Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pozycjonowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pozycjonowanie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2018

WTF, Google?!

To, co dzieje się ostatnio w SERP-ach przypomina rzeź niewiniątek. Skoki pozycji niektórych słów kluczowych przypominają wyczyny akrobatów w cyrku, a obserwując zmiany na przestrzeni ostatnich kilkunastu tygodni, przed oczami widzę istne sinusoidy. No, nie wszędzie, część serwisów trzyma mi się całkiem nieźle, ale wszystkie bez wyjątku odnotowały większe lub mniejsze zmiany.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że Googlarze brzmią jak zacięta płyta i przyciskani do muru przez Schwartza z Seroundtable, powtarzają w kółko "Wprowadzamy kilka tysięcy zmian w algorytmie w skali roku". No świetnie, wierzę w to bezsprzecznie, ale od sierpnia te zmiany są jednak dość znaczące i obejmują serwisy na całym świecie - o różnej tematyce, różniące się zawartością merytoryczną i profilem linków. I, z tego co czytam na zagranicznych forach, wszystkie te serwisy dostały "po łbie".

Przypomina mi się "zlot" SEOwców w Katowicach na początku 2012 roku, kiedy to zgromadzeni w jednym pomieszczeniu i "zbici w kupę" pozycjonerzy z całego kraju (sporo nas było, z 40 sztuk?) wsłuchiwali się w przekazywane przez Artura Strzeleckiego informacje odnośnie zmian w Google. Tyle, że wtedy przynajmniej wiadomo było, o co chodzi - narodziła się Panda i Pingwin, wywracając do góry nogami wszystko, cokolwiek wiadomo było o promowaniu stron (przed tymi algorytmami, zajęciu przyjemnym i wręcz relaksującym). Teraz natomiast nie wiadomo nic. No, poza oczywistymi huśtawkami w SERP. Przyczyn natomiast doszukiwać musimy się sami, bo Google widać zacięło się na amen i więcej niż "Wprowadzamy kilka tysięcy (...)" nie jest w stanie z siebie wykrztusić.

Warunki pracy, bracia i siostry SEOwcy, mamy zatem kapitalne, bo chodzenie po "polu minowym", jakim od dość dawna jest działanie związane z promocją stron w Google, stało się jeszcze trudniejsze. I manewrowanie na owym polu może skończyć się w pewnym momencie wdepnięciem w googlowską minę - czego ani sobie, ani nikomu innemu działającemu w branży oczywiście nie życzę.

[edit, po publikacji kilku komentarzy]

1. Tak, wiadomo, że pytanie z tytułu jest mocno retoryczne, bo od lat Google napędza sobie Klientów (czyt. AdWords);
2. Moje marudzenie na brak komunikacji ze strony Google wynika wyłącznie z tego, że obietnice tej wyszukiwarki (czyli "pomoc webmasterom" - i tworzenie w tym celu odrębnych narzędzi, wyznaczanie osób do "komunikacji") nijak się mają do rzeczywistości;
3. Nie oczekuję, że ktoś z Google wyjdzie z plakatem reklamowym na ulicę, a na owym plakacie widnieć będą "podane na tacy" wskazówki "co aktualnie algorytm żre";
4. Content, content, content - zgoda, sama jestem na to mocno wyczulona, ale nawet strony z mojego "poligonu testowego", które są bogate w unikalną treść, zaliczyły w ostatnich miesiącach "skoki";
5. Oczywiście mam strony, które wahań pozycji nie odczuły praktycznie wcale, ale są one promowane lokalnie na hasła niszowe (więc nie biorę ich tak bardzo pod uwagę, przy spoglądaniu na całość). Większe serwisy, promowane na całą Polskę i na dużą ilość słów kluczowych (~100), przynajmniej parę razy na miesiąc, odczuwały zawirowania. A i hasła nie należą do tych rzędu "Hodowla świnek morskich Wąchock".

Coś się dzieje i zastanawiam się czy faktycznie mamy wyłącznie do czynienia z aktualizacją głównego algorytmu (jak twierdzą Googlarze) czy też przypadkiem nie okaże się, że do Pandy, Pingwina, Hummingbirda, Oposa etc. nie dołączył kolejny "zwierzak" ;) Naturalne wydaje mi się, że skoro się zajmuje jakąś tematyką i widzi, że coś się dzieje, usiłuje się dojść do sedna sprawy. Gdybym nie czytała dyskusji branżowych, nie dyskutowała z ludźmi zajmującymi się SEO, to pewnie do dziś nie wiedziałabym o istnieniu np. Gołębia ;) Czasem warto wychylić głowę i rozejrzeć się dookoła, bo to, że strony trzymają pozycje dzisiaj nie oznacza, że jutro będzie tak samo (co przypomina mi pierwsze łupnięcie ze strony Google, którego efekty na polskiej scenie  SEO doświadczyliśmy najwcześniej, według mojej wiedzy, ja i Radek Kubera - reszta towarzystwa miała jeszcze spokojne Boże Narodzenie, za to mało przyjemne wejście w Nowy Rok).

wtorek, 13 listopada 2018

Kolejna aktualizacja w Google - tym razem rodem z "horroru"

Wydawałoby się, że po ostatnich istotnych aktualizacjach algorytmu wyszukiwarki Google (mających miejsce bez mała co miesiąc), nastąpi chwila na złapanie oddechu. Niestety - Google znów "namieszało" w wynikach wyszukiwania. I o ile poprzednie zmiany miały pewien sens (zauważyć można było zmiany w pozycjach względnie sensowne - w górę poszły strony bogate w content), tak tym razem zagraniczna branża SEO bije na alarm.

horror Google

Jak mówi jeden z SEOwców, wypowiadających się na blogu Seroundtable, niektóre pozycje słów kluczowych pozostały na swoich miejscach, inne zaczęły "skakać" (spadek jednego dnia o kilkadziesiąt miejsc, wzrost kolejnego). Inny z wypowiadających się webmasterów dodał, że znaczne zmiany w SERP odnotowuje niemal co godzinę.

Najnowsza aktualizacja algorytmu została określona mianem "Creepy Search Algorithm Update" i trudno nie zgodzić się z tą nazwą. Tak gwałtownych zmian w pozycjach, mających miejsce z dnia na dzień i pozbawionych, mówiąc kolokwialnie, rąk i nóg, nie było już dawno.

Na własnych stronach "poligonowych", służących mi do testowania różnych metod SEO, zauważyłam coś, co wprawiło mnie w osłupienie:

  • strony od dawna nie tknięte zmianami w obrębie linków wewnętrznych i zewnętrznych, nie wzbogacanych o content - poszybowały w górę;
  • strony zadbane pod względem contentu, zaczęły zmieniać pozycje w sposób pozbawiony sensu - spadki na frazach występujących na dedykowanych im stronach (nie mówię o "keyword stuffing", ale o dobrze napisanych treściach "współgrających" z hasłami); w górę poszły z kolei podstrony pod kątem contentu zaniedbane;
  • strony linkowane zewnętrznie z miejsc o zróżnicowanym TrustRank, odnotowały te same zmiany, co wyżej opisane.
Mogę przychylić się do opinii jednego z użytkowników Seroundtable określającego ostatnią zmianę algorytmu, jako absurdalną. Podpisać się mogę też pod stwierdzeniem samego właściciela wspomnianego serwisu (Barry Schwartz), który podsumował swój wpis stwierdzeniem: "Nie wiem co ma na celu ta aktualizacja, o ile cokolwiek, przynajmniej na razie" (tłumaczenie własne).

Mamy więc kolejne zamieszanie w SERP (tym razem prowadzące do naprawdę absurdalnych sytuacji, w których zadbane pod kątem treści i spraw pobocznych strony, zaczęły drastycznie tracić na pozycjach dla słów kluczowych, które dotąd - promowane "Jak Google przykazało" - trzymały się nieźle i poprzednie aktualizacje przetrzymały). Co ma na celu ta zmiana? Obawiam się, że tylko jedno - skuszenie właścicieli stron do korzystania z AdWords i napełniania kieszeni Google. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to zwykle chodzi o pieniądze...

Szczegółowe informacje o ostatnim "wybryku" wyszukiwarki, dostępne są we wpisie Schwartza, na którym m.in. opierałam się pisząc ten post.

poniedziałek, 1 października 2018

Pozycjonowanie - jak uniknąć pułapek SEO (i nie tylko)?

złodziej
Na przestrzeni ostatnich tygodni zaczęły do mnie docierać sygnały od Klientów które sprawiły, że włosy stanęły mi dęba na głowie. O części praktyk "nabijania w butelkę" wiadomo SEOwcom od lat, ale niektóre "genialne" pomysły na to, jak zarobić sobie na człowieku, który za bardzo nie orientuje się w tematach powiązanych z pozycjonowaniem stron (i ogólnie w sprawach "okołoseowych") warte są opisania. Tak ku przestrodze.

Żeby wpis ten był w miarę przejrzysty, poruszę w nim po kolei trzy tematy - skupiając się na metodach pozyskiwania Klientów przez różne firmy, na których usługi wciąż wiele osób daje się namówić. Niestety.

Pozycjonowanie

Tutaj mamy niezmiennie ten sam chwyt "Tanio i z gwarancją!". Gdy słyszę takie hasło, zęby mimowolnie zaczynają mi zgrzytać.

Tanio się nie da, takie nastały czasy. To znaczy wróć. Da się, jeśli hasło jest naprawdę niszowe lub do promocji są ze dwie frazy (też mało konkurencyjne). No i jeśli Klient uprze się przy niskich kosztach, a SEOwiec na takie koszty przystanie (przy czym efekty promocji strony w Google będą wówczas co najwyżej przeciętne, ale cóż - z pustego i Salomon nie naleje; podobnie będzie w sytuacji, w której budżet wydaje się spory, ale do promocji jest 200 fraz czy więcej, a i tak bywa). Natomiast jeżeli Klient chce, żeby praca była wykonana dobrze, musi zdawać sobie sprawę z tego, że będzie go to kosztować (ile? Zależy od liczby fraz i ich konkurencyjności oraz od paru innych czynników). Obecnie każdy człowiek działający w SEO i marketingu sieciowym, ma co prawda do dyspozycji sporo opcji, dzięki którym widoczność strony w wynikach wyszukiwania będzie znaczna. ALE - coś za coś. Zwykle korzystanie z tego bogactwa opcji wiąże się z bogactwem... poniesionych kosztów. 

Tymczasem wciąż działają firmy, które złotymi usty przedstawiają potencjalnemu Klientowi ofertę rodem z baśni tysiąca i jednej nocy i podam najnowszy przykład. Rzecz dotyczyła domeny z wieloletnią historią, jednak traktowaną przez właścicieli nieco "po macoszemu", ponieważ swój biznes oparli o nowy adres www. Wiadomo, że nikt nie będzie inwestował w serwis, który bardziej przypomina zaplecze i chociaż owszem - jest promowany i wyniki ma (zgoda, od ideału dalekie), to  jest równocześnie po prostu przestarzały (CMS generujący nieprzyjazne wyszukiwarkom adresy podstron, design strony wieloletni i - jak na dziś obowiązujące standardy - raczej zniechęcający do skorzystania z usług firmy, i tym podobne i tak dalej). I nagle pojawia się rozwiązanie CUD. Wypromowanie strony na  googlowskie wyżyny w trzy miesiące i z gwarancją! O tym, żeby przy okazji owa firma pochyliła się nad koniecznością wdrożenia zmian na stronie, jakoś nie usłyszałam.

Czy jest to w ogóle realne? A pewnie, że jest. Wystarczy wykorzystać techniki sprzeczne z wytycznymi Google (choćby tzw. blasty) i z dużym prawdopodobieństwem można będzie oczekiwać, że przez te 3 miesiące strona faktycznie będzie wysoko w SERP. Nikt tylko nie wspomina Klientom, że po owych trzech cudownych miesiącach, mlekiem i miodem płynących, może nastąpić gwałtowny spadek (choć nie musi, na co zwróciłam uwagę we wpisie Jak Google (nie)przestrzega własnych wytycznych). Wciąż jednak wierzę, że prędzej czy później Google się opamięta i karę serwisowi, który we wspomnianym wpisie analizowałam, zechce przywalić, przyczyniając się tym samym do usunięcia z własnego indeksu tego typu kwiatków.

Wracając jednak do tematu. Gwarancji na uzyskanie TOP10 dać się po prostu nie da. Konkurencja przecież nie śpi i też się promuje, a Google co i rusz wprowadza zmiany, które potrafią wywrócić do góry nogami wszystko i doprowadzić do tego, że stosowane techniki promocji trzeba na szybko zmieniać, bo zwyczajnie przestają być efektywne. Do tego dochodzi ryzyko wpadnięcia w filtr albo wręcz nałożenia na domenę bana (i szczerze mam nadzieję, że Google zacznie coraz chętniej owe bany rozdawać, oczyszczając SERP). 

Czy zatem warto ryzykować? Oczywiście każdy odpowie za siebie, na nowych adresach www, pozbawionych historii, można eksperymentować, ale z drugiej strony jeśli chce się przyzwyczaić do siebie Internautów, to przecież co 3 miesiące (czy co pół roku czy rok) nie będzie zmieniać się adresu www własnej firmy.

Moja propozycja jest taka: Kliencie, jeśli usłyszysz, że ktoś chce Twoją stronę wypromować tanio i gotów jest udzielić Ci gwarancji na 3 miesiące, zapytaj o gwarancję utrzymania wyników przez trzy lata i poproś o zapis w umowie, że w przypadku nie zrealizowania obietnic bądź nałożenia na Twój serwis kary przez wyszukiwarkę, otrzymasz sowite odszkodowanie.

Ja akurat robię odwrotnie - zawsze informuję o tym, że nie jestem w stanie udzielić gwarancji na wyniki. Czy zniechęcam tym potencjalnych Klientów? Możliwe, ale przynajmniej stawiam sprawę uczciwie.


Mapy Google

Wydawałoby się, że przekrętów na Mapach Google zrobić się właściwie nie da (pomijam nabijanie sobie komentarzy i "tłuczenie" konkurencji negatywnymi opiniami - o tym przy innej okazji). A przynajmniej moja wyobraźnia okazała się w tym temacie mocno ograniczona. Okazuje się bowiem, że istnieją firmy oferujące założenie wizytówki w Mapach za "jedyne 500 złotych rocznie". Gdy taka wiadomość do mnie trafiła, nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

Utworzenie wizytówki firmowej w Google Maps trwa może z 5 minut (no, jeśli ma być "odpicowana", to powiedzmy, że góra godzinę - bo i opisy i zdjęcia i cuda wianki). Jest to jednak usługa, którą Google oferuje bezpłatnie i tworzenie wizytówek, za które pobiera się roczny abonament to po prostu zwyczajne oszustwo i żerowanie na braku wiedzy wielu osób. Dodatkowo taki "złowiony" Klient jest informowany, że jeśli nie zapłaci za rok kolejnych kilkuset złotych, to wizytówka zniknie (o co wcale łatwo nie jest, tak na marginesie, bo usunięcie wizytówki firmowej w sytuacji, w której firma wciąż prowadzi działalność, napotyka rozmaite przeszkody i o tym też jeszcze kiedyś napiszę). W każdym razie nie zorientowany w temacie człowiek, przerażony wizją utraty swojej Mapki, na której widnieje np. kilkadziesiąt pozytywnych opinii, oszustowi zapłaci (nie mając wciąż pojęcia, że nabija portfel naciągacza). Żeby było "śmieszniej", ów Klient dostępu do własnej Mapy nie ma lub ma ograniczony, a całością zarządza sobie oszust (bo przy zakładaniu wizytówki w GM podał do zarządzania nią własne dane kontaktowe: e-mail i numer telefonu).

Drodzy Klienci: jeśli ktoś usiłuje sprzedać Wam taką usługę, jest po prostu kanciarzem. Nie da się tego inaczej ująć. Owszem, firma zewnętrzna może sobie policzyć za stworzenie wizytówki w Waszym imieniu, ale po pierwsze - raczej nie za takie pieniądze, a po drugie - bez pobierania "abonamentu" (no chyba, że będzie ją "prowadzić", odpowiadając np. w Waszym imieniu na komentarze Użytkowników). Decydując się na tego typu usługę zawsze należy dopilnować, by Mapa stworzona była na Was - Wasze dane, Wasz numer telefonu służący do weryfikacji usługi i jej zarządzania, Wasz adres e-mail, do którego macie stały dostęp. O podpisanie stosownej umowy przy założeniu, że współpraca z firmą zewnętrzną będzie długofalowa, również należy zadbać i sprawy dopilnować.


AdWords

Linki sponsorowane kosztują (zwykle sporo, jeśli hasła są "chodliwe"), mimo to wielu właścicieli serwisów internetowych korzysta z tej opcji reklamy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że znów - objawia się firma CUD, która informuje Klienta, że kilkadziesiąt (konkurencyjnych!) haseł, wypromuje mu za 30 czy 50 złotych.

Jest to absurd. Owszem, można przez jakiś czas tanio promować swoją firmę w AdWords, jeśli ma się tzw. kupon, który Google przekazuje wszystkim "początkującym" (jeśli na reklamy w tym systemie wydali 100 złotych lub więcej). Przy założeniu, że takich kuponów uzbierało się kilkadziesiąt czy kilkaset, można "za darmo" promować dowolny serwis i opłaty od Klienta chować do własnej kieszeni. Chociaż moment - można BYŁO. Przepowiedziałam rzecz jakoś na początku roku, tłumacząc jednemu z Klientów, który właśnie na kuponach chciał oprzeć całą promocję swojej strony w AdWords, że ten Dzień Dziecka lada moment dobiegnie końca. I faktycznie tak się stało - teraz dla promocji konkretnego serwisu można z kuponu skorzystać RAZ. I cześć pieśni. Ale nie brak osób/firm, które nadal oferują wyżej wspomniane usługi, tyle tylko, że nie określając czasu trwania tej sielanki. Bo owszem, może i za pierwszy miesiąc kampanii reklamowej w AdWords Klient zapłaci 50 złotych i będzie na szczycie linków sponsorowanych dla wielu konkurencyjnych fraz, ale za kolejne przyjdzie mu zapłacić znacznie więcej (i tu kłania się dokładne czytanie umów, zawieranych z firmami oferującymi: tanio, szybko, z gwarancją, bezpłatnymi wizytami u stomatologa oraz wizażysty). 


Na firmy, które żerują na braku wiedzy Klientów, trafić jest łatwo (choć najczęściej, oczywiście nie zawsze, działa to odwrotnie - to te firmy do Klientów się zwracają, szukając osób mało zorientowanych w temacie promocji stron w Internecie). A efekty są tragiczne - i dla naciągniętych przez oszustów osób, jak i dla uczciwych firm działających w branży. Bo jeśli raz się człowiek sparzył i mocno oberwał po kieszeni, ciężko mu będzie zaufać kolejnej agencji reklamowej czy też firmie działającej stricte w branży SEO.

Dlatego jeśli ktoś przedstawia Wam, drodzy Państwo, oferty takie, jak opisane powyżej - grzecznie podziękujcie. Oszczędzi Wam to stresów, ryzyka nabawienia się nerwicy czy wrzodów żołądka, a już na pewno - uszczuplonego portfela.

czwartek, 13 września 2018

Jak Google (nie)przestrzega własnych wytycznych

czarny kapelusz
Czas na zmianę "kapelusza"?
Długo zastanawiałam się nad tym, jak ten temat ugryźć. Walka ze spamem (którym dla mnie są  np. bezmyślnie tworzone zaplecza i farmy linków, ale i same strony, których byt w SERP-ach uzależniony jest od powyższych) od dawna budzi we mnie emocje. I początkowo mocno kibicowałam Google, które - wraz z kolejnymi wdrażanymi zmianami (tu Pingwin, tam Panda) - miało oczyścić SERP-y z tego typu śmieci. I nawet przeczące sobie wzajemnie wytyczne tej wyszukiwarki (raz coś było "naturalne" i pożądane, po dwóch latach za to "naturalne" można było dostać filtr) to, choć wywoływały u mnie oczywiste zgrzytanie zębami, jednak przetrzymywałam. Bo w końcu chodziło o zrobienie porządku, prawda? Więc okej, niech będzie. Wprowadzało się kolejne modyfikacje na stronach Klientów, zawsze w myśl googlowskich reguł (no i trochę obok tychże; nigdy nie twierdziłam, że jestem SEO-wcem czystszym niż koszulka wyprana w tym cudzie co to już "bielsze nie będzie"). Ale jednak z umiarem, ostrożnie, jakąś konkretną wizją. Działałam tak sobie, wciąż wpatrzona w Google ze spamem walczące, i święcie wierząc, że faktycznie te notoryczne zmiany algorytmów i zasad służą wyższym celom.

Aż w końcu trafił mnie szlag.

Jest sobie firma, której nazwę przemilczę, bo właściciel nie należy do osób łatwych w obyciu, a jakoś nie mam ochoty być ciągana po sądach. Owa firma działa w branży usługowej (w detale nie będę się wdawać z uwagi na to, co napisałam wcześniej; jedni nie lubią węży, inni sądowego pieniactwa - są gusta i guściki). Początkowo nie zwracałam na tę firmę większej uwagi, zajęta pracą przy innej stronie z tej samej branży, ale w końcu coś mnie tknęło. TOP 1 na kilkudziesięciu (może i kilkuset, nie wiem, nie sprawdzałam aż tak zawzięcie) frazach, bynajmniej nie mało konkurencyjnych. Wręcz przeciwnie: w tym przypadku konkurencja rozpycha się łokciami, łapie wzajemnie za kołnierze i kopie po kostkach tak, że aż echo niesie. Zaintrygowana zjawiskiem przyjrzałam się bliżej stronie owej firmy i wówczas mną szarpnęło.

Na stronie radośnie i całkowicie bezkarnie, uprawiany jest keyword stuffing, dodatkowo kopiowane są fragmenty jednego tekstu i wklejane co parę akapitów. Gdybym miała zaprezentować schemat dotyczący sposobu umieszczania treści w tym serwisie, to wyglądałby on mniej więcej tak: (to w nawiasach i kursywą to moje dodatkowe "parę groszy"):

-
Zajmujemy się: pierwsze słowo kluczowe, drugie, trzecie, czwarte (...) piętnaste.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Gwarantujemy: pierwsze słowo kluczowe, drugie (schemat już chyba dla wszystkich oczywisty)

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Działamy w: nazwa miejscowości pierwsza, druga (...) czterdziesta (nie no, wy tak serio?!).

Zapewniamy: pierwsze słowo kluczowe. drugie (i tak w koło Macieju)

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Jeśli mieszkasz w: nazwa miejscowości pierwsza, druga (Chryste, ile można?) skorzystaj z naszych usług.

-

Na podstronach sytuacja wygląda identycznie. Rzecz jasna stosowane są i pogrubienie czcionki i kursywa i linki wewnętrzne i zdjęcia i tak dalej i tak dalej, co nie zmienia faktu, że całość bazuje głównie na powtórzeniach i na chama wepchniętych słowach kluczowych. Wszystko to w owym schemacie "pozycjonowane frazy, kopiuj-wklej, pozycjonowane frazy".

Szczęka mi się mocno zacisnęła, a jednocześnie ogarnęło mnie osłupienie, że taka radosna twórczość, łamiąca parę zasad Google z rzędu, nie oberwała jeszcze soczystego kopa od Pandy.

No ale dobrze, ciekawe jak też ta cud-strona jest linkowana. Sprawdziłam. Na przykład tak:
Spoko. Rzeczywiście, niezwykle naturalne są linki kierujące do polskiej strony, pochodzące z serwisów chińskich. 

Od razu mi się przypomniało, jak jedna z moich stron otrzymała ostrzeżenie odnośnie nienaturalnych linków i jako przykład podany był, nieistniejący już zresztą, katalog Zgreda (jednego z najbardziej "kumatych" ludzi w branży SEO, którego szalenie lubię, zaś ogrom jego wiedzy, niezmiennie podziwiam). Zatem przepraszam, co jest dla Google bardziej naturalnym linkiem prowadzącym do polskiego serwisu - odnośnik z chińskiej strony składającej się z 3 podstron na krzyż czy polski moderowany katalog stron internetowych, stworzony przez człowieka, który o SEO ma kolosalne pojęcie? Widać to pierwsze.

I żeby jeszcze to był jakiś skromny wyjątek. A w życiu! Majestic w podsumowaniu "Wykryte języki przychodzące" (odnoszące się właśnie do tego, skąd linkowana jest strona) podaje jak byk, że:


No rzeczywiście, bardzo to "naturalne"... I co na to Pingwin, czuwający nad poprawnością profilu linków? Nie będę mówić co, choć na usta ciśnie mi się tylko jedno słowo.

Najgorsze w tym wszystkim jest właśnie kompletny brak reakcji Google. Strona działająca niemal wbrew tej wyszukiwarce, zasiada w TOP-ach, zostawiając konkurencję promującą się zgodnie z tym, co "Wujek Google nakazał", daleko w tyle.

Wypadałoby chyba na koniec podać jakieś wnioski wyciągnięte z powyższego, może pokusić się o eleganckie przemyślenia i stworzenie podsumowania całości.... Choć jedyne, na co mam ochotę po naklepaniu tego wpisu, to rzucenie w kąt "białego kapelusza" i zainwestowanie w blasty. Bo, jak widać na powyższym przykładzie, przechodzą one bez echa.

piątek, 25 sierpnia 2017

Google znowu "miesza" w SERP?

Może nie tyle "miesza", o ile po raz trzeci w tym roku zmienia swoje zasady określające tzw. jakość stron. I dotyczy to witryn "międzynarodowych", a zatem - innych niż w języku angielskim (choć witryny "angielskie" również kolejny raz wzięto pod lupę).



Ta aktualizacja ma, po raz kolejny, pokazać, że Google walczy ze spamem oraz informacjami "nieprawdziwymi". Co jednak oznacza w praktyce?
  • dostosowanie wyświetlania reklam do faktycznej tematyki serwisu, w której się znajdują;
  • obniżenie "wartości" strony, która prezentuje tzw. treści spiskowe, prezentując je jako fakty;
  • strony zbudowane w oparciu o publikowanie na nich "nieprawdziwych informacji".


Co jeszcze zostało zmodyfikowane? Podając za seostation.pl:

  • zmienione zostały tzw. wytyczne dotyczące lokalizacji oraz kierowaniem wyników na wybrany obszar;
  • zwiększenie czujności "oceniających" jakość witryny, na sprawdzanie poprawności wyświetlania aktualnych wyników wyszukiwania na dane zapytanie;
  • usunięci reklam o charakterze związanym z erotyką (pojawiać się będą wyłącznie w serwisach, które taką tematyką faktycznie się zajmują);
  • oznaczenie "języka strony" odgrywać będzie większą rolę niż dotychczas (oznaczenie "właściwą flagą");
  • zwiększenie czujności "oceniających" pod kątem określenia jakości strony, powiązanej z jej lokalizacją, preferencjami i językiem ojczystym;
  • umożliwienie wyświetlanie w SERP anglojęzycznych witryn na zapytanie użytkownika, wpisującego w Google "poszczególne frazy" (dotyczy: konkretnej firmy, produktu, informacji naukowych).


Działania te mają wspomóc Google w zwalczaniu spamu w SERP (czemu niezmiennie kibicuję), ale po prawdzie, obawiam się, że "uczciwym stronom" (z odpowiednim contentem, ale niekoniecznie odpowiednim zapleczem odnośników), też się może "dostać". Pozostaje to, o czym pisałam już dawno - koncentrowanie się na treściach unikalnych, stricte powiązanych z tematyką serwisu i odpuszczenie w dużym stopniu linkowania (zwłaszcza tego "na ślepo"). Wkrótce mogą bowiem wypłynąć kolejne "wytyczne" Google, które strony nieanglojęzyczne potraktują gorzej nie tylko z uwagi na zawarte na nich treści, ale również z uwzględnieniem jakości samych linków (pamiętajmy zresztą o Pingwinie, który cały czas ma "oko" na nasze serwisy www).

piątek, 30 czerwca 2017

Czy linkowanie ma jeszcze sens?


Tytuł artykułu może wydawać się trochę podchwytliwy i pewnie wielu znawców SEO na jego widok postukało się palcem w czoło. Ale, Panie i Panowie, zastanówmy się na poważnie - co w tym momencie ma największe znaczenie dla Google? W moim odczuciu są to dwie rzeczy:
  • bardzo dobry content zamieszczony w serwisie
  • optymalizacja strony
Pisałam o tym nieco w poprzednim poście, ale podam bardziej rozbudowany przykład (sytuacja podobna do tej ze wspomnianego wpisu, bo rozwiązanie zastosowałam wręcz bliźniacze - wiedząc, że tamto się sprawdziło). Ale do rzeczy. Przyszedł do mnie Klient X i mówi, że chce pozycjonować swoją stronę. No okej, sprawdzę co w trawie piszczy. A tu strona zawalona "listami wyborów" setek produktów (ukrytymi przemyślnie, żeby przypadkiem użytkownik za łatwo nie znalazł tego, czego szuka), pozbawiona treści w stopniu dobijającym, optymalizacją nietknięta - choć podobno jakiś seo-spec już nad nią pracował. O braku altach w obrazkach nie będę się rozwodzić. 

Problem zatem widoczny już na pierwszy rzut oka, bo ani przeciętny użytkownik ani Google, za Chiny Ludowe, nie byli w stanie "dokopać się" do interesujących ich treści. A tu jeszcze Klient X podaje 100 haseł do promocji, z których dobre 80% na stronie nie występuje wcale, część zaś jest skrzętnie ukryta w owych listach wyboru produktów ("krzaczących się" wściekle i sypiących błędami). Po paru tygodniach wahań Klient zgodził się na postawienie strony informacyjnej, mającej pozyskiwać ruch dla "strony matki". I co się okazało? Że nowa strona, zoptymalizowana, zapełniona sensowną treścią, artykułami tematycznymi, łatwymi do odnalezienia produktami, "przebiła" istniejącą od lat "stronę matkę" i Klient uznał, że to ona powinna być głównym serwisem, reprezentującym firmę. Dlaczego? Z prostego powodu. Klienci owej firmy kompletnie nie byli zainteresowani przechodzeniem na dotychczas istniejącą stronę (poprzez linki odsyłające do serwisu macierzystego), a wszystkie wiadomości odnajdywali w witrynie mającej być wyłącznie zwykłą stroną informacyjną (sensownym zapleczem, jeśli ktoś chce tak sprawę nazwać).

A jak pozycjonowanie owych 100 haseł? Po kilku miesiącach 70% z nich pojawiło się w TOP10 w Google (a branża specyficzna, przemysłowa, bynajmniej nie oferująca maszyn rolniczych czy przenośników taśmowych, ale produkty i usługi, o których chyba pojęcia nie mieli sami twórcy różnych katalogów, bo podkategorii stworzonych z myślą o tej branży nie znalazłam nigdzie). Powiecie pewnie  "Phi! No to nisza, nic dziwnego, że udało się tak łatwo wbić w topy!" - nic bardziej mylnego. Konkurentów wspomniana firma ma wielu, a gdy zagłębiłam się w tematykę, ze zdziwieniem odkryłam, że oferowane przez Kliena X produkty i usługi, są towarem gorącym i pożądanym niczym świeże bułeczki. O miejsca wielu fraz wciąż walczę, bo wspomniana konkurencja nie śpi i też stara się osiągnąć Googlowskie wyżyny.

I tu wracamy do tematu artykułu, czyli linkowania - w dawnych latach najlepszego sposobu na osiągnięcie pierwszych miejsc w wyszukiwarkach. Otóż do strony pozyskałam raptem kilkanaście odnośników (solidnych, nie ma co szklić, żadne jakieś tam spamowe), a całą resztę pracy włożyłam w optymalizowanie serwisu i w stałe uzupełnianie go treścią. Doskonaliłam istniejące artykuły, dodawałam aktualności, "dopieszczałam" stronę pod każdym możliwym względem (czy to zdjęcia, czy wyraźnie wyodrębniona lista produktów w tabelkach, widocznych na pierwszy rzut oka). I robię to cały czas. Efekty? Rewelacyjne, bo strona pozbawiona "byków", przejrzysta, treściwa (zaspokajająca potrzeby informacyjne Odbiorców, a tym samym miła naszemu kochanemu Google), z miesiąca na miesiąc "wskakuje" na coraz wyższe pozycje (i choć zdarzają się wahania, co przy tylu hasłach nie jest żadnym dziwem, to strona wciąż trzyma się świetnie).

Niewątpliwie takie podejście do sprawy jest do bólu czasochłonne, bo w grę wchodzą też artykuły tematyczne, które staram się lokować w co lepszych serwisach z branżą skojarzonych, a i tworzenie samego contentu zajmuje więcej czasu niż upychanie adresu strony w katalogach czy preclowych linkach. Ale mam wrażenie, że ten własnie kierunek to już nie przyszłość, tylko teraźniejszość dawnego "pozycjonowania" (swoją drogą już dawno zaczęłam zachęcać również swoich pozostałych Klientów do tego, by wygospodarowali na stronach miejsca na blog lub artykuły, które sukcesywnie dodawane w witrynach, mogą wynieść je na zdecydowanie wyższe miejsca). I ci, którzy dali się przekonać, nie żałują swojej decyzji.

W powyższym tekście brak jest z pewnością konkretów (nie mam zgody Klienta na rozsiewanie wszem i wobec wieści o adresie strony, ani słowach kluczowych, na które jest promowana), ale mogę posłużyć się wykresem prezentującym stopniową poprawę widoczności strony w Google (ostatnie 6 miesięcy, strona promowana jest od roku):

wykres widoczności strony w Google
Czy zatem linkowanie straciło rację bytu? Oczywiście, że nie. Ale wyraźnie widać, że rozbudowanym contentem, uzupełnianym regularnie, można osiągnąć bardzo wiele, mając raptem "garstkę" odnośników prowadzących do strony. I optymalizacją, ale to chyba jasne dla każdego.

Oczywiście są sytuacje, w których nie ma możliwości tworzenia "tasiemców" w jakimś serwisie, ponieważ jego tematyka na to zbytnio nie pozwala i wówczas nadrabiać można już tylko optymalizacją, odnośnikami i działaniami na portalach społecznościowych (mniej na forach, jakoś marketing szeptany to dla mnie zawsze ostateczność, choć czasem bywa konieczny czy wręcz pożądany). Niemniej chyba nigdy wcześniej hasło "content jest królem" nie było równie aktualne, co w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. I nie sądzę, by w najbliższej przyszłości miało się to zmienić.

wtorek, 31 maja 2016

Odpowiedzi na trudne (?) pytania Klientów

wściekły Klient
Od czasu, gdy do zabawy SEOwców w promowanie stron dołączyły algorytmy Google, branża musiała zmienić swoje podejście do tzw. pozycjonowania, a także własne metody pracy. Pozyskiwanie na tony odnośników (z byle jakich źródeł), to już przeszłość. Kiedyś owszem - dawało to niezłe wyniki. Po przejściu pierwszego Pingwina wynik w wielu przypadkach był już tylko jeden - gwałtowny spadek strony w SERP.

Podejście zatem się zmieniło, czego wielu Klientów nie jest w stanie zrozumieć. I trudno mieć do nich o to pretensje (no, ewentualnie o formę, w jakiej wyrażają swoje niezadowolenie z pracy firmy SEO). Najczęściej spotykam się z dwoma pytaniami, które Klientom spędzają sen z powiek:

1. Pani, dlaczego tak drogo?! [tu muszę przy okazji zaznaczyć, że nie stosuję stawek "zaporowych" i staram się promować strony na tyle tanio, żeby Klient nie poszedł z torbami, a jednocześnie na tyle "drogo", by po przeznaczeniu środków otrzymanych od właściciela serwisu na jego sensowną promocję, coś mi jednak w kieszeni zostało. Tu szeroko uśmiecham się na myśl o ukochanym ZUS]
2. Pani, to już trzeci/czwarty/piąty miesiąc, od kiedy zawarliśmy umowę, a wyniki takie słabe!

Co do pytania numer jeden - drogo, bo promowanie stron w Internecie po prostu zaczęło być kosmicznie drogie po uruchomieniu przez Google algorytmów. W czasach "przedpingwinowych" w szybkim czasie i stosunkowo małym kosztem, można było zdziałać cuda. To się jednak skończyło, co z pewnością nie uszczęśliwiło ani branży, ani Klientów, ale za to poprawiło jakość stron górujących w SERP na najbardziej konkurencyjne frazy. No w porządku, nie zawsze, ale wyjątki potwierdzają regułę, a Google ze spamem wciąż walczy i osobiście gorąco mu kibicuję.

Metod promocji mamy wiele, z czego większość po prostu kosztuje. Dajmy na to wartościowe katalogi (naprawdę wartościowe, których wskaźników TR może pozazdrościć wiele serwisów o zupełnie innej tematyce). Za wpisy w takich katalogach się płaci i nie są to wcale małe kwoty. Oczywiście można od razu rozpocząć tutaj dyskusję czy płacenie za odnośniki nie jest sprzeczne z wytycznymi dla Webmasterów, ale bądźmy realistami. Link z wartościowego katalogu warto mieć, a poza tym jeszcze nie spotkałam się z karą ręczną za odnośnik umieszczony na przykład w katalogu Wirtualnej Polski, Onetu czy Interii.

Kolejna sprawa to artykuły sponsorowane, wykorzystywane chętnie i radośnie nie tylko w Internecie. Taka forma reklamy to naprawdę wysokie koszty. Pomijam czas poświęcony na zebranie ciekawych informacji i napisanie tekstu, ale jego publikacja w renomowanym portalu... Hoho! Tu dopiero zaczynają się schody, bo stawki niektórych takich serwisów są zaporowe. A wiadomo, że wartościowego artykułu poświęconego na przykład depresji, nie będziemy usiłowali opublikować na blogu o średniej "odwiedzalności", na dodatek skupiającego się na, dajmy na to, zdrowym odżywianiu.

Dużą rolę odgrywa też czas poświęcony na promowanie strony. Jej dogłębna analiza, wprowadzanie poprawek w treści (bądź ich rekomendowanie Klientowi), eksperymentowanie z tagami META w celu sprawdzenia, które "żrą", a które wręcz przeciwnie, pilnowanie profilu linków, szukanie porzuconych przez właścicieli domen z dobrą historią, które można by przejąć (czasem wylicytować na aukcji i tu znów kłaniają się koszty), w celu wykorzystania ich na potrzeby promocji serwisu i tym podobne i tak dalej. To wszystko trwa, poświęca się tym zajęciom dużo czasu, a to też kosztuje (ostatecznie Klient nie płaci za linki, tylko za pracę SEOwca - i choć może niektórym ciężko w to uwierzyć, to jednak pracownicy firm SEO nie spędzają połowy dnia na oglądaniu śmiesznych filmików na YouTube, tylko zasuwają jak małe maszynki, wyszukując kolejne sposoby na wypromowanie serwisu, którym się opiekują).

A pytanie numer 2? Odpowiedź znów jest prosta: potrzebny jest czas. Zbyt gwałtowne pozyskiwanie odnośników (tak uwielbiane przed rokiem 2011), może wydać się Google podejrzane (pomijam sytuacje, w których firma wprowadza nowy produkt czy ofertę, która jest na tyle innowacyjna bądź interesująca, że tematem zaczynają interesować się media i rozpisują się na jej temat, przy okazji linkując do wspomnianej strony). Wszystkie działania należy prowadzić z rozwagą i rozkładać je w czasie, zamiast (jak to było kiedyś), poświęcić dwa miesiące na dzikie podlinkowywanie strony, a przez kolejne - patrzeć tylko na szybujące w górę pozycje strony i pławić się w glorii i chwale. Jeśli coś ma być zrobione dobrze i z głową, a na dodatek strona jest promowana na frazy bardzo konkurencyjne, to nie da się uniknąć czekania na wyniki.

I na sam koniec - często sami Klienci rzucają firmom SEO kłody pod nogi, jednocześnie narzekając na brak efektów, a twardo i z uporem odmawiając wprowadzenia w serwisie absolutnie niezbędnych zmian (pomijam sytuacje, w których Klient nie płaci kolejny miesiąc z rzędu i robi awanturę, że wyników brak). Wybierają do promocji pojedyncze frazy o zabójczej konkurencyjności, jednocześnie nie oferując firmie SEO niczego, co pomogłoby w zrealizowaniu usługi (czy to danych dostępowych do ftp, Search Console, czy wreszcie wyrażeniu zgody na rozszerzenie opisów znajdujących się na stronie; przykład z życia wzięty - firma chce się promować na popularne słowo kluczowe, które w treści serwisu pojawia się raz. Skoro fraza ma być powiązana z faktyczną działalnością danego przedsiębiorstwa i jest dla niego tak istotna, wypadałoby jednak danemu produktowi czy usłudze poświęcić nieco miejsca - utworzyć osobą podstronę, elegancko ją opisać, dodać jakieś zdjęcia i tak dalej i tak dalej). 

Warto pamiętać też o sprawie chyba najważniejszej - stron nie tworzymy dla wyszukiwarki, tylko dla użytkowników. Bo nawet jeśli ktoś wyda ciężkie pieniądze i faktycznie pojawi się na wysokich miejscach w SERP (i to na pewno nie dzięki metodom White Hat czy nawet Gray Hat), to uboga merytorycznie witryna nie zachęci odwiedzających do tego, by zainteresowali się bliżej tym, co jej właściciel ma do zaoferowania. Nie mówiąc już o tym, że w końcu i Panda zwróci uwagę na ubogą wartość merytoryczną serwisu i szybko zdobyte TOP5 przejdzie do historii.

piątek, 25 marca 2016

Link Building w kolorze #CCC - niezbędnik pozycjonera

Darmowy e-book opracowany przez Martę Gryszko, poświęcony metodom pozycjonowania, to skarbnica wiedzy - zwłaszcza dla tych osób, które w branży SEO stawiają swoje pierwsze kroki. Ale i "starzy wyjadacze", którzy połamali sobie zęby na googlowskich Pandach i Pingwinach, też znajdą w nim ciekawe informacje. I nie tylko!

Bardzo dużą zaletą poradnika jest szczegółowe opisywanie wszystkich technik pozyskiwania linków, wraz z podaniem konkretnych przykładów. Jak podkreśla autorka, metody, o których mowa jest w "Link Building w kolorze #CCC", wykorzystuje w swojej pracy na co dzień. Są to zatem techniki nie tylko dokładnie sprawdzone i wielokrotnie przetestowane, ale - co istotne - przynoszące dobre efekty.

Co równie ważne, e-book został udostępniony czytelnikom bloga Marty 17-ego marca bieżącego roku, jest więc to naprawdę świeża dawka wiedzy.


Na 29 stronach poradnika, omówione zostały między innymi takie zagadnienia jak:
  • Aktualizacja niedziałających linków
  • Sposoby linkowania
  • Umiejętne wykorzystanie informacji prasowych (oczywiście pod kątem zdobycia odnośników)
  • Umieszczanie wpisów w katalogach stron
  • Wykorzystanie materiałów chronionych prawem autorskim do pozyskiwania linków
  • Metody pozyskiwania linków z tzw. silnych domen (między innymi .gov)
  • Analiza linków konkurencji
  • Linkbaiting (tworzenie treści, do których sami użytkownicy będą chętnie linkować) oraz egobaiting
  • Serwisy dziennikarstwa obywatelskiego jako źródła zdobywania odnośników
  • Umiejętne wykorzystanie dodatków na stronie


To oczywiście nie wszystkie zagadnienia, opisane w poradniku, ale trzeba przyznać, że już sama powyższa lista robi wrażenie i sugeruje, że z e-booka można się będzie wiele nauczyć. I faktycznie - można.


Choć z SEO zaprzyjaźniona jestem od 10 lat, z przyjemnością zapoznałam się z technikami opisanymi przez Martę, znajdując kilka ciekawych porad i wskazówek, które z chęcią wykorzystam w swojej pracy. Początkujący pozycjoner prawdopodobnie potraktuje ten podręcznik jako kopalnię skarbów i źródło nieograniczonych możliwości.

Co ważne - Marta nie promuje w swoim e-booku technik spamerskich, rozgraniczając informowanie od "zalewania śmieciowymi wiadomościami". Ci, którzy liczyli na szybki wgląd w metody hurtowego zdobywania linków do strony, z pewnością będą zawiedzeni. I dobrze, bo promować należy wiedzę, która pozwala pozyskać odnośniki w sposób, który Google aprobuje (linkbaiting, "upominanie się o swoje" w przypadku wykorzystania przez osoby trzecie materiałów z naszej strony), a w najgorszym razie toleruje (np. katalogi stron, których nie należy mylić z tępionymi przez wyszukiwarkę farmami linków).

Ostatnią kwestią, o której chciałabym wspomnieć, jest czytelność poradnika. Jasne sformułowania, dokładne omawianie poruszanych tematów. Język zrozumiały zarówno dla SEOwca z wieloletnim doświadczeniem, jak i początkującego pozycjonera. To duża zaleta poradnika, jakim jest "Link Building w kolorze #CCC". Wszyscy, którzy obawiali się, że nie zrozumieją przynajmniej połowy zawartych w nim treści, mogą więc odetchnąć z ulgą. To podręcznik, z którego korzysta się z przyjemnością i do którego zapewne nie jeden raz będzie się jeszcze wracać, dla ugruntowania swojej wiedzy lub przypomnienia sobie konkretnego zagadnienia. Oczywiście tak długo, jak opisane w nim techniki będą miały rację bytu. A potem? Znając Martę, przygotuje kolejną, aktualną publikację ;)


Poradnik Marty Gryszko można znaleźć na stronie http://www.lexy.com.pl/blog/darmowy-poradnik-o-link-buildingu

sobota, 13 grudnia 2014

Rewolucja w Google

world wide web
Przez ostatnie lata Google przyzwyczaiło nas do wprowadzania zmian, które z kolei zmusiły nas do zmodyfikowania naszego myślenia o SEO i stopniowej ewolucji działań, mających utrzymać strony naszych Klientów w SERP (czyli w wynikach wyszukiwania). Teraz jednak czeka nas prawdziwa rewolucja, a stopniowe zmiany, które niewątpliwie nie poszły na marne, musimy podeprzeć bardziej konkretnymi i szybciej wdrażanymi działaniami. Z czego to wynika?


Zacznijmy z trochę innej strony. W ostatnich dniach znowu dało się słyszeć głosy niezadowolenia związane z polityką prowadzoną przez Google. Obok znanych nam już banów, filtrów algorytmicznych i działań ręcznych, pojawiły się kolejne zagrożenia, które dotąd traktowaliśmy nieco po macoszemu. Teraz jednak nie da się już zignorować faktu, że:
  • Google stawia na bieżące analizowanie stron (Panda i Pingwin przestają być wprowadzanymi od czasu do czasu modyfikacjami algorytmów, lecz pod ich lupą będziemy niemal 24/7, jak wynika z informacji napływających z całego globu);
  • Google kolejny raz informuje, że wypowiada wojnę wszystkim płatnym linkom oraz artykułom sponsorowanym;
  • Promowane niegdyś przez Google linki w postaci exactów, to obecnie najbardziej podejrzane odnośniki, jakie możemy sobie "zafundować".
W dalszym ciągu znaczną rolę ma odgrywać:
  • szybkie wczytywanie stron;
  • umieszczanie na nich treści unikalnych, wartościowych merytorycznie;
  • zgrabne linkowanie wewnętrzne, skonfigurowane pod użytkownika i z myślą o jego komforcie poruszania się po stronie;
  • dostosowanie strony do potrzeb użytkowników korzystających z niej mobilnie;
  • optymalizacja witryny.
Sieci społecznościowe? To wciąż duży znak zapytania. Jedni twierdzą, że mają znaczenie, inni - że to wyłącznie dodatek. 

Jedno jest pewne - najbliższe lata oznaczają ostateczny koniec pozycjonowania, jakie znaliśmy. Sztuczki mające przechytrzyć Google będą prawdopodobnie działać coraz słabiej, aż w końcu stracą na znaczeniu. Pamiętajmy: to Google ustala zasady gry i ma prawo zmieniać je do upojenia, a my nie mamy prawa się przeciw temu buntować - to w końcu ich marka, ich podwórko, ich zasady. Jeśli wciąż chcemy istnieć w Internecie, musimy poszerzyć horyzonty, zmienić sposób myślenia i przestać traktować Google jako jedyny sposób dotarcia do użytkownika Internetu.

Co to oznacza dla firm z branży? Więcej kreatywności, większe wydatki, szukanie nowych kanałów dotarcia do użytkownika, ukłon w stronę większej ilości platform mogących pomóc nam w wypromowaniu marki. Google wciąż będzie się liczyć, ale jeśli chcemy przetrwać kolejne lata w branży i w Internecie, nie możemy już traktować Google jako jedynej, słusznej drogi. Cytując fragment pewnego filmu z at 90-tych "Sieć jest ogromna i nieskończona". Skorzystajmy z niej i ruszmy nowymi drogami, zamiast nerwowo tuptać w miejscu i wściekać się na dominującą wciąż wyszukiwarkę. Możliwości jest wiele. Wystarczy stopniowo je odkrywać i otworzyć się na nowe.

środa, 30 kwietnia 2014

Festiwal SEO 2014 w Katowicach - warto się tam pojawić!

Logo Festiwalu SEO Katowice 2014 by Dawid Tkacz
Za miesiąc, 30.05.2014 roku, w katowickim Oku Miasta rozpocznie się festiwal poświęcony zagadnieniom SEO. Wszyscy, którzy namiętnie operują tagiem #takabranża czy też #seopoland, powinni zjawić się na miejscu bez chwili wahania, bo będzie się działo! :)


Festiwal rozpocznie się o godzinie 17:00, zatem dotarcie na miejsce nie powinno stanowić wyzwania,nawet dla tych, którzy podróżować będą z innego miasta (dzień wolny, spędzony w towarzystwie podobnym sobie maniaków, to przecież sama przyjemność ;>).


Na Festiwalu wysłuchać można będzie prelekcji osób z branży:

+Bartosz Góralewicz
+Konstanty Kanin
+Krzysztof Marzec
+Łukasz Rajzer
+Łukasz Rysiak
+Lukasz Zelezny
+Maciej Lewiński
+Marcin Lejman
+Paweł Rabinek
+Przemek Sztal

Do powyższej listy dołącza również moja skromna osoba, którą +Artur Strzelecki określił radośnie "damą SEO" (dzięki Artur, no pressure at all! ;>). Więcej o uczestnikach przeczytać można bezpośrednio na stronie Artura poświęconej eventowi: http://www.silesiasem.pl/festiwal-seo-2014-katowice

O czym mówić będą poszczególni prelegenci? Cóż, to pytanie do nich - osobiście mogę zdradzić co nieco na temat własnego wykładu. Na warsztat wzięłam bowiem... YouTube. Czy odgrywa on jakąś rolę w pozycjonowaniu czy też raczej wpływa tylko na wizerunek osoby/firmy/marki? Czy może być dobrym źródłem generowania ruchu, który przekłada się na pozyskiwanie do połączonej z nim strony naturalnych odnośników? Jak wpływa na pozycje? A jak na konwersje?

Przeanalizujemy sobie eksperyment, który rozpoczęłam kilka lat temu, tworząc cały "system" związany z promocją witryny, nim ta pojawiła się w sieci. Szaleństwo? Niekoniecznie. Kolejność powstawania poszczególnych trybików w tym eksperymencie była następująca:

  • kanał YouTube
  • serwisy społecznościowe
  • strona docelowa + blog

Jak całość działa w praktyce? I czy można wykorzystać YT na stronach firmowych, a nie tylko na potrzeby serwisów służących rozrywce? Szczegóły i przykłady z przyjemnością zaprezentuję 30.05.2014 roku w Katowicach :) I przy tej okazji chciałabym bardzo podziękować Arturowi za zaufanie, jakim mnie obdarzył i za zaproszenie do grona prelegentów. To prawdziwy zaszczyt.

piątek, 4 kwietnia 2014

Pozycjonujesz? Nie kombinuj!

Niedawno otrzymałam pytanie od pewnego właściciela licznych stron www, który wcześniej linkował je pomiędzy sobą (warto zaznaczyć, że wszystkie domeny działały od lat i związane były bezpośrednio z jego działalnością), a po rewelacjach zafundowanych nam przez Google chyba wpadł w panikę ;) Doszło do tego, że zaczął rozważać umieszczenie wykluczeń do własnych stron w pliku disavow.txt i wgraniu go na pozostałe witryny.

Sytuacja przypomniała mi święte słowa wypowiedziane w czasie jednego ze spotkań SEOwców w Warszawie: "Pozycjonujecie? Zapomnijcie o wszystkim, czego się nauczyliście. Wyrzućcie z głowy Google, działajcie intuicyjnie". I jest to chyba najlepsza wskazówka na obecne i nadchodzące czasy. Jasne, trzymajmy rękę na pulsie, sprawdzajmy regularnie Narzędzia Dla Webmasterów, pilnujmy czy ktoś nam nie podkłada świni lub nie kopiuje treści ze stron i nie podaje ich jako własnych etc. Dbajmy o jakość witryny, ale dla satysfakcji własnej i użytkowników, a nie SQT! Jeśli uważamy za logiczne i naturalne umieszczenie linka wychodzącego (nasza strona, mamy takie prawo, a witryna do której linkujemy cieszy się naszym uznaniem), to zróbmy to - bez kombinowania: dać "nofollow" czy nie. Żaden normalny człowiek nie dumałby nad takim zagadnieniem, wrzuciłby odnośnik i cześć pracy. A zdaje się, że do tego usiłuje nakłonić nas Google, prawda? Do jak największej naturalności w obrębie witryn i linków, tak, by content bronił się sam, bez wspomagania tryliardami odnośników z innych serwisów.

biznesmen i zegary
Nie myślmy za dużo - Google to też nie szwajcarski zegarek, w którym nic nie nawala ;)
Nie odcinajmy się zatem od nowinek z branży, ale nie popadajmy też w przesadę. Starajmy się działać zarówno na "zdrowy rozum", jak i na "duszę". I pamiętajmy, że nie ma złotego środka, który pozwoli nam wbić się do TOP10 na każdą frazę i na wieki tam pozostać. Jeśli więc mamy hasła wysoce konkurencyjne, pomyślmy (jak ludzie, a nie jak roboty!) co z tym fantem zrobić i poszukajmy innych sposobów zwrócenia uwagi na własną witrynę. Ale nie piłujmy gałęzi, na której sami siedzimy ;)

wtorek, 24 grudnia 2013

Jak było? Czyli 2013 rok w branży SEO w telegraficznym skrócie!

Na chwilę po Bożym Narodzeniu 2012, znaczna część SEOwców dotkliwie odczuła kolejne zmiany wprowadzone przez Google.


Tym samym rok 2013 wiele osób z branży rozpoczęło od chęci popełnienia seppuku.



Ci, którzy przetrwali wstrząs, postanowili uważniej przyjrzeć się modyfikacjom...




... zmienić strategię i złapać oddech. Ba! Zaczęło być optymistycznie!


Ale w połowie roku Matt Cutts przerwał spokój, zapowiadając plagi egipskie czekające branżę. 



Znów zrobiło się jakby... nerwowo...


Jednak przyszedł Pingwin 2.0. i okazało się, że... wiele nie zmienił. 



Blackhatowcy przyjęli go z radosnym parsknięciem, no bo sorry: "Tylko na tyle Was stać, Google?"


Tymczasem po sieci wciąż buszowała Panda... 


zmuszając SEOwców do pracy nad contentem (unikalnym, wartościowym i ogólnie boskim).


We wrześniu wprowadzono Kolibra - nowy silnik wyszukiwania Google. 


Branża nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać...



Czekano... czekano... i cóż, nic się nie zmieniło!


Ale już w październiku Matt Cutts dokręcił śrubę, wypuszczając Pingwina 2.1. 



Tym razem to białe kapelusze lepiej przetrzymały krwawą jatkę w SERP.



Tuż za Pingwinem ruszyła nowa fala filtrów ręcznych.



Branża odczuła je dość... dotkliwie.



Im bliżej było końca roku, tym więcej osób zaczęło dostrzegać, że kary nakładane przez Google, bardziej utrudniają życie osobom grającym fair niż tym, którzy wytyczne wyszukiwarki mają "w poważaniu".



Niektórzy wprost wyrazili chęć zmiany dotychczasowego podejścia na nieco mniej... białe.






A co będzie w 2014? 






Osobiście przewiduję Armageddon ;)



 I tym, jakże optymistycznym akcentem, kończę ostatni wpis w tym roku ;) Do zobaczenia w 2014!

wtorek, 17 grudnia 2013

Ostra jazda bez trzymanki

chaos
Obserwując to, co dzieje się w SERP, a także czytając wypowiedzi specjalistów SEO (zarówno tych trzymających się WHS, jak i zwolenników depozycjonowania), można wyciągnąć wnioski dosyć jednoznaczne. Google się pogubiło. Osobiście odnoszę wrażenie, że chcieli zrobić "za dużo i za szybko", a efekty tych działań przerosły ich wyobrażenia. Stąd nowe powiadomienia w odpowiedzi na RR ("Nie będziemy przyjmować nowych odwołań dotyczących tej witryny przez kilka tygodni"), coraz większa automatyzacja wskazująca "złe linki" i ogólne poczucie, że grunt usuwa się spod nóg zarówno Googlarzom, jak i wszystkim związanym z ich wyszukiwarką.

Wymuszone łączenie wszystkich usług Google wprowadza dodatkowe zamieszanie. Coraz więcej osób domyślnie loguje się do G+ nie zdając sobie sprawy z tego, że wpływa to na widoczne dla nich wyniki wyszukiwania (swoją drogą nie wiem czy to takie rewelacyjne rozwiązanie, ponieważ w pewnym stopniu ogranicza użytkowników do tego, co już znają, a tym samym utrudnia im wyszukanie nowych treści - które być może uznaliby za bardziej interesujące). To tworzy kolejne pole manewru dla nieuczciwych firm SEO (sprawdzić, co widzi Klient i wysyłać mu raporty zgodne z tym, co wyświetla się u niego, nie dbając kompletnie o to, że inni użytkownicy mają już odmienne wyniki w SERP - nie jest to żadna wielka sztuka).

Coraz ciekawiej robi się też na YouTube. Również tutaj pełna automatyzacja sprawia, że nawet utwory wygenerowane przez program (na który ma się licencję), zgłaszane są jako naruszające prawa stron trzecich, co skutkuje automatycznym (a jakże by inaczej) zablokowaniem przesłanego filmu. Zgłosić spór i wyjaśnić sytuację można, owszem, ale trwa to zwykle kilka tygodni - przez ten czas konto twórcy przestaje być krystalicznie czyste, pojawia się adnotacja o złej opinii z uwagi na materiały mogące zawierać treści osób trzecich, ogólnie szał ciał i orgia dusz. Dodatkowo zapowiadana jest w tym serwisie kolejna zmiana - konto "Partnera YouTube" ma zostać rozbite na dwa oddzielne podmioty i materiały "zwykłego Partnera" będą przed publikacją przechodziły ręczną weryfikację (nie wiem, skąd Google weźmie ludzi do przeglądania wszystkich przesyłanych na YT treści - może to sposób Obamy na walkę z bezrobociem?).

Podsumowując - jeśli Google nie ogarnie w miarę szybko efektów własnej nadgorliwości, rok 2014 zaczniemy pozbawieni chyba w całości uzębienia, bo ileż można zgrzytać siekaczami bez ich uszkodzenia. Prognozuję, że zachwyceni tą sytuacją w Nowym Roku będą co najwyżej protetycy i stomatolodzy. Amen.

czwartek, 31 października 2013

Błądzący we mgle - nowe realia dla firm SEO?

polujący na jelenia
Bo ja tu jestem boss i kurde,
nikt mnie nie podskoczy!
Nastały dziwne czasy. Poważnie. Przynajmniej dla tych firm SEO i SEM, które jak szalone stawiają na przejrzystość i uczciwość, chromoląc często dobro własne i ceniąc wyżej Klienta niż siebie (a takich firm na naszym rynku nie brakuje). I o ile kiedyś (bo ja wiem, jeszcze z rok temu?) osób usiłujących wykorzystać naiwność/dobre serce (niewłaściwe skreślić) takich firm, było stosunkowo niewiele, o tyle ostatnie miesiące przypominają jakąś zbiorową akcję "polowania na jelenie".

Skąd tak daleko posunięty wniosek? Zarówno z przeglądania wpisów firm SEO na G+ czy choćby z rozmowy, jaką niedawno odbyłam z dwoma uroczymi SEOwcami z Łodzi.

Faktem jest, że w zastraszającym wręcz tempie (i zdaje się, że wprost proporcjonalnym do nakładania filtrów na rozmaite strony internetowe) przybywa osób, które za wszelką cenę:
  • usiłują tanio wypromować swoją stronę kompletnie ignorując fakt, że teraz jest to nierealne (tłumaczenie tego doprowadza zwykle do uzyskania odpowiedzi "Proszę mi nie opowiadać bajek, tylko zejść z ceny. Ja wiem, że to można zrobić taniej.")
  • usiłują pod pretekstem pozycjonowania pozbyć się filtra nałożonego na stronę (prośba o dostęp do Narzędzi dla Webmasterów w celu sprawdzenia kondycji witryny kończy się zwykle tekstem "A na co to Pani? A bez tego się nie da? Niech Pani wyceni i już, inne firmy nie proszą o takie dane!")
  • deklarując chęć współpracy i gotowość podpisania umowy zaznaczają, że nie dadzą dostępu do własnej witryny (o tym, by otrzymać dane do ftp czy do CMS można zapomnieć), a jeśli już nawet zgodzą się na wgląd w GWT, to i tak odmówią pełnego dostępu do tego narzędzia (co doprowadzić może do rozpaczliwej sytuacji, w której za diabła nie wiadomo, co jest grane - przyszła jakaś odpowiedź od Google czy nie przyszła? Wgrany został disavow.txt czy nie?)
  • nie zgadzają się na optymalizację strony ("Bo mnie się podoba tak jak jest i na tym proszę działać. Płatność tylko za wyniki!")

Przykładów każdego dnia przybywa i mnożą się one niczym króliki na wiosnę, a osoby polujące na tych kretynów o dobrych sercach (tak, zaliczam się do tych naiwnych jednostek), uciekają się nawet do desperackich haseł "Pomocy, już nie wiem co robić! Sytuacja jest dramatyczna!" (po czym przypadkowo wychodzi na jaw, że firma prosperuje w najlepsze i wręcz nie ma na kiedy ogarnąć zamówień od własnych Klientów).

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że osoba nie okazująca za grosz zaufania do upatrzonego "jelenia", od swojej ofiary domaga się:
  • gwarancji dla wysokich miejsc w wynikach organicznych;
  • gwarancji dla braku kar ze strony Google;
  • zapisania w umowie, że w razie nie osiągnięcia satysfakcjonujących wyników (oczywiście rozliczanie tylko za pozycję i tylko TOP5), jeleń zapłaci odszkodowanie;
  • w przypadku nałożenia kary przez Google na stronę, jeleń uczyni to, co wyżej.

Naiwnie sądziłam, że rosnąca świadomość wśród Klientów doprowadzi do łatwiejszej współpracy, zrozumienia sytuacji w jakiej znalazły się firmy SEO i gotowości do działania ramię w ramię, w celu uzyskania jak najlepszych wyników. Niestety coraz częściej świadomość nie idzie w parze ze zrozumieniem, lecz z chęcią zrobienia firmy w konia (jak zasugerował jeden z moich rozmówców, o których wspominałam na początku wpisu, celem wyciągnięcia odszkodowania - obskoczyć parę takich firm, zawrzeć umowy nakładające konieczność wypłacenia sowitej sumki określonej we wspomnianej umowie i można się nieźle wzbogacić!).

Sytuacja jest zatem mało komfortowa, mówiąc delikatnie. Zgadzając się na działanie w ciemno (jest filtr czy go nie ma? Jeśli jest, to za jaki rodzaj linków? Jakie podjąć działania dla unormowania sytuacji i przywrócenia równowagi? Iść w zdrową szeptankę, inwestować w solidne zaplecze, w AdWordsy, a może postawić na społeczności?) ryzykujemy - ładujemy własne środki w promowanie strony i nie mamy z tego nic kompletnie, no może poza rozstrojem nerwowym (na którym chyba nikomu nie zależy, nie liczę masochistów).

Zdaje się, że świadomość potencjalnych Klientów (nie mówię o wszystkich, wyłącznie o myśliwych marzących o jeleniach) sprawi wkrótce, że firmy SEO które do tej pory okazywały zrozumienie, współczucie, szły na ustępstwa - stwardnieją na granit. Bo, jak mówi urocze powiedzonko "Jeśli chcesz mieć miękkie serce, to musisz mieć twardą dupę" (przepraszam za dosadne sformułowanie, ale takie prawa cytatu). Zresztą zdaje się, że moje miękkie serce w ostatnim czasie zaczęło tworzyć wokół siebie ochronną skorupkę, a asertywność wystrzeliła u mnie z hukiem (o nie, w jelenia przemienić się nie dam). I tylko dzięki temu, że z większością moich Klientów współpracuję w atmosferze pełnego zaufania i wzajemnej wyrozumiałości, ta skorupka nie przemieniła się w mur nie do przebicia. Za co z całego serca wspomnianym Klientom dziękuję.

sobota, 19 października 2013

Rola intuicji w pozycjonowaniu stron

Obiecałam paru osobom, że opiszę swój sposób pracy, o którym zwykle mówię "pozycjonowanie na duszę". Chodzi po prostu o kierowanie się przeczuciami i intuicją przy podejmowaniu decyzji i opracowywaniu strategii promocji.

Od razu zaznaczam, że choć postaram się podać możliwie dużo konkretów i opisać dwa przypadki takiego pozycjonowania, to nie zaprezentuję wszystkich rozwiązań i nie podam proporcji pozyskiwanych linków ani adresów, z których te odnośniki zdobyłam. Będzie też trochę typowo babskiego spojrzenia na sprawę, ale nie może być inaczej, jeśli mówimy o intuicji (która jest wszak domeną kobiet) ;)

Kto chce przejść od razu do meritum, pomijając moją twórczość swobodną, niech kliknie tutaj - będzie mieć z głowy część mojego gadania.

Słowem wstępu - gdy zaczynałam pozycjonować strony (w roku 2007) bazowałam głównie na wiedzy pozyskiwanej z rozmaitych sieciowych źródeł oraz z dostępnej mi literatury. Wierzyłam w słowo pisane i w tamtym czasie zresztą całkiem nieźle na tym wychodziłam. Lata jednak leciały, a w branży w szalonym tempie zaczęły się lęgnąć wątpliwości co do metod pracy. Wówczas zaczęłam dość krytycznie spoglądać na serwowaną tu i tam wiedzę i na sprawę patrzeć po swojemu. Innymi słowy - wtrąciła się moja dusza. Zaczęłam pchać się w kierunku WHS, jednak wciąż pozyskując linki (nie wszystkie idealne, za co oberwało mi się nieźle - co prawda nie filtrem, ale też było ciekawie).

Ostrzeżenia duszy zignorowałam raz, w 2012 roku, tuż przed Pingwinem. Tak się złożyło, że miałam na głowie mnóstwo innych rzeczy (których najgorszym wrogom nie życzę) i przez blisko 7 miesięcy pracowałam w zasadzie niczym automat, a nie jednostka z krwi i kości. Jak to się skończyło, sprawa jasna - spadki na zdecydowanej większości stron. Nie będę ukrywać - szlag mnie trafił potężny, pojawił się niepokój, zaczęłam trochę nerwowo analizować sytuację, po czym znów odezwała się we mnie dusza. Nie pozostawiała złudzeń co do przyszłości i kazała mi zmienić kompletnie podejście do pozycjonowania. Efektem jej nacisków było wysmarowanie opracowań opisujących sytuację wraz z propozycjami zaradzeniu trudnościom, które przesłałam do wszystkich swoich Klientów. Kolejnym krokiem było przejechanie się na szkolenie do Katowic (luty tego roku), na którym - ku własnemu zdumieniu - usłyszałam od +Artura Strzeleckiego w zasadzie to, co podpowiadała mi intuicja. Ucieszyło mnie to ogromnie, a dodatkowo podłapałam też kilka ciekawostek, od razu układając sobie w głowie plan działania, będący uzupełnieniem dla nowej strategii promocji stron.

Wnioski wyciągnięte po pierwszym Pingwinie i Pandzie:
  • zwiększenie dywersyfikacji źródła linków i anchorów;
  • pozyskiwanie ruchu spoza Google (ciężko było przekonać Klientów do zainwestowania w działania stricte marketingowe na FB i do sensu założenia kont na G+ ale w 90% przypadków się udało - teraz, w zależności od branży, społeczności generują sporą część konwersji i wątpliwości Klientów odeszły w siną dal);
  • rozbudowanie stron (wcześniej niechętnie, ale zgadzałam się na promowanie w wyszukiwarce stron-wizytówek, na których dominowały zdjęcia, a treści nie było prawie wcale. Przy niszowych frazach dawało radę, ale czułam wewnętrzny niedosyt, bo co użytkownikowi po zdjęciach, jeśli brakuje cennika, opisu oferty, rozbudowanej informacji o firmie?).
Dodatkowo dusza sceptycznie odniosła się do nowego rodzaju katalogów - boom na katalogi wp wywołał u mnie niesmak, nie podobały mi się, odrzucało mnie od nich i żadne argumenty "za" nie miały do mnie dostępu. Biorąc pod uwagę fakt, że na chwilę obecną zdjęłam filtr z kilku stron, do których linkowały całe stada wp-katów przyznać muszę, że dusza znów miała rację (wiem, wiem - przesada w niczym nie jest dobra, a kilka wordpressów nie zaszkodzi, niemniej wstręt do nich czuję taki, jak do precli i nic na ową niechęć nie poradzę).

Działania, które podejmuję w oparciu o intuicję:
  • optymalizacja strony - przy hasłach niszowych wystarcza do zdobycia TOP5. Rozbudowuję serwis, a jeśli jest taka szansa, przebudowuję go od zera. Musi być estetycznie, przejrzyście, z dużą ilością unikalnej treści i sensownymi tytułami. Żadnego upychania słów kluczowych gdzie popadnie. Długość tekstów również oceniam "na wyczucie", nie stosuję żadnej konkretnej ilości znaków. Boldy daję tam, gdzie uważam za stosowne, odnośniki wewnętrzne tak samo. Linki site-wide - czemu nie? Jeśli intuicja mówi mi, że mają sens, nie unikam ich jak ognia;
  • katalogowanie - owszem, ale tylko w obrębie akceptowanych przeze mnie katalogów. Dodawanie hurtem odpada, chyba że w celach testowych i też czuję wówczas niezadowolenie. Każdy nowy katalog muszę sobie obejrzeć, przeanalizować, a to czy dodam do niego wpis, w dużym stopniu zależy od tego, co mi podpowie ukochana dusza;
  • komentarze na forach - tak, ale tylko z sensem. Nic na siłę, jeśli mam tworzyć jakiś temat tylko w celu wrzucenia odnośnika, to daję sobie spokój. Linkuję w tematach, w których odnośnik jest przydatny dla osób odwiedzających stronę. Żadnych cudów w stylu EAM, klonów toczących dyskusję ze sobą ani tym podobnych udziwnień, napawających mnie wstrętem;
  • tworzenie kont na portalach, celem wrzucenia linka w profil - zależy od rodzaju firmy, którą promuję i portalu. Żadnych bezmyślnych masówek. Staram się też nie poprzestawać na założeniu konta, odpalenia kolejnego portalu w przeglądarce i powtórzenia wykonanej przed chwilą czynności. Pozycjonowanie to, moim zdaniem, nie jest robota taśmowa. Wymaga myślenia i wyczucia;
  • tworzenie serwisów tematycznych - nie mylić ze zwykłymi zapleczami. Dobry content, na którym można wrzucić jeden lub dwa odnośniki do stron "nadrzędnych" broni się sam i nie wymaga specjalnego szału z podlinkowywaniem, dopalaniem i diabli wiedzą czym jeszcze. Nie zliczę z ilu tego typu stron wyłoniły mi się pełnoprawnie funkcjonujące serwisy, mające przyzwoitą liczbę odwiedzin i cieszące się autentycznym zainteresowaniem użytkowników;
  • "szeptanie" - uprawiane we właściwych miejscach, sensowne, pomocne i w połączeniu z powyższym (wartościowy conent) sprawia, że ludzie szybko podłapują temat i włączają się do dyskusji, a także sami dzielą się odnośnikami na własnych stronach. Najlepiej działa to oczywiście w przypadku serwisów rozrywkowych (mam jeden, do którego sama nie pozyskałam właściwie żadnego linka, a całą reklamę załatwili mi użytkownicy pisząc o stronie na forach, linkując do niej ze swoich kanałów na YouTube i ze swoich witryn);
  • wykorzystywanie Google Autorship, o ile tylko jest to możliwe;
  • działanie na wielu płaszczyznach jednocześnie, poprzez łączenie ze sobą serwisów przynależnych do Google (tu strona, tu blog, tu kanał na YT, wszystko połączone osobą autora).
Jak powyższe sprawdza się w praktyce? Poniżej wykresy dla dwóch stron (pierwsza z branży motoryzacyjnej, druga związana z budownictwem) z okresu ostatnich 6 miesięcy, a zatem obejmujące Pingwina 2.0, Pingwina 2.1, Kolibra i miotającą się co i rusz Pandę:

Strona 1, dla której wykorzystuję tylko część wymienionych wyżej rozwiązań.

Wybrałam wykres dla słowa, któremu oberwało się najbardziej. Pomimo ostatniego spadku (Panda), dało radę jakoś obronić się przed różnymi cudami. Reszta haseł pozostała niewzruszona.

wykres pozycji dla najtrudniejszego słowa

I sytuacja na dzisiaj dla wszystkich fraz. Jak widać, źle nie jest, pomijając ostatnie hasło, o którym pisałam też wyżej (tu wyraźnie nabruździła wspomniana Panda):

pozycje dla strony motoryzacyjnej

Dodam, że słowa kluczowe są promowane na całą Polskę i nie zawierają dopisku z nazwą miasta.

Strona 2 - dla której wykorzystuję wszystkie opisane wcześniej rozwiązania

Również zestawienie z ostatnich 6 miesięcy dla frazy, która miała się w tym czasie najgorzej:

wykres dla najtrudniejszej frazy

I sytuacja na dziś:

pozycje dla strony z branży dom i nieruchomości

Frazy trudniejsze niż w pierwszym przypadku, a konkurencja dla nich - z miesiąca na miesiąc liczniejsza.


Podsumowując - czasem dobrze jest wsłuchać się w siebie zamiast powielać to, co robią inni. Sposobów na promowanie stron jest tak naprawdę multum i nie musimy ograniczać się wyłącznie do tego, co robią konkurenci (a wręcz nie powinniśmy). Znalezienie odpowiedniej strategii (będącej bliżej WHS niż BHS) wymaga sporo czasu, mnóstwa pracy, cierpliwości i eksperymentów. Ale daje satysfakcję, gdy wreszcie widzi się, że to działa i co najważniejsze - nie jest karane przez Google pomimo coraz ostrzejszych wymogów tej wyszukiwarki.