród SEOWców zaczęło krążyć pytanie - czy szyfrowanie adresu strony może wpłynąć na wyniki Google? Zwykle mówiło się "na pewno nie zaszkodzi". Ale aktualne pozostaje pytanie: czy pomaga ono witrynie zaistnieć w TOP10 wyników najpopularniejszej wyszukiwarki?

Według informacji podanych przez seoroundtable.com (z 25-ego lipca bieżącego roku), https "rośnie w siłę". Jak wynika z danych RankRanger's, na 99% zapytań wpisywanych do wyszukiwarkę, w upragnionych przez wszystkich "topach" znajduje się przynajmniej jedna strona wykorzystująca szyfrowany adres. 


źródło


Te informacje potwierdzają częściowo narzędzia popularnego Mozcasta, które również wskazują na wzrosty w SERP stron, posiadających w adresie https (choć w przeciwieństwie do  RankRanger's, mowa tu o zaledwie 56,5% zapytań, a nie o 99%).

Co prawda samo Google oficjalnie nie przyznaje się do stosowania technik, które w jakikolwiek sposób sprawiałyby, że strony z https miałyby być bardziej "uprzywilejowane" i tym samym zyskiwać wyższe pozycje. Wyniki zaprezentowane przez seoroundtable wskazują jednak, że coś jest na rzeczy.

Oczywiście może się okazać, że podane wyżej wyniki są kwestią przypadku i przewijające się w TOP10 strony z szyfrowanym protokołem, są po prostu lepiej zoptymalizowane - i stąd tak wysokie miejsca w SERP.. Możemy jednak doczekać się chwili, w której Google oficjalnie wspomni o tym, że strony z https traktuje jako bardziej wiarygodne - a jak wiemy, wiarygodne źródła informacji są zawsze przez Google "faworyzowane".

Co ciekawe, https jest na chwilę obecną wykorzystywane przez niewiele ponad 6% polskich domen. Czy informacje z seoroundtable zmienią ten wynik na wyższy? Czas pokaże. Na razie wiemy tylko jedno - https faktycznie "nie szkodzi", a kto wie - może i pomaga, choć Google jeszcze tego oficjalnie nie przyznaje.

niedziela, 28 grudnia 2014

Co nam grozi w przyszłym roku?

Czyli SEO w 2015. Jedyne czego, w mojej ocenie, możemy spodziewać się ze 100% pewnością, jest dalsza praca Google nad aktualizacją algorytmów, zarówno tych już nam znanych, jak i nowych, które zapewne włączą się do "zabawy" w najbliższych 12 miesiącach. 2014 rok przyniósł nam Gołębia, 2015 - diabli wiedzą, może da nam Kucyka? W końcu "Pony" też na "p", a Google obdarza tę literkę szczególnym uwielbieniem. Po algorytmach możemy spodziewać się też pracy niemal 24/7, bo o większych aktualizacjach 2 razy w roku zdaje się, że już zapomnieliśmy, dzięki kochanemu Pingwinowi z trójką z tyłu. Podobnie jak o PageRanku, który jest już jedynie mitem i legendą.

wzrosty w 2015 roku
Pobożne życzenie? Cóż, miejmy nadzieję, że jednak damy radę pomimo wszelkich trudności ;)

Prawdopodobnie Google zawłaszczać będzie też kolejne sfery wyników wyszukiwania. Mamy linki sponsorowane, mapy, sylwetki znanych ludzi, pogodę, translatora, ostatnio także teksty piosenek, wyświetlane bezpośrednio w SERP - długo by wymieniać. Co jeszcze dojdzie? Czas pokaże.

Z wyników zniknąć miały, jeszcze w tym roku, serwisy takie jak chomikuj.pl, ale póki co, "wypożyczalnie" mają się nieźle. Czyżby gigant zmienił zdanie? Podejrzewam, że nie, raczej dostaniemy "coś za coś", być może obawa przed odpływem choćby promila użytkowników, powstrzymała Google od radykalnego cięcia tego, co jest "fe".

Apropos promili (i nie, nie będzie tu słowa o alkoholu, choć zabawa sylwestrowa zbliża się nam wielkimi krokami) - w 2015 zapewne przybędzie nieco userów u konkurencji. Kto obserwuje od czasu do czasu dane gromadzone przez ranking.pl, ten dostrzega subtelnie zmieniające się trendy. I choć król Google jeszcze dłuuugo korony nie straci, to nie jest wykluczone, że najbliższe lata osłabią nieco jego pozycję. Jak wiadomo, monopoliści prędzej czy później muszą oddać choć kawałek swojego "tortu" konkurencji i jest to naturalna kolej rzeczy.

Jeszcze ciekawiej wygląda to w GoogleAnalytics, gdzie dla części stron popularność takiego choćby Binga widoczna jest gołym okiem (dla niektórych serwisów jakie mam na "podglądzie", to właśnie z niego pochodzi blisko 1/10 ruchu - co jak na takiego malucha, wygląda obiecująco + ten bonus w postaci widoczności fraz, które na stronę doprowadziły. Cud, miód i orzeszki).

A samo SEO? SEO wymagać będzie od nas tego, co zawsze. Dokładności, optymalizacji, unikatowych tekstów, wartościowych treści, sensownego budowania serwisu i przepływu linków wewnętrznych na stronie oraz ukochanej przez wszystkich dywersyfikacji. A także szybkiego reagowania na nowe pomysły Google i dostosowywania się do nich - bo cóż nam pozostanie?

No, oczywiście Nowy Rok sprzyja też świeżemu spojrzeniu na sieć jako na całość i zastanowieniu się skąd też jeszcze możemy pozyskać ruch (zapominając na chwilę o kształcie linków i całej, związanej z nimi, zabawie). Łatwo nie będzie, ale łatwo nie jest już od dawna i każdy, kto nadal ma siłę, chęci i zapał do tej pracy, zdaje sobie z tego sprawę.

Pozostaje jeszcze kwestia uświadamiania Klientów. Ale jak wynika z rozlicznych dyskusji prowadzonych w sieci, na to każdy z nas ma (lub nie ;P) własne metody i pomysły, które również będą weryfikowane przez życie. A że trzeba będzie uświadamiać coraz intensywniej, nie mam wątpliwości.

I tyle w kwestii gdybania i zaglądania do szklanki, pardon, szklanej kuli, pozwalającej mi pobawić się w zgadywanie "co nas czeka".

Pozostaje mi zatem życzyć wszystkim wytrwałości i, bez względu na kolor noszonego kapelusza, szczęśliwego Nowego Roku i jak najwięcej sukcesów. A także - pojednania w branży, które wszystkim wyszłoby na dobre.

czwartek, 9 października 2014

Nadciąga nowy Pingwin, SEOwcy dostają drgawek

Pingwin 3.0
Panie i Panowie, będzie (?) cyrk!
Nie wszyscy SEOwcy rzecz jasna, ale nawet święty, torpedowany codziennie wycedzonym przez zęby hasłem "To już w tym tygodniu!" zapewne też dostałby lekkiej trzęsawki i odczuł falę niepokoju, przelewającą się po jego wnętrzu.

Z jednej strony - trudno dziwić się temu, przepraszam za wyrażenie, "trzęsieniu portkami". Wszak to chyba pierwszy Pingwin rąbnął w branżę najmocniej i wymógł pewne zmiany związane z podejściem do SEO. Z drugiej jednak strony - zdaje się, że wyciągnęliśmy wnioski z tamtego Armageddonu i paru kolejnych? Czego się więc bać?

Nie wnikam czy powody do obaw mają Panowie W Czarnych Kapeluszach (tym się zwykle wiele potrafi upiec), ale WHS
i GHS też nie powinny raczej popadać w paranoję. Jeśli, jak uczono nas na szkoleniach, przez jednostki przesiąknięte wiedzą prowadzone:
- dywersyfikujemy linki
- dywersyfikujemy anchory
- strony mamy zoptymalizowane tak, że można tylko nad nimi cmokać z zachwytu
- stawiamy na brand
- nie tolerujemy upychania słów kluczowych
- staramy się być wszędzie: społeczności, fora, portale tematyczne związane z naszym serwisem
- budujemy serwisy pod strony Klientów (nie mylić z bezwartościowymi zapleczami)
- mamy odnośniki dofollow, nofollow, z tekstu, z grafiki i Bóg wie jeszcze jakie

to raczej nowego Pingwina przetrzymamy. Oczywiście o ile jego założeniem nie jest zastosowanie strategii spalonej ziemi ;) W sytuacji, gdyby linkować nijak się już nie dało i gdyby odnośniki, rekomendacje etc. straciły kompletnie wartość, co nam zostanie? Jak to po bombie atomowej, niewiele - karaluchy i linki sponsorowane. Ale osobiście jestem zdania, że aż tak źle nie będzie. Pozycje polecą? Polecą. Ale czy to pierwszy strzał Google w naszą stronę, po którym się podnieśliśmy? Nie pierwszy. Mało pocieszające, że zapewne także nie ostatni.

sobota, 19 lipca 2014

Czy pozycjonowanie to... hazard?

Dziś sobota, więc dla mnie - żadne novum - dzień pracujący, w którym w ciszy i spokoju mogę zająć się swoimi projektami. Podczas prac nad jednym z nich uderzyło mnie pewne skojarzenie. Czy przypadkiem to, co robi #takabranżaseo to nie jest najczystszy w świecie hazard?

Dotyczy to zwłaszcza niedobitków rozliczających się za pozycję. Czy trafią to potworne TOP10 - nie wie nikt. Zależy to od tak wielu czynników, że równie dobrze można widząc własną frazę na pierwszym miejscu, wydać okrzyk dziękczynny i odtańczyć taniec zwycięstwa. Oczywiście drugiego dnia fraza może pogrążyć się w niebycie i wtedy można już tylko walić głową w ścianę i rwać włosy z głowy.

Jak w hazardzie, musimy zainwestować na początek pewną sumę, by w ogóle "wejść do gry". Sumę możemy stracić, wystarczy że konkurencja wyasygnuje więcej środków i już wyglądamy jak pół pośladka lufcikiem. Gdy jednak pchając własne środki w paszczę potwora, pisząc specjalistyczne teksty, maile do portali z prośbą o ich publikację, dodając witrynę do cieszących się zaufaniem katalogów stron (tak, są takie - przy czym i tak przed zgłoszenie oglądam dziada z każdej strony i analizuję), wykupując narzędzia służące do analizy naszych działań etc. okazuje się, że jak ten nieszczęsny hazardzista przed automatem, jesteśmy już kompletnie pozbawieni środków (co tu owijać w bawełnę - dla danego projektu - spłukani). Optymalizacja, od której rzecz jasna zaczęliśmy, nie kosztowała nas nic poza czasem własnym, ale dalsza zabawa - no, to już rosyjska ruletka, zwłaszcza w warunkach, w którym Google zachowuje się nieco jak szuler, który chachmęci i zmienia zasady gry w trakcie jej trwania. 

Szczęście, jeśli po paru miesiącach ostrożnego inwestowania w SEO i SEM, zaczynają pojawiać się upragnione wyniki, utrzymają się one na szczytach, a Klient dzwoni z kolorowymi łzami w oczach i mówi "Warto było poczekać". Wówczas możemy odetchnąć z ulgą, dalej robić swoje i czekać na zwrot zainwestowanych pieniędzy, który wkrótce (o ile czegoś Google znów nie wykombinuje) pozwoli nawet coś na stronie zarobić.

Może być też gorzej, czemu nie - w końcu mówimy o hazardzie  (ale to już akurat droga strony barykady, z którą się kompletnie nie utożsamiam). Te jednostki inwestują sobie w precle, SWL-e, SEOkatalogi, po czym Pingwin i Panda i daje stronie po głowie, filtr ręczny i algorytmiczny przysysa się do niej jak pijawka, a wspomniane jednostki, niczym hazardzista który na wyścigach przegrał ostatnie fundusze, rozważają strzelenie sobie w łeb.

Wiem, wiem, przekoloryzowałam, ale chyba jakieś ziarno prawdy po tym wpisie się plącze...

wtorek, 24 grudnia 2013

Jak było? Czyli 2013 rok w branży SEO w telegraficznym skrócie!

Na chwilę po Bożym Narodzeniu 2012, znaczna część SEOwców dotkliwie odczuła kolejne zmiany wprowadzone przez Google.


Tym samym rok 2013 wiele osób z branży rozpoczęło od chęci popełnienia seppuku.



Ci, którzy przetrwali wstrząs, postanowili uważniej przyjrzeć się modyfikacjom...




... zmienić strategię i złapać oddech. Ba! Zaczęło być optymistycznie!


Ale w połowie roku Matt Cutts przerwał spokój, zapowiadając plagi egipskie czekające branżę. 



Znów zrobiło się jakby... nerwowo...


Jednak przyszedł Pingwin 2.0. i okazało się, że... wiele nie zmienił. 



Blackhatowcy przyjęli go z radosnym parsknięciem, no bo sorry: "Tylko na tyle Was stać, Google?"


Tymczasem po sieci wciąż buszowała Panda... 


zmuszając SEOwców do pracy nad contentem (unikalnym, wartościowym i ogólnie boskim).


We wrześniu wprowadzono Kolibra - nowy silnik wyszukiwania Google. 


Branża nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać...



Czekano... czekano... i cóż, nic się nie zmieniło!


Ale już w październiku Matt Cutts dokręcił śrubę, wypuszczając Pingwina 2.1. 



Tym razem to białe kapelusze lepiej przetrzymały krwawą jatkę w SERP.



Tuż za Pingwinem ruszyła nowa fala filtrów ręcznych.



Branża odczuła je dość... dotkliwie.



Im bliżej było końca roku, tym więcej osób zaczęło dostrzegać, że kary nakładane przez Google, bardziej utrudniają życie osobom grającym fair niż tym, którzy wytyczne wyszukiwarki mają "w poważaniu".



Niektórzy wprost wyrazili chęć zmiany dotychczasowego podejścia na nieco mniej... białe.






A co będzie w 2014? 






Osobiście przewiduję Armageddon ;)



 I tym, jakże optymistycznym akcentem, kończę ostatni wpis w tym roku ;) Do zobaczenia w 2014!

sobota, 19 października 2013

Rola intuicji w pozycjonowaniu stron

Obiecałam paru osobom, że opiszę swój sposób pracy, o którym zwykle mówię "pozycjonowanie na duszę". Chodzi po prostu o kierowanie się przeczuciami i intuicją przy podejmowaniu decyzji i opracowywaniu strategii promocji.

Od razu zaznaczam, że choć postaram się podać możliwie dużo konkretów i opisać dwa przypadki takiego pozycjonowania, to nie zaprezentuję wszystkich rozwiązań i nie podam proporcji pozyskiwanych linków ani adresów, z których te odnośniki zdobyłam. Będzie też trochę typowo babskiego spojrzenia na sprawę, ale nie może być inaczej, jeśli mówimy o intuicji (która jest wszak domeną kobiet) ;)

Kto chce przejść od razu do meritum, pomijając moją twórczość swobodną, niech kliknie tutaj - będzie mieć z głowy część mojego gadania.

Słowem wstępu - gdy zaczynałam pozycjonować strony (w roku 2007) bazowałam głównie na wiedzy pozyskiwanej z rozmaitych sieciowych źródeł oraz z dostępnej mi literatury. Wierzyłam w słowo pisane i w tamtym czasie zresztą całkiem nieźle na tym wychodziłam. Lata jednak leciały, a w branży w szalonym tempie zaczęły się lęgnąć wątpliwości co do metod pracy. Wówczas zaczęłam dość krytycznie spoglądać na serwowaną tu i tam wiedzę i na sprawę patrzeć po swojemu. Innymi słowy - wtrąciła się moja dusza. Zaczęłam pchać się w kierunku WHS, jednak wciąż pozyskując linki (nie wszystkie idealne, za co oberwało mi się nieźle - co prawda nie filtrem, ale też było ciekawie).

Ostrzeżenia duszy zignorowałam raz, w 2012 roku, tuż przed Pingwinem. Tak się złożyło, że miałam na głowie mnóstwo innych rzeczy (których najgorszym wrogom nie życzę) i przez blisko 7 miesięcy pracowałam w zasadzie niczym automat, a nie jednostka z krwi i kości. Jak to się skończyło, sprawa jasna - spadki na zdecydowanej większości stron. Nie będę ukrywać - szlag mnie trafił potężny, pojawił się niepokój, zaczęłam trochę nerwowo analizować sytuację, po czym znów odezwała się we mnie dusza. Nie pozostawiała złudzeń co do przyszłości i kazała mi zmienić kompletnie podejście do pozycjonowania. Efektem jej nacisków było wysmarowanie opracowań opisujących sytuację wraz z propozycjami zaradzeniu trudnościom, które przesłałam do wszystkich swoich Klientów. Kolejnym krokiem było przejechanie się na szkolenie do Katowic (luty tego roku), na którym - ku własnemu zdumieniu - usłyszałam od +Artura Strzeleckiego w zasadzie to, co podpowiadała mi intuicja. Ucieszyło mnie to ogromnie, a dodatkowo podłapałam też kilka ciekawostek, od razu układając sobie w głowie plan działania, będący uzupełnieniem dla nowej strategii promocji stron.

Wnioski wyciągnięte po pierwszym Pingwinie i Pandzie:
  • zwiększenie dywersyfikacji źródła linków i anchorów;
  • pozyskiwanie ruchu spoza Google (ciężko było przekonać Klientów do zainwestowania w działania stricte marketingowe na FB i do sensu założenia kont na G+ ale w 90% przypadków się udało - teraz, w zależności od branży, społeczności generują sporą część konwersji i wątpliwości Klientów odeszły w siną dal);
  • rozbudowanie stron (wcześniej niechętnie, ale zgadzałam się na promowanie w wyszukiwarce stron-wizytówek, na których dominowały zdjęcia, a treści nie było prawie wcale. Przy niszowych frazach dawało radę, ale czułam wewnętrzny niedosyt, bo co użytkownikowi po zdjęciach, jeśli brakuje cennika, opisu oferty, rozbudowanej informacji o firmie?).
Dodatkowo dusza sceptycznie odniosła się do nowego rodzaju katalogów - boom na katalogi wp wywołał u mnie niesmak, nie podobały mi się, odrzucało mnie od nich i żadne argumenty "za" nie miały do mnie dostępu. Biorąc pod uwagę fakt, że na chwilę obecną zdjęłam filtr z kilku stron, do których linkowały całe stada wp-katów przyznać muszę, że dusza znów miała rację (wiem, wiem - przesada w niczym nie jest dobra, a kilka wordpressów nie zaszkodzi, niemniej wstręt do nich czuję taki, jak do precli i nic na ową niechęć nie poradzę).

Działania, które podejmuję w oparciu o intuicję:
  • optymalizacja strony - przy hasłach niszowych wystarcza do zdobycia TOP5. Rozbudowuję serwis, a jeśli jest taka szansa, przebudowuję go od zera. Musi być estetycznie, przejrzyście, z dużą ilością unikalnej treści i sensownymi tytułami. Żadnego upychania słów kluczowych gdzie popadnie. Długość tekstów również oceniam "na wyczucie", nie stosuję żadnej konkretnej ilości znaków. Boldy daję tam, gdzie uważam za stosowne, odnośniki wewnętrzne tak samo. Linki site-wide - czemu nie? Jeśli intuicja mówi mi, że mają sens, nie unikam ich jak ognia;
  • katalogowanie - owszem, ale tylko w obrębie akceptowanych przeze mnie katalogów. Dodawanie hurtem odpada, chyba że w celach testowych i też czuję wówczas niezadowolenie. Każdy nowy katalog muszę sobie obejrzeć, przeanalizować, a to czy dodam do niego wpis, w dużym stopniu zależy od tego, co mi podpowie ukochana dusza;
  • komentarze na forach - tak, ale tylko z sensem. Nic na siłę, jeśli mam tworzyć jakiś temat tylko w celu wrzucenia odnośnika, to daję sobie spokój. Linkuję w tematach, w których odnośnik jest przydatny dla osób odwiedzających stronę. Żadnych cudów w stylu EAM, klonów toczących dyskusję ze sobą ani tym podobnych udziwnień, napawających mnie wstrętem;
  • tworzenie kont na portalach, celem wrzucenia linka w profil - zależy od rodzaju firmy, którą promuję i portalu. Żadnych bezmyślnych masówek. Staram się też nie poprzestawać na założeniu konta, odpalenia kolejnego portalu w przeglądarce i powtórzenia wykonanej przed chwilą czynności. Pozycjonowanie to, moim zdaniem, nie jest robota taśmowa. Wymaga myślenia i wyczucia;
  • tworzenie serwisów tematycznych - nie mylić ze zwykłymi zapleczami. Dobry content, na którym można wrzucić jeden lub dwa odnośniki do stron "nadrzędnych" broni się sam i nie wymaga specjalnego szału z podlinkowywaniem, dopalaniem i diabli wiedzą czym jeszcze. Nie zliczę z ilu tego typu stron wyłoniły mi się pełnoprawnie funkcjonujące serwisy, mające przyzwoitą liczbę odwiedzin i cieszące się autentycznym zainteresowaniem użytkowników;
  • "szeptanie" - uprawiane we właściwych miejscach, sensowne, pomocne i w połączeniu z powyższym (wartościowy conent) sprawia, że ludzie szybko podłapują temat i włączają się do dyskusji, a także sami dzielą się odnośnikami na własnych stronach. Najlepiej działa to oczywiście w przypadku serwisów rozrywkowych (mam jeden, do którego sama nie pozyskałam właściwie żadnego linka, a całą reklamę załatwili mi użytkownicy pisząc o stronie na forach, linkując do niej ze swoich kanałów na YouTube i ze swoich witryn);
  • wykorzystywanie Google Autorship, o ile tylko jest to możliwe;
  • działanie na wielu płaszczyznach jednocześnie, poprzez łączenie ze sobą serwisów przynależnych do Google (tu strona, tu blog, tu kanał na YT, wszystko połączone osobą autora).
Jak powyższe sprawdza się w praktyce? Poniżej wykresy dla dwóch stron (pierwsza z branży motoryzacyjnej, druga związana z budownictwem) z okresu ostatnich 6 miesięcy, a zatem obejmujące Pingwina 2.0, Pingwina 2.1, Kolibra i miotającą się co i rusz Pandę:

Strona 1, dla której wykorzystuję tylko część wymienionych wyżej rozwiązań.

Wybrałam wykres dla słowa, któremu oberwało się najbardziej. Pomimo ostatniego spadku (Panda), dało radę jakoś obronić się przed różnymi cudami. Reszta haseł pozostała niewzruszona.

wykres pozycji dla najtrudniejszego słowa

I sytuacja na dzisiaj dla wszystkich fraz. Jak widać, źle nie jest, pomijając ostatnie hasło, o którym pisałam też wyżej (tu wyraźnie nabruździła wspomniana Panda):

pozycje dla strony motoryzacyjnej

Dodam, że słowa kluczowe są promowane na całą Polskę i nie zawierają dopisku z nazwą miasta.

Strona 2 - dla której wykorzystuję wszystkie opisane wcześniej rozwiązania

Również zestawienie z ostatnich 6 miesięcy dla frazy, która miała się w tym czasie najgorzej:

wykres dla najtrudniejszej frazy

I sytuacja na dziś:

pozycje dla strony z branży dom i nieruchomości

Frazy trudniejsze niż w pierwszym przypadku, a konkurencja dla nich - z miesiąca na miesiąc liczniejsza.


Podsumowując - czasem dobrze jest wsłuchać się w siebie zamiast powielać to, co robią inni. Sposobów na promowanie stron jest tak naprawdę multum i nie musimy ograniczać się wyłącznie do tego, co robią konkurenci (a wręcz nie powinniśmy). Znalezienie odpowiedniej strategii (będącej bliżej WHS niż BHS) wymaga sporo czasu, mnóstwa pracy, cierpliwości i eksperymentów. Ale daje satysfakcję, gdy wreszcie widzi się, że to działa i co najważniejsze - nie jest karane przez Google pomimo coraz ostrzejszych wymogów tej wyszukiwarki.

wtorek, 17 września 2013

Skradzione treści - epilog ;)

Nie tak dawno temu wspominałam w dwóch wpisach o sposobach walki z ludźmi, którzy bez najmniejszych skrupułów, metodą "kopiuj-wklej" kradną treści ze stron internetowych. Formularz, który należy wypełnić oraz dodatkowe wskazówki, znajdziecie głównie w drugim wpisie, tutaj. W chwilę przed tym, jak ów wpis popełniłam, wysłałam za pomocą wspomnianego w nim formularza zgłoszenie o kradzieży treści ze strony mojej Klientki (zrzynka bezwzględna i bezczelna, co do kropki i przecinka). I dzisiaj oto nadeszła upragniona wiadomość zwrotna od Google:

pozytywne rozpatrzenie DMCA


Jak łatwo policzyć, weryfikacja zgłoszenia i podjęcie decyzji o usunięciu skradzionej treści z SERP trwała 10 dni, więc dość krótko (przynajmniej ja nie narzekam). Widać zatem, że naprawdę poświęcenie kilku minut na wypełnienie poszczególnych pól formularza i wskazanie złodzieja, nie jest czasem straconym, ani też walką z wiatrakami.

P.S. Przed sekundą otrzymałam kolejną radosną informację, tym razem dotyczącą bloga, którego właśnie czytacie ;) Jakiś automat wygrzebał sobie z niego fragment poświęcony ankietom na FB i przerzucił na inny serwis. Kontaktu z właścicielem zautomatyzowanego cuda nie było, więc od razu przeszłam do meritum. Do czego i Was zachęcam.

niedziela, 15 września 2013

Za co kocham Google, a za co go nie znoszę

Dzisiejszy post będzie wyłącznie subiektywnym opisem moich uczuć do Google (klepanym na dużym luzie), zatem proszę nie doszukiwać się tu żadnych teorii spiskowych wymierzonych przeciw komukolwiek ;) Zważywszy bezsenną noc i trzymające mnie od kilku dni przeziębienie, na żadne knowania nie mam sił, nie wspominając już o tym, że zwyczajnie nie jestem fanką podkładania komukolwiek świni. Ot, naszła mnie ochota podzielenia się swoimi przemyśleniami na temat czegoś, przy czym spędzam większą część doby.

Do rzeczy. Google w moim życiu odgrywa rolę kolosalną, a co za tym idzie, zrodziły się we mnie rozmaite uczucia pod adresem tej firmy. Niestety są to często uczucia sprzeczne, postanowiłam więc stworzyć listę tego, co cenię u Googlarzy i tego, za co ich nie znoszę.


Za co kocham Google?
  • za moją pracę - w końcu gdyby nie ta wyszukiwarka, nie zajmowałabym się SEO (a kocham SEO);
  • za to, że pomimo zaśmiecenia SERPów, to wciąż w Google wyszukuję potrzebne mi informacje i zwykle je szybko odnajduję (czasem posiłkuję się Bingiem, przyznaję bez bicia);
  • za Google+ (dzięki któremu nawiązałam sporo fajnych znajomości branżowych i przy okazji się dokształciłam - no i wciąż dokształcam);
  • za Mapy Google, które pozwalają szybko zlokalizować poszukiwane miejsce, wyznaczyć trasę i jeszcze pokazać, gdzie w pobliżu można zjeść obiad, a gdzie wypocząć;
  • za kreatywność i innowacje, które mobilizują mnie do podążania za nimi - dzięki czemu jestem względnie "na czasie" z tym, co Googlarze wymyślą. A przyznać im trzeba, że niektóre projekty mają świetne - z niecierpliwością czekam na możliwość wypróbowania choćby Google Glasses ;)
  • za to, że zaczęli traktować SEOwców jak ludzi i wyposażyli nas w całkiem solidne narzędzia ułatwiające nam pracę (nie są to narzędzia doskonałe, ale niewątpliwie są pomocne - od GWT po formularze).


Za co warczę na Google?
  • za brak jasnych i jednoznacznych komunikatów. Matt Cutts mówi dużo, ale nie zawsze to co mówi, pokrywa się z realiami. Tak samo wygląda sprawa w pomocy Google czy opisach narzędzi (pewne fragmenty, dość istotne z punktu widzenia branży SEO, pojawiają się lub znikają - i śledź tu teraz te zmiany, człowieku...);
  • za nieszczęsne https:// - tu są oczywiście dwie strony medalu i nie można też winić za nie wyłącznie Google. Ale nie ukrywajmy, że https:// sprawia, że Google Analytics przestaje być narzędziem tak przydatnym jak kiedyś (ponieważ średnio 70% danych mieści się w worku o nazwie "not provided");
  • za monopol. Co tu dużo mówić, Google przejmuje sieć. Mamy Gmaila, YouTube'a, porównywarki cen Google, pogodę Google, fiszki Google, dokumenty i ankiety Google, Chryste Panie aż strach wymieniać dalej i pomyśleć, co jeszcze nas czeka;
  • za nieudolną walkę z tym, co wciąż można podciągnąć pod BHS, choć jest ona podobno priorytetem dla Google. Zdarza się, że po aktualizacji algorytmu traktowane metodami BHS strony lecą dalej w górę, a serwisy spod "białego kapelusza" pikują w dół - i wówczas mamy okazuję posłuchać złowieszczego chichotu +Tomasza Wieliczko ;) 


I tak na szybko, to chyba tyle. Jak widać zalet dostrzegam mimo wszystko więcej niż wad, choć "brak jasnych i jednoznacznych komunikatów" powinno się liczyć chyba potrójnie, bo często wprowadzają one zamęt, zamiast cokolwiek wyjaśnić (jak choćby z nienaturalnymi linkami - tak wiem, nie powinnam się czepiać i w ogóle nie ruszać tematu).

Jeśli w powyższej liście coś pochrzaniłam, poproszę o korektę w komentarzu. A jeśli dopisalibyście jakieś własne punkty, też dajcie znać ;)

wtorek, 10 września 2013

Google ufam Tobie..?

Z góry uprzedzam, że wpis ten będzie kontrowersyjny i pewnie niektórzy SEOwcy (na szczęście mam wrażenie, że stanowiący mniejszość) poczują się oburzeni. Od razu chcę zatem wyjaśnić, że poniższych słów nie kieruję do nikogo personalnie, a jedynie chcę zwrócić uwagę na pewien niepokojący mnie trend.

Otóż od dłuższego już czasu i z coraz większym niesmakiem obserwuję poczynania osób, które zdają się kochać Google miłością skrajnie ślepą. Taką, w której nie ma miejsca na zastanowienie się, zadanie pytania, na jakąś wątpliwość czy rozterkę. Ostatnio ta miłość zaczyna coraz bardziej podchodzić mi pod jakiś rodzaj fanatyzmu i tylko czekam, aż grupa wielbicieli Matta Cuttsa i spółki wyruszy na jakąś krucjatę przeciw całej reszcie branży,
z okrzykiem "Precz z linkami!" na ustach.

Dla tej grupy nie ma czegoś takiego jak "błąd ze strony Google". A jeśli Google samo przyznaje się do pomyłki, wówczas grupa bije brawo i podkreśla czynnik ludzki, który - jak wiadomo - bywa zawodny, ma prawo się mylić, ale już jest wszystko wyjaśnione. 
I zaczyna się głaskanie Google po główce. Chciałabym subtelnie zauważyć, że my, branża SEO, też jesteśmy ludźmi. Ale jakoś grupa wyznawców Złotoustego Matta zdaje się tego nie dostrzegać. Bo my, reszta branży, wcale się nie mylimy, nic z tych rzeczy! My po prostu jesteśmy jakąś zdziczałą hordą barbarzyńców - perfidnie robimy wszystko na złość wyszukiwarce, kradniemy linki, porywamy niewiasty i palimy wioski.

Nie dość na tym. W dyskusjach z ucywilizowanymi przedstawicielami Wspaniałego Świata Google, grupa jego wielbicieli ubolewa nad tym, że musi tych paskudnych barbarzyńców wciąż poskramiać, umoralniać, uświadamiać... A oni tacy oporni na wiedzę, za nic mają kulturę i ciągle im w głowie tylko te podchody mające na celu wywinięcie Google jakiegoś numeru. Katorga.

Przyznam, że powoli zaczynam mieć już tego dosyć. Bo choć z wieloma założeniami się zgadzam ("nie spamuj", "nie linkuj na oślep", "nie depozycjonuj bliźniego swego"), to jednak do fanatyzmu mi daleko. Tymczasem wychodzi na to, że o ile kiedyś funkcjonował sobie podział na Black i White (dla niektórych wciąż jest on aktualny), to opisywana przeze mnie grupa doprowadza do podziału jeszcze bardziej radykalnego: my, kochający Google ponad wszystko i oni - te wstrętne bydlaki, mające czelność debatowania nad naturalnością linków 
i zmianami w algorytmie wyszukiwarki. I do tego worka wrzucani są wszyscy jak leci - nieważne czy starają się grać fair czy też wszystkie reguły mają sobie za nic. Bez znaczenia - wszyscy są tak samo źli, ponarzekajmy na nich do tych ze Wspaniałego Świata Google i zmieszajmy z błotem, wszystkich jak leci.

Wpis chciałabym zakończyć czymś na kształt apelu do tych, którzy czują się związani z Google miłością potężniejszą od liny okrętowej. Ludzie... żyjcie jak chcecie, ale do licha - dajcie żyć innym i darujcie już sobie te swoje krucjaty, narzekania na dyskusje w branży i "nawracanie" na jedyną słuszną drogę. Bo to działa raczej jak płachta na byka i osiągacie efekt zgoła odmienny, czego ja sama jestem najlepszym przykładem. Obrzydziliście mi Google i chwilę potrwa, zanim znów będę mogła spojrzeć na nie odrobinę łaskawszym, ale wciąż krytycznym okiem.

wtorek, 3 września 2013

Nie taki filtr straszny?

Filtry za nienaturalne linki stały się już chyba codziennością. Ich wysyp w ciągu ostatnich paru miesięcy był potężny i zetknęli się z nimi chyba wszyscy w branży - nawet jeśli nie na własnych stronach, to na witrynach osób szukających pomocy przy zdjęciu kary. Mnie samej przypadła rola "wspomagacza" przy czyszczeniu dość pokaźnej liczby stron i choć było to raczej upiorne zajęcie, to jednak pozwalało na zaobserwowanie poczynań Google i poukładanie sobie w głowie odpowiedzi na pytanie "Za co tak naprawdę strona dostała filtr?".

Wiadomo już, że "złych" linków można mieć wiele i nie ponieść z tego tytułu żadnych konsekwencji. Jakim cudem? Proste - profil linków "dobrych" jest znacznie wyższy od tych złych. O ile i czy da się to obliczyć choć w przybliżeniu, należałoby pewnie zapytać osoby, które z filtra ręcznego wyszły poprzez... pozyskiwanie masy dodatkowych odnośników. Ewentualnie samych Googlarzy, ale na szczerą odpowiedź z ich strony oczywiście nie ma co liczyć ;)

Zatem do różnych stron kierować może bardzo zbliżony profil odnośników, serwisy mogą mieć linki z tych samych katalogów, precli etc. a mimo to być traktowane przez Google inaczej. Zwrócił zresztą na to uwagę +Artur Strzelecki w swoim wpisie na temat czyszczenia nienaturalnych linków. Po lekturze tego tekstu skrystalizowała mi się w głowie pewna myśl, która wcześniej miała raczej charakter czegoś na kształt przeczucia. Zapewne wpadli na to także wszyscy bardziej doświadczeni SEOwcy i zapewne sporo wcześniej, a przynajmniej w zbliżonym czasie - sądząc po dyskusjach branżowych na Facebooku ;)

Wracając jednak to wspomnianej myśli - w jednym ze swoich wcześniejszych wpisów zadałam pytanie "Co dalej, skoro wszystkie linki są obecnie złe?" (nie ukrywam, że ogłuszyło mnie rzetelnie potraktowanie jako złych linków: odnośnika z cenionego przeze mnie katalogu "rodzimego" oraz z katalogu Yandexa). Podumałam chwilę nad tym tematem, po czym wzruszyłam ramionami, bo co ma być, to będzie. I wróciłam do normalnej pracy, bez zmiany jakichkolwiek przyzwyczajeń. Nie wykopałam w kosmos swojej bazy katalogów, które uważam za wartościowe, nie zaprzestałam publikowania odnośników w treści na blogach i stronach, wszystko toczy się normalnym trybem. Kar jak nie było, tak nie ma.

W czym rzecz? W różnorodności. Jeśli mamy, dajmy na to, 1500 wpisów w SEOkatalogach i każdy ma w treści dodatkowe 3 linki, u Googlarzy może pojawić się lampka alarmowa. Ale jeśli wśród tych 1500 wpisów tylko część ma linki w treści - nikt się ich nie czepia. Jeśli 90% naszych linków pochodzi z katalogów opartych na WordPressie, średnio zadbanych (mówiąc bardzo delikatnie) to może nam się za nie oberwać. Ale jeśli mamy tylko skromną część odnośników z takich katalogów a reszta pochodzi z innych źródeł (nie zaspamowanych, nie zawalonych reklamami i nie zaśmieconych masą odnośników wychodzących), to znów - filtr jest mało prawdopodobny.

Osobiście postanowiłam więc kompletnie nie przejmować się tym, że "taki a taki link" został wskazany jako zły. Do wszystkich moich stron twardo linkuje uwielbiany przeze mnie polski katalog (uważany przez Google za przykład "złej strony") i ani myślę wpisywać go do disavow.txt. Co będzie dalej? Zobaczymy. Ale wierzę, że dobrze zoptymalizowana strona z różnorodnym profilem kierujących do niej linków, może spokojnie przetrwać burzę nakładania filtrów. Nawet jeśli wśród tych linków znajdują się odnośniki źle widziane przez Google.

piątek, 30 sierpnia 2013

Jak NIE pozyskiwać odnośników

O tym jak zdobywać linki mówi się dużo, ale chyba za mało miejsca poświęcamy omówieniu kwestii dotyczącej tego, w jaki sposób nie należy tego robić. Dla wyjadaczy SEO ten post z pewnością nie będzie odkryciem Ameryki, ale mam nadzieję, że dla osób które dopiero zaczęły swoją przygodę z pozycjonowaniem, okaże się cenny. A zastosowanie się do poniższych wskazówek chyba wszystkim wyjdzie na dobre.

Okej, przejdźmy do konkretów - pamiętając, że poniższa lista oparta jest na moich osobistych doświadczeniach, a nie wytycznych otrzymanych z tajnego źródła w Google ;)

1. Nie upychajmy odnośników gdzie popadnie - dyskusje na temat tego czy "link linkowi jest równy" toczą się chyba od zawsze. Osobiście jestem zdania, że nie jest (i nie, nie mam na to twardych dowodów w postaci wykresów czy analiz - bazuję wyłącznie na logice). Google oczywiście samo wskazuje na to, że są odnośniki dobre i złe (ostatnio wszystkie wydają się być złe, ale to już inna bajka), ale jeśli mamy możliwość zdobycia linka ze strony zapchanej reklamami czy mnóstwem innych odnośników - nie róbmy tego! Możemy zaszkodzić swojej witrynie, zamiast jej pomóc.

2. Nie dodawajmy stron do katalogów "hurtem"
- być może zgłoszenie witryny do 100 katalogów na raz (za pomocą dodawarki) nie wyrządzi jej krzywdy, ale już upchnięcie jej tą metodą w 1000 katalogów raczej zwróci uwagę Googlarzy.

I znów - zdaję sobie sprawę z tego, że nie wszyscy zgadzają się z tym podejściem i wskazują na to, że:
- zgłoszenie strony nie jest równoznaczne z jej natychmiastowym zaakceptowaniem przez administratora katalogu;
- zaakceptowanie strony nie jest równoznaczne z jej natychmiastowym zaindeksowaniem w Google;
- są sytuacje, w których do jakiegoś serwisu (np. reklamowanego w prasie/telewizji/whatever) zaczynają linkować setki stron i są to odnośniki naturalne; Google nie może rozróżnić czy ma do czynienia z automatycznym dodawaniem czy zwyczajnym "boomem" na jakiś serwis.

Osobiście jestem zdania, że jednak:
- masowe dodawanie do katalogów zwiększa szanse na to, że duża ich część przyjmie wpis niemal z marszu, a przynajmniej w dość krótkim czasie (moderacja w ciągu 24h nie jest niczym niezwykłym);
- masowe przyjmowanie strony do katalogów powoduje, że znaczna część odnośników zostanie zaindeksowana przez Google w zbliżonym czasie (im więcej katalogów, tym większa na to szansa);
- Google nie jest do tego stopnia durne, by nie wychwycić różnicy pomiędzy setkami odnośników z katalogów tego samego typu, a kompletnie różniącymi się od siebie stronami, które zamieściły link do jakiegoś serwisu, który właśnie powstał i jest "na topie".

3. Na litość boską, nie spamujmy! - rozumiem, że korci upchnięcie odnośnika w stopce na forum, w założonym tylko w tym celu wątku czy w komentarzu na poczytnym blogu. Ale zwykle jest to marnowanie czasu - i własnego i administratorów, którzy link czy wpis usuną. Doprowadzeni do ostateczności, mogą też zabronić umieszczania jakichkolwiek podpisów pod postami, wywalić opcję pokazywania strony domowej w profilu i tym podobne i tak dalej. Zatem nie tylko poprzez spam nie odniesiemy korzyści własnej, ale też zablokujemy sobie i innym możliwość na zdobycie linków z wartościowego miejsca. Szukać daleko nie trzeba, bo chyba wszyscy wskazujący "mocne forum" z uporem wymieniają Wizaż. I zgadza się, jest to kopalnia możliwości jeśli chodzi o zareklamowanie swojej strony/firmy etc. ALE - ilość spamu przewijającego się na tym forum jest tak potworna (a spam jest tak ewidentny), że mnie samej zaczęły już puszczać nerwy i zaprzestałam kompletnie rozdawania ostrzeżeń - od razu lecą bany. I po co?

4. Nie korzystajmy z pierwszych lepszych SWL-i, a najlepiej nie korzystajmy z nich wcale - jeśli już jednak czujemy nieodpartą pokusę wykorzystania jakiegoś systemu do wymiany linków, to chociaż poświęćmy chwilę na sprawdzenie jakości stron, które oferują u siebie miejsce na odnośnik. Osobiście z SWL-i nie korzystam wcale (przyznaję, że je testowałam, więc zasada działania nie jest mi obca). Ale porzuciłam je już jakiś czas temu. Dodatkowo Google jest na te systemy wyjątkowo cięte, więc pewnie i najlepsze systemy w końcu dostaną po łapach. Nie twierdzę, że wszystkie.

5. Nie twórzmy zaplecz tylko po to, by upchnąć na nich linki do wszystkich naszych stron - zbudowanie wartościowego zaplecza wymaga czasu, jeśli więc go nie mamy - nie róbmy zaplecz wcale.

Zasadniczo cały powyższy wywód można sprowadzić do jednej, złotej myśli: "Nie pozyskujmy linków bez zastanowienia". Nie korzystajmy z pierwszej lepszej okazji katalogowania stron za 10 zł. Nie dajmy się skusić na "mocny link na 30 dni" na stronie z wysokim PR. Myślmy, analizujmy, wybierajmy roztropnie.
I pamiętajmy, że nasze decyzje mogą mieć wpływ też na innych użytkowników sieci - gdyby nie spamerzy, wciąż moglibyśmy cieszyć się sporą dowolnością w wybieraniu miejsc pozyskiwania odnośników. Ale za sprawą bezmyślnego linkowania, tych miejsc ciągle ubywa.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Google zmienia podejście do linkowania, branża SEO pyta "Co teraz?"

Do częstych modyfikacji algorytmu Google już się chyba zdążyliśmy przyzwyczaić. Do zmian wytycznych, przekazywanych co jakiś czas przez złote usta Matta Cuttsa - również. Jednak ostatnia rewolucja (tak właśnie - rewolucja) związana z nienaturalnymi linkami, którym Google wypowiedziało wojnę, przerosła najśmielsze oczekiwania chyba wszystkich z branży.

Temat świetnie opisała Lexy na swoim blogu (z premedytacją zostawiam "dofollow", niech się Google czepia) wykazując, że nastąpiła zmiana o 180 stopni w podejściu do tego, co jest naturalnym linkiem. To, co jeszcze parę lat temu było zalecane przez Google dziś traktowane jest jak podręcznikowy przykład spamu i śmieciowego odnośnika.

Nic zatem dziwnego, że branża SEO pyta "Jak żyć?". Czy pieczołowicie pozyskiwane odnośniki mamy teraz usuwać lub zmieniać ich anchory? Czy mamy pisać do wszystkich, którzy umieścili linki do naszych serwisów i domagać się zmiany na "nofollow"? Takie radykalne posunięcia będą przecież wodą na młyn Google - zwrócą uwagę wyszukiwarki i zapewne poskutkują przywaleniem kary za mieszanie w linkach.

Kolejne pytanie jakie ciśnie się na usta to "Co teraz?". Jaką formę nadawać linkom, by w oczach Google były naturalne? Czy linkować mamy samymi adresami docelowymi? Ale z jakich stron, skoro "złe" są już niemal wszystkie?

Zdaje się, że niedługo jedną z nielicznych, za to w miarę pewnych, metod pozycjonowania (o której Google oczywiście milczy lub wprost jej zaprzecza) będzie promowanie stron przy wykorzystaniu... Google+ (o ironio). Efekty popularności w tym serwisie przekładają się bowiem na wyniki w SERP (dowód pozwolę sobie przedstawić w weekend, wracając do tematu o contencie i jego wpływie na pozycję w wynikach wyszukiwania). Pytanie tylko kiedy i tę możliwość dbania o promocję stron, Google nam odbierze?

W styczniu, gdy pisałam do swoich Klientów o zmianie podejścia do pozycjonowania, wspomniałam między innymi o tym, że modyfikacje Google zdają się prowadzić do jednego - zachęcenia użytkowników do reklamowania się w wyszukiwarce przy wykorzystaniu systemu AdWords. I kolejne miesiące 2013 roku zdają się coraz dobitniej pokazywać, że chyba właśnie o to głównie Google chodzi. To już nie jest zwykła walka ze spamem (którą, tak na marginesie, Google wciąż przegrywa). To po prostu strategia mająca na celu doprowadzenie do sytuacji, w której "jedyną słuszną reklamą" w SERP będą linki sponsorowane. Od Google, rzecz jasna.

środa, 14 sierpnia 2013

Ile kosztują usługi SEO?

W komentarzach na blogu SEO na obcasach rozgorzała dyskusja o stawkach w naszej branży. Część komentujących, nie przebierając w słowach, zmieszała z błotem zaprezentowane we wpisie o "Czynnikach on-site" stawki traktujące o pozycjonowaniu, audycie, szkoleniach, zapleczach, konsultacjach, artykułach - słowem ceny wszystkiego, na czym w tej branży można zarobić.

Zastanawiam się tylko czy w ogóle istnieje coś takiego, co można by uznać za punkt odniesienia do cenników dla wszystkich pozycjonerów. Wątpię. Zbyt wiele czynników wchodzi tutaj w grę, zarówno po stronie Zleceniodawcy jak i Wykonawcy. Inaczej swoje usługi wyceniać będą np. osoby działające w małych firmach (do 5 osób), a inaczej duże agencje interaktywne (które muszą zarobić na opłacenie pracowników - duża liczba zleceń nie zawsze załatwia sprawę). Płaci się też za markę (wiadomo - im bardziej rozpoznawalna firma, tym więcej może sobie życzyć za usługi). Inaczej liczy się koszt promocji lokalnej knajpki na hasło "pub Tarchomin", a inaczej motoryzacyjnego sklepu internetowego na słowo "łańcuchy śniegowe". Dodatkowo każdy pozycjoner ma własne techniki pracy, a te także różnią się cenami. To, co jeden osiągnie wydając 200 złotych, drugi powtórzy połową tych środków, a trzeci będzie musiał jeszcze 100 zł dołożyć.

Istotny jest też czas. Osoby, które nie polegają wyłącznie na zautomatyzowanym działaniu (klik klik i już 100 wpisów poleciało do katalogów), poświęcają długie godziny na dobór stron, katalogów, pozyskiwanie linków, pisanie maili do portali pokrewnych tematycznie z prośbą o rozważenie umieszczenia odnośnika, budowanie zaplecza, które wygląda jak porządny serwis internetowy, a nie jak blog ze skopiowanymi z tysiąca mu podobnych tekstami.

Biorąc pod uwagę tak różne podejście do pracy, różne techniki, różnych Klientów i różnych pozycjonerów, stwierdzanie, że autorka SEO na obcasach ośmiesza się podając stawki i "psuje rynek" jest po prostu nie na miejscu. Dzięki takiej rozpiętości każdy z nas ma zajęcie, bo do każdego z nas trafi inny Klient z innymi potrzebami. Tę różnorodność powinniśmy doceniać, a nie piętnować, bez mała nakazując tym "psującym rynek" zabrania swoich zabawek i przeniesienia się do innej piaskownicy. Nie, to nie w tej branży. Dzięki różnorodności, łatwiej jest nam współpracować, a nie konkurować. Z ogromną przyjemnością nawiązałam nie jedną współpracę z firmą, której (jak nakazywałaby logika niektórych) powinnam życzyć jak najgorzej i traktować ją jak śmiertelne zagrożenie i potencjalnego wroga.

Ale wracając do tematu - wydaje mi się, że dopóki SEO istnieje i nie jesteśmy skazani na manipulowanie stawkami w AdWordsach, możemy sobie pozwolić na sporą dowolność cenową (byle opartą na zdrowym rozsądku). Póki nie szkodzimy innym (a nie sądzę, by istotnie podany przykład na SEO na obcasach miał doprowadzić do załamania rynku audytów stron), korzystajmy z tej dowolności. I nie podkładajmy sobie wzajemnie świń.

Utopia? Niekoniecznie.

sobota, 10 sierpnia 2013

Matt Cutts Show

Jak wie chyba cała branża SEO, Matt Cutts lubi nas zaskakiwać. Czasem coś obieca, czasem rzuci ciekawą informacją (tylko po to, by za jakiś czas cichaczem się z niej wycofać), a bywa, że razem z resztą Teamu Google udostępni nam jakąś ciekawą funkcję tylko po to, by zaraz ją nam odebrać - nacieszyliście się już ze sprawdzania w GWT czy na stronę są nałożone ręczne filtry? ;) Trochę to wszystko przypomina skrzyżowanie cyrku z pokazami ulicznej magii. Tak przynajmniej mnie się skojarzyło, czego efektem jest poniższe dzieło, stworzone w Artevii (z udziałem moim i Marka/MaroBota). Myślę, że trafiliśmy całkiem nieźle i nawet Matt byłby dumny ;)


Enjoy! ;)

A jakby ktoś chciał pobrać obrazek w wyższej rozdzielczości, niech się nie krępuje pobrać :)

wtorek, 23 lipca 2013

Nie taki duplikat straszny, jak go malują?

Duplikowanie? Ja podziękuję ;)
O sile unikalnych treści publikowanych na stronach głośno jest od dawna. Jeśli mnie pamięć nie myli, 
w okolicach 2010 roku zaczęły pojawiać się wręcz wymagania unikatowych wpisów w katalogach
i z czasem praktyka ta rozszerzyła się na wszystkie obszary związane z SEO, a dzisiaj - jest to "oczywista oczywistość" ;) W myśl zasady, którą zresztą sama wyznaję, że dobry (a zatem niepowtarzalny i wartościowy dla odbiorcy) content jest jednym z podstawowych wyznaczników osiągania dobrych wyników w SERP, specjaliści
z branży rozpoczęli walkę z duplikatami. O tym, jak są one szkodliwe, przestrzegał zresztą i Matt Cutts, naczelny specjalista Google od mydlenia oczu pozycjonerom. Sen z powiek spędzały nam zatem treści kopiowane z innych serwisów - opisy produktów w sklepach internetowych, newsy branżowe publikowane na zasadzie cytatu itp. itd. Do czasu...?


Wczoraj Matt Cutts wrzucił na YouTube krótki filmik poświęcony ww. problemowi - co z duplikatami, które np.
z uwagi na aspekty prawne, muszą zostać udostępnione w niezmienionej formie?


Matt, głosem zatroskanego ojca narodu, odpowiada na postawione wyżej pytanie i odpowiedź tę można
w zasadzie sprowadzić do jednego zdania. Kochane dzieci, jeśli Wasza zduplikowana treść nie jest spamem, nic złego Wam nie grozi!

Tylko czy aby na pewno? 

Co tak naprawdę liczy się dla Google, wie tylko... samo Google. A z wieloletnich doświadczeń branży wynika, że unikaty mają znaczenie i pomagają w uzyskiwaniu wyższych pozycji w wynikach wyszukiwania. Zatem nowe rewelacje Matta nie powinny, w mojej ocenie, wpłynąć na machnięcie przez nas ręką na wprowadzane
w serwisach treści. Bo "skoro Matt mówi, że można kopiować - kopiujmy". Nie. Tam, gdzie jest to możliwe, walczmy o dobre i niepowtarzalne teksty. Jeśli musimy wstawić duplikat - zróbmy to, podając źródło. Ale nie twórzmy armii klonów, choćby nie wiem jak dobry jakościowo był tekst wyjściowy.

niedziela, 21 lipca 2013

Treści na stronie + Fresh Content Bonus ;)

Mój zeszłotygodniowy wpis poświęcony sile contentu wywołał dyskusję, jakiej absolutnie się nie spodziewałam. Ale, jak to zwykle w środowisku SEO bywa, odpowiedzi na mojego posta były skrajnie różne. Te, które przewijały się najczęściej, miały pi razy drzwi następujący charakter:

  • Pffffff! Też odkrycie Ameryki. Wiadomo, content is king!
  • Eeee, bzdura. Totalnie przeceniona siła contentu :/
  • Jeden przykład? Mało! Nie sposób z tego wyciągnąć wniosków!

Zgoda, wpis poświęcony był stronie młodej i tylko jednej, ponieważ chodziło mi o zarysowanie ciekawego zjawiska i zaprezentowanie, że można dobrą treścią podciągnąć pozycję witryny na wyższe miejsca w Google. Co - w dobie Pandy - absolutnie nie jest przecenione (oczywiście moim zdaniem). Bardzo mnie też ucieszyło podejście jakie zaprezentował Mariusz Kołacz - nie wrzucił on od razu moich spostrzeżeń do kosza, ale postanowił włączyć się do zabawy pod tytułem "Poeksperymentujmy z treścią na stronie i zobaczmy co z tego wyniknie" ;)

No dobrze, ale skoro już ową burzę wywołałam mówiąc "A", wypadałoby powiedzieć także "B". Proszę uprzejmie, weźmy dziś na tapetę moją własną stronę firmową.

Jak większość osób zajmujących się SEO zawodowo (tak przynajmniej wynika z dyskusji, jakie prowadzę z ludźmi z branży) zdecydowanie większą wagę przykładam do stron Klientów, niż do własnej. Oznacza to, że o ile wprowadzam jakieś zmiany w serwisie i czasem pozyskam parę linków, o tyle nie poświęcam mu zbyt dużo czasu. Prosta sprawa - to Klienci są priorytetem, a nie moja witryna (na pytania w stylu "Idiotyzm, to jak pozyskujesz Klientów?" odpowiem od razu krótko, że nie od samego TOP10 zależy czy ma się zlecenia czy nie - wiele osób po prostu mnie poleca znajomym firmom lub własnym kontrahentom; ale zeszłam z tematu). 

Badając wpływ contentu na pozycje w wyszukiwarce nie mogłam rzecz jasna nie poeksperymentować i na własnej stronie. Zanim jednak zacznę publikować screeny pokazujące zmiany pozycji, napiszę słów parę o samej domenie:
  • adres: http://artevia.pl
  • data rejestracji domeny: 19.12.2006 (pierwsze treści zaczęły pojawiać się na stronie na początku 2007 roku)
  • łączna liczba linków na dzień dzisiejszy (według GWT): 96522
Większość odnośników prowadzi z wykonanych przeze mnie stron, a anchory są zaiste cudne - głównie "design by ARTEVIA" ;) Zdarzają się i inne, bo zaprzyjaźnione serwisy nie mają nic przeciwko umieszczeniu linków o nieco bardziej sprecyzowanym brzmieniu, ale większość wygląda jak ten wcześniej wspomniany. Zresztą każdy może sprawdzić sam, narzędzi ci u nas dostatek.

Okej, do rzeczy.

Poniżej screeny dla kilku haseł sprzed wprowadzonych w treści strony zmian:

Marzec 2013 - tak na marginesie, audytu nie miałam wówczas w ofercie

W kwietniu wciąż nie miałam głowy do zajmowania się własną stroną, zoptymalizowałam ją nieco i pozostawiłam własnemu losowi. Po majowym przejściu Pingwina i "wyniuchaniu na duszę" większego ruchu w temacie Pandy (o czym wspomniałam i na blogu) postanowiłam rozpocząć eksperymenty z treścią. W czerwcu sytuacja nieco się odmieniła:

Czerwiec 2013 - audytu w ofercie wciąż brak, dodałam go w połowie lipca, ale o tym za chwilę

Uczciwie przyznam, że w tym okresie pozyskałam również parę linków, ale można je policzyć na palcach jednej ręki. No, może dwóch, ale szału nie było, o żadnych blastach czy innych świństwach nie wspominając. Ot, postanowiłam dodać stronę choćby do paru katalogów Zgreda, uruchomiłam nowe witryny dla Klientów. Żadne zintensyfikowane akcje pozyskiwania odnośników nie miały miejsca.

No i mamy lipiec. W połowie miesiąca dorzuciłam na stronę informację o audytach, jednocześnie nie pozyskując ani jednego odnośnika z anchorem "audyt" (poniżej screen z Majestica, a kto nie wierzy, niech sam sprawdzi):


I sytuacja na chwilę obecną w zakresie pozycji w SERP:


Linków od końca czerwca nie pozyskiwałam, więc oblegane "pozycjonowanie" nieco zdechło, za to pojawiły się całkiem fajne pozycje dla audytu (co tylko potwierdza premiowanie nowych treści w Google, o czym też toczyła się dyskusja przy okazji contentu). W górę poszło "tworzenie" i "projektowanie" z hasłami lokalnymi, choć dla tych konkretnych anchorów nie pozyskiwałam odnośników od dość dawna (tu ograniczyłam się do zmian w treści).

Rzecz jasna powyższe screeny prezentują tylko wycinek fraz, na które sprawdzam swoją stronę, ale chodziło mi dzisiaj o pokazanie tych dość mocno obleganych słów kluczowych i o wskazanie zmian "na plus" po manipulacjach z treścią w serwisie. Dla łatwiejszych haseł efekty są zdecydowanie bardziej spektakularne, ale o tym pozwolę sobie napisać w przyszłym tygodniu.

A zatem - czy treści na stronie mają znaczenie? Jasne, mają (odkrycia Ameryki nie ma). Czy to znaczenie jest duże? W mojej ocenie - tak. Ale zrozumiem też sceptyków, którzy preferują inne metody windowania własnych stron w wyszukiwarkach.

niedziela, 14 lipca 2013

Potęga contentu

Treść na stronie ma kluczowe znaczenie w przypadku pozycjonowania metodami White Hat SEO (a przynajmniej metodami najbliższymi temu ideałowi). O ile bowiem "Czarna Strona Mocy" może dzięki wykorzystaniu siły spamu doprowadzić do sytuacji, w której po wpisaniu słowa "kłamca" w Google wyskoczy nam strona premiera, o tyle metodami WHS takiego efektu nie da się osiągnąć. Ale z drugiej strony, komu z WHS zależałoby na wprowadzeniu użytkownika Internetu w błąd i podsuwaniu mu strony, która z wyszukiwanym hasłem ma niewiele wspólnego? Abstrahuję tutaj od politycznego przykładu podanego wcześniej, bo nie polityką będę się w tym wpisie zajmować ;)

W ostatnich miesiącach przeprowadziłam pewien eksperyment, który potwierdził, że Google w większym niż kiedykolwiek stopniu zwraca uwagę na treść strony. A przypominam - jeszcze nie tak dawno temu możliwe było osiągnięcie TOP10 dla serwisów, które zawartością merytoryczną kompletnie nie grzeszyły. Odpowiednie linki załatwiały sprawę, parę słów na krzyż na stronie (zgodnych z pozycjonowanymi hasłami) okazywało się wystarczające (przynajmniej dla fraz o niskiej bądź średniej konkurencyjności). Zabawa skończyła się wraz z nadejściem Pandy, która nie miała litości dla witryn prezentujących jakieś ochłapy informacji w miejsce solidnego contentu.

Wracając do eksperymentu, o którym wspomniałam wcześniej. W maju postawiłam świeżą stronę, na nowej domenie (dla znajomego, który zgodził się poświęcić stronę do celów analitycznych, pod warunkiem że efekty prac pojawią się najpóźniej w ciągu 3 miesięcy). Stronę zoptymalizowałam i zasilałam linkami, ale treść potraktowałam po macoszemu. Pierwsze efekty pozycjonowania dały się zauważyć dość szybko - sprawa jasna: to FSB pozwoliło cieszyć się szybkimi wynikami:

Maj 2013 - Fresh Site Bonus

Jak jednak wiadomo Fresh Site Bonus równie szybko się pojawia, co równie szybko kończy, więc czerwiec przyniósł już skoki i spadki (treści na stronie wciąż było tyle, co na lekarstwo - dopiero w połowie miesiąca zaczęłam stopniowo dodawać unikalne i rozbudowane teksty, sprawdzając jak też Google zechce na to zareagować):

Czerwiec 2013 - koniec FSB widać wyraźnie, podobnie jak moment, w którym
Google zauważyło stopniowo wprowadzane treści

Do końca czerwca całą stronę uzupełniłam wartościowymi tekstami, dodałam zdjęcia (opatrzone altem), bardziej skupiając się na optymalizacji treści niż na pozyskiwaniu linków. Efekt? Poniżej screen z bieżącego miesiąca:

Lipiec 2013 - jak widać nastąpiły solidne wzrosty dla niemal wszystkich haseł

Wniosek może być tylko jeden - Google rzeczywiście w większym niż kiedykolwiek wcześniej stopniu docenia content. Co więcej, dobra treść chętniej jest przekazywana dalej, w związku z czym problem linkowania rozwiązuje się w dużym stopniu sam. Pozyskiwanie wartościowych odnośników wciąż oczywiście jest istotne, ale dla haseł o średniej konkurencyjności (jak w tym przypadku) sama zawartość witryny potrafi zapewnić jej wysokie miejsca w SERP.

środa, 3 lipca 2013

Jak Google naprawia sytuację w SERP od... drugiej strony

Tytuł wpisu powinien zabrzmieć dosadniej i chyba wszyscy wiedzą, co miałam na myśli o "drugiej stronie" pisząc. Przejdę jednak do konkretów, które sprawiają, że mój początkowy entuzjazm związany z Pingwinem i Pandą - zmianą w algorytmach Google - umarł śmiercią naturalną. A za to zęby na nowo zaczęły mi zgrzytać.

Problem pierwszy 

SPAM - jak się szerzył, tak się szerzy, kwitnie i ma się świetnie. Nie odnotowałam większych spadków w SERPach tych stron, które od dawna mam na oku, a które zwyczajnie łamią większość wytycznych Google. Śmieciowe linki, zero sensownej treści - i cóż z tego, kółko wzajemnej adoracji spamerów śmieje się radośnie, zakładając kolejne SWL-e. Twarze zwolenników White Hat SEO stają się coraz bardziej "white", a nie wykluczam, że u co poniektórych pojawiła się już nawet sina zieleń i fioletowe kręgi pod oczami.

Problem drugi

Co za dużo, to niezdrowo - rozumiem konieczność wprowadzania modyfikacji w algorytmie wyszukiwania, ale na litość: od końca maja zmiany wprowadzane są nieustannie. Najbliższa ma się zakończyć jutro, ale nie zdziwiłabym się, gdyby już w piątek zapowiedziano kolejną. Efekt? Dezorientacja. Pewnie jak zawsze o to właśnie Google chodzi, ale tu kłania się problem pierwszy - gdyby zmiany uderzały w spamerów i służyły oczyszczeniu wyników wyszukiwania, nie miałabym nic przeciwko. Tymczasem mydlenie oczu i niepewność dnia następnego to wątpliwe szczęście, które dotknęło całą branżę.

Problem trzeci

szalony pozycjoner jako efekt uboczny działań Google
Czy tak właśnie Google
widzi naszą przyszłość? ;)
Zajęte cyrkowymi sztuczkami Google, zaniedbało dwa podstawowe narzędzia: GA i GWM. W obu notorycznie pojawiają się błędy, wprowadzane są jakieś zmiany bardziej utrudniające niż ułatwiające życie i w efekcie dezorientacja dodatkowo nabiera na sile. Część środowiska doszukuje się nawet teorii, że znikające linki to przymiarka do filtrów i banów. Wizji apokaliptycznych mamy coraz więcej, a lada moment na ulice wylegną tysiące paranoików twierdzących, że widzieli na własne oczy filtr Google czyhający na ich strony pod biurkiem lub też skrzętnie ukryty za monitorem. Zęby szczerzący i pianę z pyska toczący.


Jakiś czas temu zażartowałam na Facebooku, że celem Google jest doprowadzenie wszystkich pozycjonerów do obłędu, przyodzianie ich w kaftany bezpieczeństwa i zamknięcie w zakładach specjalnych. Ale wiecie co? Parę dni temu ten żart kompletnie przestał mnie bawić ;]

sobota, 25 maja 2013

Jak wygląda wirtualny świat po przejściu Pingwina?

Można by pomyśleć, że właściwie niewiele się zmieniło - pozycje stron skoczyły nieco do góry, a o gwałtownych spadkach mało kto donosi. Jednak grafika prezentowana przez Algoroo nie pozostawia cienia wątpliwości - tąpnięcie było i modyfikacje algorytmu nastąpiły. Już jeden rzut oka wystarczy, by przekonać się, jak duże musiały być zmiany wprowadzone przez Google:

źródło: http://algoroo.com/

Czy to już jednak koniec zamieszania i w najbliższym czasie będziemy mieć spokój w temacie modyfikacji? Z wypowiedzi Matta Cuttsa wynika, że niezupełnie. I są już na to pierwsze dowody.

Świat po Pingwinie 2.0.

Matt Cutts, szef Google odpowiedzialny za walkę ze spamem, otwarcie przyznaje, że najnowsza aktualizacja Pingwina nie rozwiązała problemu spamu w sieci. W nasze ręce trafiło zatem narzędzie, które ma pomóc Google w wyczyszczeniu SERPów ze śmieciowych stron. Formularz pozwalający na zgłaszanie witryn, które nie mają żadnej wartości merytorycznej i służą wyłącznie podbijaniu pozycji innych stron (a które umknęły czujnym oczom Pingwina), znaleźć można pod tym adresem.

To jednak nie wszystko. Google planuje kontynuację swoich działań wymierzonych w spamerów, a także kontynuację polityki rozpoczętej już ładnych parę miesięcy temu. Z najnowszych doniesień Matta wynika, że:
  • premiowane będą strony eksperckie, prowadzone przez autorów będących autorytetami w swoich dziedzinach
  • duże znaczenie dla pozycji będzie mieć wartościowy content na stronie, rozpowszechniany w sposób naturalny przez osoby odwiedzające dany serwis
  • karani będą webmasterzy pobierający opłaty za wyświetlanie odnośników reklamowych z atrybutem "follow"
  • webmasterzy otrzymają dodatkowy oręż w postaci dodatków do Narzędzi dla Webmasterów, co pozwoli im na jeszcze lepsze dostosowywanie swoich stron do wytycznych Google i szybkie wykrywanie problemów występujących w serwisach, którymi zarządzają
Jeśli wierzyć tym wszystkim zapowiedziom, determinacja Google w walce o oczyszczenie wyników wyszukiwania wzrosła. Czyżby w ciemnym tunelu spamu pojawiło się wreszcie światełko nadziei dla osób, preferujących techniki White Hat SEO?

czwartek, 23 maja 2013

Doczekaliśmy się - Pingwin 2.0. dotarł na nasze podwórko


Nastąpiła oczekiwana od pewnego czasu aktualizacja algorytmu Google, odpowiedzialnego za "prześwietlanie" jakości odnośników prowadzących do stron internetowych. Z zapowiedzi wynikało, że ucierpią przede wszystkim strony korzystające z Systemów Wymiany Linków i "śmieciowych" odnośników. Czy tak się stało? I co zmieniło się od wczoraj w wynikach wyszukiwania?

Sporo osób odnotowało znaczące wzrosty pozycji stron, niektórzy zauważyli z kolei dość istotne spadki. W zasadzie już od kilku dni wiele serwisów nie tylko "tańczy", ale wręcz "skacze", a pozycje w SERPach zmieniają się jak w kalejdoskopie.


Analizując witryny którymi się zajmuję, mogę na razie stwierdzić jedynie, że:
  • serwis-poligon, służący mi do testowania mało wartościowych (z punktu widzenia Google, ale i mojego) metod, zaliczył nieznaczny spadek pozycji. Czekam na wyraźniejszy ruch w dół, który potwierdziłby zapowiadane kary za nienaturalne odnośniki i spam;
  • strony linkowane i optymalizowane w sposób zgodny z zaleceniami Google (z pewną domieszką moich własnych sztuczek), zaliczyły wzrosty;
  • strony linkowane, ale zoptymalizowane w stopniu minimalnym (również testowo), w ostatnich dniach "skaczą" - pozycja idzie o kilkanaście miejsc w górę tylko po to, by następnego dnia odnotować spadek, co widać na załączonym wycinku z ostatnich czterech dni dla jednej z takich testowych witryn:


Na ustabilizowanie sytuacji zapewne przyjdzie nam jeszcze jakiś czas poczekać. Gdy ona nastąpi, będzie można na spokojnie wyciągnąć ostateczne wnioski.