Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kary Google. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kary Google. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 października 2018

Pozycjonowanie - jak uniknąć pułapek SEO (i nie tylko)?

złodziej
Na przestrzeni ostatnich tygodni zaczęły do mnie docierać sygnały od Klientów które sprawiły, że włosy stanęły mi dęba na głowie. O części praktyk "nabijania w butelkę" wiadomo SEOwcom od lat, ale niektóre "genialne" pomysły na to, jak zarobić sobie na człowieku, który za bardzo nie orientuje się w tematach powiązanych z pozycjonowaniem stron (i ogólnie w sprawach "okołoseowych") warte są opisania. Tak ku przestrodze.

Żeby wpis ten był w miarę przejrzysty, poruszę w nim po kolei trzy tematy - skupiając się na metodach pozyskiwania Klientów przez różne firmy, na których usługi wciąż wiele osób daje się namówić. Niestety.

Pozycjonowanie

Tutaj mamy niezmiennie ten sam chwyt "Tanio i z gwarancją!". Gdy słyszę takie hasło, zęby mimowolnie zaczynają mi zgrzytać.

Tanio się nie da, takie nastały czasy. To znaczy wróć. Da się, jeśli hasło jest naprawdę niszowe lub do promocji są ze dwie frazy (też mało konkurencyjne). No i jeśli Klient uprze się przy niskich kosztach, a SEOwiec na takie koszty przystanie (przy czym efekty promocji strony w Google będą wówczas co najwyżej przeciętne, ale cóż - z pustego i Salomon nie naleje; podobnie będzie w sytuacji, w której budżet wydaje się spory, ale do promocji jest 200 fraz czy więcej, a i tak bywa). Natomiast jeżeli Klient chce, żeby praca była wykonana dobrze, musi zdawać sobie sprawę z tego, że będzie go to kosztować (ile? Zależy od liczby fraz i ich konkurencyjności oraz od paru innych czynników). Obecnie każdy człowiek działający w SEO i marketingu sieciowym, ma co prawda do dyspozycji sporo opcji, dzięki którym widoczność strony w wynikach wyszukiwania będzie znaczna. ALE - coś za coś. Zwykle korzystanie z tego bogactwa opcji wiąże się z bogactwem... poniesionych kosztów. 

Tymczasem wciąż działają firmy, które złotymi usty przedstawiają potencjalnemu Klientowi ofertę rodem z baśni tysiąca i jednej nocy i podam najnowszy przykład. Rzecz dotyczyła domeny z wieloletnią historią, jednak traktowaną przez właścicieli nieco "po macoszemu", ponieważ swój biznes oparli o nowy adres www. Wiadomo, że nikt nie będzie inwestował w serwis, który bardziej przypomina zaplecze i chociaż owszem - jest promowany i wyniki ma (zgoda, od ideału dalekie), to  jest równocześnie po prostu przestarzały (CMS generujący nieprzyjazne wyszukiwarkom adresy podstron, design strony wieloletni i - jak na dziś obowiązujące standardy - raczej zniechęcający do skorzystania z usług firmy, i tym podobne i tak dalej). I nagle pojawia się rozwiązanie CUD. Wypromowanie strony na  googlowskie wyżyny w trzy miesiące i z gwarancją! O tym, żeby przy okazji owa firma pochyliła się nad koniecznością wdrożenia zmian na stronie, jakoś nie usłyszałam.

Czy jest to w ogóle realne? A pewnie, że jest. Wystarczy wykorzystać techniki sprzeczne z wytycznymi Google (choćby tzw. blasty) i z dużym prawdopodobieństwem można będzie oczekiwać, że przez te 3 miesiące strona faktycznie będzie wysoko w SERP. Nikt tylko nie wspomina Klientom, że po owych trzech cudownych miesiącach, mlekiem i miodem płynących, może nastąpić gwałtowny spadek (choć nie musi, na co zwróciłam uwagę we wpisie Jak Google (nie)przestrzega własnych wytycznych). Wciąż jednak wierzę, że prędzej czy później Google się opamięta i karę serwisowi, który we wspomnianym wpisie analizowałam, zechce przywalić, przyczyniając się tym samym do usunięcia z własnego indeksu tego typu kwiatków.

Wracając jednak do tematu. Gwarancji na uzyskanie TOP10 dać się po prostu nie da. Konkurencja przecież nie śpi i też się promuje, a Google co i rusz wprowadza zmiany, które potrafią wywrócić do góry nogami wszystko i doprowadzić do tego, że stosowane techniki promocji trzeba na szybko zmieniać, bo zwyczajnie przestają być efektywne. Do tego dochodzi ryzyko wpadnięcia w filtr albo wręcz nałożenia na domenę bana (i szczerze mam nadzieję, że Google zacznie coraz chętniej owe bany rozdawać, oczyszczając SERP). 

Czy zatem warto ryzykować? Oczywiście każdy odpowie za siebie, na nowych adresach www, pozbawionych historii, można eksperymentować, ale z drugiej strony jeśli chce się przyzwyczaić do siebie Internautów, to przecież co 3 miesiące (czy co pół roku czy rok) nie będzie zmieniać się adresu www własnej firmy.

Moja propozycja jest taka: Kliencie, jeśli usłyszysz, że ktoś chce Twoją stronę wypromować tanio i gotów jest udzielić Ci gwarancji na 3 miesiące, zapytaj o gwarancję utrzymania wyników przez trzy lata i poproś o zapis w umowie, że w przypadku nie zrealizowania obietnic bądź nałożenia na Twój serwis kary przez wyszukiwarkę, otrzymasz sowite odszkodowanie.

Ja akurat robię odwrotnie - zawsze informuję o tym, że nie jestem w stanie udzielić gwarancji na wyniki. Czy zniechęcam tym potencjalnych Klientów? Możliwe, ale przynajmniej stawiam sprawę uczciwie.


Mapy Google

Wydawałoby się, że przekrętów na Mapach Google zrobić się właściwie nie da (pomijam nabijanie sobie komentarzy i "tłuczenie" konkurencji negatywnymi opiniami - o tym przy innej okazji). A przynajmniej moja wyobraźnia okazała się w tym temacie mocno ograniczona. Okazuje się bowiem, że istnieją firmy oferujące założenie wizytówki w Mapach za "jedyne 500 złotych rocznie". Gdy taka wiadomość do mnie trafiła, nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

Utworzenie wizytówki firmowej w Google Maps trwa może z 5 minut (no, jeśli ma być "odpicowana", to powiedzmy, że góra godzinę - bo i opisy i zdjęcia i cuda wianki). Jest to jednak usługa, którą Google oferuje bezpłatnie i tworzenie wizytówek, za które pobiera się roczny abonament to po prostu zwyczajne oszustwo i żerowanie na braku wiedzy wielu osób. Dodatkowo taki "złowiony" Klient jest informowany, że jeśli nie zapłaci za rok kolejnych kilkuset złotych, to wizytówka zniknie (o co wcale łatwo nie jest, tak na marginesie, bo usunięcie wizytówki firmowej w sytuacji, w której firma wciąż prowadzi działalność, napotyka rozmaite przeszkody i o tym też jeszcze kiedyś napiszę). W każdym razie nie zorientowany w temacie człowiek, przerażony wizją utraty swojej Mapki, na której widnieje np. kilkadziesiąt pozytywnych opinii, oszustowi zapłaci (nie mając wciąż pojęcia, że nabija portfel naciągacza). Żeby było "śmieszniej", ów Klient dostępu do własnej Mapy nie ma lub ma ograniczony, a całością zarządza sobie oszust (bo przy zakładaniu wizytówki w GM podał do zarządzania nią własne dane kontaktowe: e-mail i numer telefonu).

Drodzy Klienci: jeśli ktoś usiłuje sprzedać Wam taką usługę, jest po prostu kanciarzem. Nie da się tego inaczej ująć. Owszem, firma zewnętrzna może sobie policzyć za stworzenie wizytówki w Waszym imieniu, ale po pierwsze - raczej nie za takie pieniądze, a po drugie - bez pobierania "abonamentu" (no chyba, że będzie ją "prowadzić", odpowiadając np. w Waszym imieniu na komentarze Użytkowników). Decydując się na tego typu usługę zawsze należy dopilnować, by Mapa stworzona była na Was - Wasze dane, Wasz numer telefonu służący do weryfikacji usługi i jej zarządzania, Wasz adres e-mail, do którego macie stały dostęp. O podpisanie stosownej umowy przy założeniu, że współpraca z firmą zewnętrzną będzie długofalowa, również należy zadbać i sprawy dopilnować.


AdWords

Linki sponsorowane kosztują (zwykle sporo, jeśli hasła są "chodliwe"), mimo to wielu właścicieli serwisów internetowych korzysta z tej opcji reklamy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że znów - objawia się firma CUD, która informuje Klienta, że kilkadziesiąt (konkurencyjnych!) haseł, wypromuje mu za 30 czy 50 złotych.

Jest to absurd. Owszem, można przez jakiś czas tanio promować swoją firmę w AdWords, jeśli ma się tzw. kupon, który Google przekazuje wszystkim "początkującym" (jeśli na reklamy w tym systemie wydali 100 złotych lub więcej). Przy założeniu, że takich kuponów uzbierało się kilkadziesiąt czy kilkaset, można "za darmo" promować dowolny serwis i opłaty od Klienta chować do własnej kieszeni. Chociaż moment - można BYŁO. Przepowiedziałam rzecz jakoś na początku roku, tłumacząc jednemu z Klientów, który właśnie na kuponach chciał oprzeć całą promocję swojej strony w AdWords, że ten Dzień Dziecka lada moment dobiegnie końca. I faktycznie tak się stało - teraz dla promocji konkretnego serwisu można z kuponu skorzystać RAZ. I cześć pieśni. Ale nie brak osób/firm, które nadal oferują wyżej wspomniane usługi, tyle tylko, że nie określając czasu trwania tej sielanki. Bo owszem, może i za pierwszy miesiąc kampanii reklamowej w AdWords Klient zapłaci 50 złotych i będzie na szczycie linków sponsorowanych dla wielu konkurencyjnych fraz, ale za kolejne przyjdzie mu zapłacić znacznie więcej (i tu kłania się dokładne czytanie umów, zawieranych z firmami oferującymi: tanio, szybko, z gwarancją, bezpłatnymi wizytami u stomatologa oraz wizażysty). 


Na firmy, które żerują na braku wiedzy Klientów, trafić jest łatwo (choć najczęściej, oczywiście nie zawsze, działa to odwrotnie - to te firmy do Klientów się zwracają, szukając osób mało zorientowanych w temacie promocji stron w Internecie). A efekty są tragiczne - i dla naciągniętych przez oszustów osób, jak i dla uczciwych firm działających w branży. Bo jeśli raz się człowiek sparzył i mocno oberwał po kieszeni, ciężko mu będzie zaufać kolejnej agencji reklamowej czy też firmie działającej stricte w branży SEO.

Dlatego jeśli ktoś przedstawia Wam, drodzy Państwo, oferty takie, jak opisane powyżej - grzecznie podziękujcie. Oszczędzi Wam to stresów, ryzyka nabawienia się nerwicy czy wrzodów żołądka, a już na pewno - uszczuplonego portfela.

czwartek, 13 września 2018

Jak Google (nie)przestrzega własnych wytycznych

czarny kapelusz
Czas na zmianę "kapelusza"?
Długo zastanawiałam się nad tym, jak ten temat ugryźć. Walka ze spamem (którym dla mnie są  np. bezmyślnie tworzone zaplecza i farmy linków, ale i same strony, których byt w SERP-ach uzależniony jest od powyższych) od dawna budzi we mnie emocje. I początkowo mocno kibicowałam Google, które - wraz z kolejnymi wdrażanymi zmianami (tu Pingwin, tam Panda) - miało oczyścić SERP-y z tego typu śmieci. I nawet przeczące sobie wzajemnie wytyczne tej wyszukiwarki (raz coś było "naturalne" i pożądane, po dwóch latach za to "naturalne" można było dostać filtr) to, choć wywoływały u mnie oczywiste zgrzytanie zębami, jednak przetrzymywałam. Bo w końcu chodziło o zrobienie porządku, prawda? Więc okej, niech będzie. Wprowadzało się kolejne modyfikacje na stronach Klientów, zawsze w myśl googlowskich reguł (no i trochę obok tychże; nigdy nie twierdziłam, że jestem SEO-wcem czystszym niż koszulka wyprana w tym cudzie co to już "bielsze nie będzie"). Ale jednak z umiarem, ostrożnie, jakąś konkretną wizją. Działałam tak sobie, wciąż wpatrzona w Google ze spamem walczące, i święcie wierząc, że faktycznie te notoryczne zmiany algorytmów i zasad służą wyższym celom.

Aż w końcu trafił mnie szlag.

Jest sobie firma, której nazwę przemilczę, bo właściciel nie należy do osób łatwych w obyciu, a jakoś nie mam ochoty być ciągana po sądach. Owa firma działa w branży usługowej (w detale nie będę się wdawać z uwagi na to, co napisałam wcześniej; jedni nie lubią węży, inni sądowego pieniactwa - są gusta i guściki). Początkowo nie zwracałam na tę firmę większej uwagi, zajęta pracą przy innej stronie z tej samej branży, ale w końcu coś mnie tknęło. TOP 1 na kilkudziesięciu (może i kilkuset, nie wiem, nie sprawdzałam aż tak zawzięcie) frazach, bynajmniej nie mało konkurencyjnych. Wręcz przeciwnie: w tym przypadku konkurencja rozpycha się łokciami, łapie wzajemnie za kołnierze i kopie po kostkach tak, że aż echo niesie. Zaintrygowana zjawiskiem przyjrzałam się bliżej stronie owej firmy i wówczas mną szarpnęło.

Na stronie radośnie i całkowicie bezkarnie, uprawiany jest keyword stuffing, dodatkowo kopiowane są fragmenty jednego tekstu i wklejane co parę akapitów. Gdybym miała zaprezentować schemat dotyczący sposobu umieszczania treści w tym serwisie, to wyglądałby on mniej więcej tak: (to w nawiasach i kursywą to moje dodatkowe "parę groszy"):

-
Zajmujemy się: pierwsze słowo kluczowe, drugie, trzecie, czwarte (...) piętnaste.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Gwarantujemy: pierwsze słowo kluczowe, drugie (schemat już chyba dla wszystkich oczywisty)

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Działamy w: nazwa miejscowości pierwsza, druga (...) czterdziesta (nie no, wy tak serio?!).

Zapewniamy: pierwsze słowo kluczowe. drugie (i tak w koło Macieju)

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Jeśli mieszkasz w: nazwa miejscowości pierwsza, druga (Chryste, ile można?) skorzystaj z naszych usług.

-

Na podstronach sytuacja wygląda identycznie. Rzecz jasna stosowane są i pogrubienie czcionki i kursywa i linki wewnętrzne i zdjęcia i tak dalej i tak dalej, co nie zmienia faktu, że całość bazuje głównie na powtórzeniach i na chama wepchniętych słowach kluczowych. Wszystko to w owym schemacie "pozycjonowane frazy, kopiuj-wklej, pozycjonowane frazy".

Szczęka mi się mocno zacisnęła, a jednocześnie ogarnęło mnie osłupienie, że taka radosna twórczość, łamiąca parę zasad Google z rzędu, nie oberwała jeszcze soczystego kopa od Pandy.

No ale dobrze, ciekawe jak też ta cud-strona jest linkowana. Sprawdziłam. Na przykład tak:
Spoko. Rzeczywiście, niezwykle naturalne są linki kierujące do polskiej strony, pochodzące z serwisów chińskich. 

Od razu mi się przypomniało, jak jedna z moich stron otrzymała ostrzeżenie odnośnie nienaturalnych linków i jako przykład podany był, nieistniejący już zresztą, katalog Zgreda (jednego z najbardziej "kumatych" ludzi w branży SEO, którego szalenie lubię, zaś ogrom jego wiedzy, niezmiennie podziwiam). Zatem przepraszam, co jest dla Google bardziej naturalnym linkiem prowadzącym do polskiego serwisu - odnośnik z chińskiej strony składającej się z 3 podstron na krzyż czy polski moderowany katalog stron internetowych, stworzony przez człowieka, który o SEO ma kolosalne pojęcie? Widać to pierwsze.

I żeby jeszcze to był jakiś skromny wyjątek. A w życiu! Majestic w podsumowaniu "Wykryte języki przychodzące" (odnoszące się właśnie do tego, skąd linkowana jest strona) podaje jak byk, że:


No rzeczywiście, bardzo to "naturalne"... I co na to Pingwin, czuwający nad poprawnością profilu linków? Nie będę mówić co, choć na usta ciśnie mi się tylko jedno słowo.

Najgorsze w tym wszystkim jest właśnie kompletny brak reakcji Google. Strona działająca niemal wbrew tej wyszukiwarce, zasiada w TOP-ach, zostawiając konkurencję promującą się zgodnie z tym, co "Wujek Google nakazał", daleko w tyle.

Wypadałoby chyba na koniec podać jakieś wnioski wyciągnięte z powyższego, może pokusić się o eleganckie przemyślenia i stworzenie podsumowania całości.... Choć jedyne, na co mam ochotę po naklepaniu tego wpisu, to rzucenie w kąt "białego kapelusza" i zainwestowanie w blasty. Bo, jak widać na powyższym przykładzie, przechodzą one bez echa.

czwartek, 7 listopada 2013

Disavow.txt - czy faktycznie szkodzi?

Opinie w tym temacie są podzielone: część branży krzyczy, że umieszczanie domen w tym pliku to podcinanie gałęzi, na której się siedzi, zaś druga część w odpowiedzi stuka się palcem w czoło. Disavow.txt intryguje mnie od chwili, w której się objawił, a że ciekawość leży w naturze mojej płci, natychmiast przystąpiłam do eksperymentowania z owym plikiem. Przez kilka miesięcy wyczyniałam rozmaite cuda, takie jak:

1. Ładowanie do disavow.txt wszystkich stron spamerskich (z generowanymi tekstami i odnośnikami umieszczanymi gdzie popadnie), na których jakieś firmy umieszczały linki do witryn Klientów, którzy uciekali od ww. firm do mnie - przykład "poprawnego" wykorzystania disavow.txt;
2. Wrzucanie hurtem do disavow.txt wszystkich darmowych katalogów SEO kierujących na strony poligonowe, a potem usuwanie owego pliku całkowicie;
3. I wreszcie umieszczanie w disavow.txt wyłącznie tego typu stron, do których pretensje zgłaszało Google w związku z filtrem ręcznym, choć osobiście uważałam, że czepia się ich kompletnie bezpodstawnie.

Co wynikło z powyższego?

1. Zdejmowanie filtra w tempie błyskawicznym (maksymalnie 12 dni), aczkolwiek były to początki całej zabawy z RR-ami i wówczas w miarę zgrabnie szło usuwanie kar.

2. Tutaj następowały rzeczy interesujące - po umieszczeniu domen (200 darmowych katalogów SEO) w disavow.txt, pozycje spadały w dół (frazy konkurencyjne, bo i takie trzymam na poligonach).


Plik został wgrany pod koniec czerwca 2013, na obrazku powyżej mamy lipiec. Spadek widać wyraźnie. W tym samym czasie zabiegałam o linki możliwie najbardziej naturalne, strona generalnie była zoptymalizowana od początku istnienia. Ponieważ był to pierwszy eksperyment tego typu, po tygodniu usunęłam disavow.txt. Po kolejnym tygodniu strona odbiła straty, a nawet zyskała na pozycjach.

Podobne eksperymenty przeprowadzałam też na innych domenach, z różnym czasem trzymania disavow.txt, ale zawsze z identycznym rezultatem. Spadek, a potem powrót. Co istotne - żadna ze stron nie była przez Google ukarana, a zrzekałam się linków z witryn uważanych przez znaczną część branży za śmieciowe (czytaj katalogi różnej maści, z przeważającą ilością SEOkatów). Ciąg dalszy zabawy trwa dla kolejnych paru domen (chcę przetrzymać taki disavow.txt przez pół roku, po tym czasie usunąć i zobaczyć co z tego wyniknie).

3. Przypomnę - zabawa z disavow.txt przy domenach ukaranych przez Google i ładowanie do niego tylko domen tego typu, które Googlarze uznali za "fe", choć moim zdaniem wcale "fe" nie były. Efekt? Filtr pozostawał niewzruszony. Dopiero po wywaleniu linków z tych adresów, które na oko uznałam za szkodliwe i uzupełnieniu disavow.txt o śmieci w stylu tych z punktu numer 1, kara była zdejmowana.

Co ważne: ze stron, które mnie się podobają, a nie podobają się Googlarzom, twardo prowadzą linki do innych moich witryn, w tym do firmowej (np. z Linksora) i nie mam najmniejszego zamiaru nic z tym robić (nawet, jeśli inni pozgłaszali je do disavow.txt dla świętego spokoju).


Z dotychczas przeprowadzonych przeze mnie testów jasno wynika, że disavow.txt jest jednak przesadnie przeklinany przez branżę i jeśli trafi do niego jakaś domena, nie zostaje ona napiętnowana i przekreślona na wieki. Nie wykluczam, że gdyby kilkadziesiąt tysięcy osób jakiś link umieściło w ww. pliku, efekt by był i domena na wartości by straciła (choć diabli wiedzą, za Googlem się nie trafi). Ale jeśli korzystamy z disavowa rozsądnie, to podnoszenie krzyku wydaje mi się osobiście reakcją mocno przesadzoną.

Testy, jak wspomniałam, trwają, więc pozwolę sobie od czasu do czasu aktualizować wpis, jeśli objawią się jakieś nowe rezultaty.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Google zmienia podejście do linkowania, branża SEO pyta "Co teraz?"

Do częstych modyfikacji algorytmu Google już się chyba zdążyliśmy przyzwyczaić. Do zmian wytycznych, przekazywanych co jakiś czas przez złote usta Matta Cuttsa - również. Jednak ostatnia rewolucja (tak właśnie - rewolucja) związana z nienaturalnymi linkami, którym Google wypowiedziało wojnę, przerosła najśmielsze oczekiwania chyba wszystkich z branży.

Temat świetnie opisała Lexy na swoim blogu (z premedytacją zostawiam "dofollow", niech się Google czepia) wykazując, że nastąpiła zmiana o 180 stopni w podejściu do tego, co jest naturalnym linkiem. To, co jeszcze parę lat temu było zalecane przez Google dziś traktowane jest jak podręcznikowy przykład spamu i śmieciowego odnośnika.

Nic zatem dziwnego, że branża SEO pyta "Jak żyć?". Czy pieczołowicie pozyskiwane odnośniki mamy teraz usuwać lub zmieniać ich anchory? Czy mamy pisać do wszystkich, którzy umieścili linki do naszych serwisów i domagać się zmiany na "nofollow"? Takie radykalne posunięcia będą przecież wodą na młyn Google - zwrócą uwagę wyszukiwarki i zapewne poskutkują przywaleniem kary za mieszanie w linkach.

Kolejne pytanie jakie ciśnie się na usta to "Co teraz?". Jaką formę nadawać linkom, by w oczach Google były naturalne? Czy linkować mamy samymi adresami docelowymi? Ale z jakich stron, skoro "złe" są już niemal wszystkie?

Zdaje się, że niedługo jedną z nielicznych, za to w miarę pewnych, metod pozycjonowania (o której Google oczywiście milczy lub wprost jej zaprzecza) będzie promowanie stron przy wykorzystaniu... Google+ (o ironio). Efekty popularności w tym serwisie przekładają się bowiem na wyniki w SERP (dowód pozwolę sobie przedstawić w weekend, wracając do tematu o contencie i jego wpływie na pozycję w wynikach wyszukiwania). Pytanie tylko kiedy i tę możliwość dbania o promocję stron, Google nam odbierze?

W styczniu, gdy pisałam do swoich Klientów o zmianie podejścia do pozycjonowania, wspomniałam między innymi o tym, że modyfikacje Google zdają się prowadzić do jednego - zachęcenia użytkowników do reklamowania się w wyszukiwarce przy wykorzystaniu systemu AdWords. I kolejne miesiące 2013 roku zdają się coraz dobitniej pokazywać, że chyba właśnie o to głównie Google chodzi. To już nie jest zwykła walka ze spamem (którą, tak na marginesie, Google wciąż przegrywa). To po prostu strategia mająca na celu doprowadzenie do sytuacji, w której "jedyną słuszną reklamą" w SERP będą linki sponsorowane. Od Google, rzecz jasna.

środa, 21 sierpnia 2013

Komunikat o nienaturalnych linkach

Jakiś czas temu w społeczności SEO  Poland zaczął krążyć filmik, w którym Złotousty Matt Cutts informuje o sensie działań ręcznych i nienaturalnych linkach. Udostępniona w Google Webmaster Tools funkcja pozwala na sprawdzenie czy w witrynie dzieje się coś złego. No i owszem, weźmy taki przykład:

Drugie zdanie przyciągnęło uwagę wielu osób z branży - sugeruje bowiem, że Papa Google nie będzie nas karał za linki przychodzące (wszak są one w dużej mierze poza naszą kontrolą). Kliknięcie na "więcej informacji" powoduje pojawienie się kolejnej, uspokajającej planszy:

I cóż tu widzimy? Google podjęło działania wobec nienaturalnych linków, a nie naszej witryny? Nic nie musimy robić, bo "z punktu widzenia Google nie będą one już brane pod uwagę przy wyznaczeniu rankingu?". No wspaniale! Czas otworzyć szampana, wygodnie usiąść i czekać, aż śmieciowe strony z linkami do naszego serwisu polecą w dół, a my wrócimy na szczyty.

No i w tym tkwi problem, że nie jest tak różowo, jak w pierwszej części komunikatu informuje nas Google. Bo kara pozostaje, nasza witryna spada w SERPach i wcale nie wydaje się, by miała kiedykolwiek wrócić do łask.

Spójrzmy zatem, co jeszcze w komunikacie zamieściło Google.


Ach, więc jednak? Mamy usuwać, w miarę możliwości, sztuczne linki prowadzące do strony i gdy już to zrobimy, wysłać prośbę o ponowne rozpatrzenie? I wówczas Google zastanowi się czy unieważnić ręczne działanie? To po co cała ta gadka "nie musisz nic robić", skoro i tak jeśli chcemy wrócić do łask, musimy wyczyścić profil linków i musimy wysłać zgłoszenie o ponowne rozpatrzenie, bo inaczej nikt nawet palcem nie kiwnie, by unieważnić ręczne działanie na naszej stronie? Gdyby tak nie wczytać się dokładniej, można by rzeczywiście spocząć na laurach i czekać, aż Google samo rozwiąże problem. I pewnie byłoby to czekanie na Godota.

środa, 24 lipca 2013

O ręcznych filtrach Google raz jeszcze

Wiele osób pisało już o metodach związanych z filtrami Google nałożonymi na strony z uwagi na "złe odnośniki". Sama wspominałam o tym w tekście Jak wyjść z filtra Google w 3 dni. Okazuje się jednak, że temat wciąż jest gorący, a ukaranych witryn nadal przybywa.

Podnoszony jest też problem związany z czasem oczekiwania na odpowiedź na rozpatrzenie prośby o zdjęcie kary oraz z ilością wniosków wysyłanych do Google w tej sprawie. W przypadku ręcznie ustawionej kary za złe odnośniki, można w dość łatwy sposób przyspieszyć cały proces (piszę w oparciu o swoje doświadczenia - wszystkie przypadki dotyczyły stron, które przejmowałam po firmach zewnętrznych).

Robiąc porządek w witrynie warto nieco rozszerzyć spojrzenie na cały serwis i nie ograniczać się wyłącznie do listy linków widocznych w GWT. Jeśli już mamy poświęcić swój czas na "odrestaurowanie" witryny, zafundujmy jej gruntowny lifting - o ile jest na to zgoda Klienta.

W przypadkach, którymi ja się zajmowałam, do pracy przystąpiłam kompleksowo:
  • zmieniłam wygląd stron (postawione były na szablonach ogólnodostępnych i niezbyt zachwycających)
  • zmieniłam system CMS (na własny)
  • zoptymalizowałam całość - od tagów META po treści na stronie, z obrazkami włącznie
  • pozyskiwałam dobre linki, usuwałam złe (każdorazowo wysyłając zaktualizowany plik disavow)
Dopiero po zakończeniu wszystkich zmian przystępowałam do pisania referatu na temat zakresu prac i wyjaśniania okoliczności pozyskania złych odnośników.

Pracy było dużo i cały proces był dość czasochłonny, ale za to w każdym przypadku wniosek o rozpatrzenie prośby o zdjęciu kary przyjmowany był już za pierwszym razem. Czas oczekiwania na odpowiedź? Rekord nastąpił w przypadku serwisu, z którego kara została zdjęta po 3 dniach od odwołania się od decyzji Google. Warto zatem zrobić czasem więcej, niż się od nas wymaga. I myślę, że jest to zresztą doceniane nie tylko w przypadku filtrów w wyszukiwarkach internetowych ;)

czwartek, 11 lipca 2013

Jak wyjść z filtra Google w 3 dni

Ostatnio coraz częściej można znaleźć artykuły poświęcone metodom na wyjście z filtra nałożonego przez Google. Do tych wpisów, które krok po kroku prezentują sposoby rozwiązania problemu jakim jest niewątpliwie "ręczna" kara od Googlarzy, dodam parę swoich spostrzeżeń. Bazując na konkretnej sytuacji.

Choć może się to wydać dziwne, od 2007-ego roku (wtedy rozpoczęłam pracę w branży SEO) ani jednej z administrowanych i pozycjonowanych przeze mnie stron nie zdarzyło się złapać filtra. Wynika to zapewne z mojego uporu w kwestii metod White Hat SEO, które może nie przynoszą szybkich i spektakularnych rezultatów, ale przynajmniej w dużym stopniu chronią przed przykrymi niespodziankami w postaci usunięcia strony z indeksu. Względnie przyłożenia jej kary na wybrane frazy. Z filtrem zetknęłam się pierwszy raz w tym roku, a w opisywanym w tym poście przykładzie - w tym tygodniu. I w zasadzie byłam na niego przygotowana.

Otóż niedawno przejęłam stronę, którą wcześniej "pozycjonowała" firma lubująca się w rozsiewaniu spamu. Gdy przeprowadziłam pierwszy audyt od razu wiedziałam, że filtr to kwestia czasu - tysiące kompletnie bezwartościowych linków, w dodatku z błędnym kodowaniem znaków w anchorach. Istna stajnia Augiasza. Zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy, przeczesując ten gąszcz "toksycznych" linków i jednocześnie pozyskując odnośniki wartościowe, żeby powoli przywrócić równowagę w przyrodzie ;) Domeny do odstrzału skrzętnie i na bieżąco zgłaszałam przy użyciu narzędzia disavow i w ten sposób udało mi się usunąć 3/4 problematycznych odnośników zanim nadeszła wiadomość, jakiej nikt chyba nie chciałby otrzymać. Otóż Google poinformowało mnie, że na omawianej stronie odkryło nienaturalne linki i w związku z tym nałożyło na nią karę. Pokiwałam w duszy głową, składając sobie jednocześnie gratulacje, że za czyszczenie tego śmietnika zabrałam się odpowiednio wcześniej. W ciągu kilku godzin dopisałam pozostałe domeny do disavow.txt i natychmiast złożyłam odwołanie od decyzji Google. Z detalami opisałam sytuację, podając konkretne informacje:
  • przyznałam, że stronę otrzymałam pod opiekę niedawno i potwierdzam to, na co zwróciło uwagę Google - nienaturalne linki były;
  • podałam daty wgrywania poprzez Narzędzia Dla Webmasterów zaktualizowanych plików disavow.txt, w których przy każdej ich aktualizacji zwiększała się liczba domen "do skreślenia";
  • poinformowałam, że popieram działania mające na celu zniwelowanie problemu spamu w wyszukiwarkach i z tego też względu postarałam się, by moja reakcja w opisywanej sytuacji była możliwe jak najszybsza;
  • wskazałam, że wszystkie linki, które w mojej ocenie były nienaturalne i szkodliwe, są już zgłoszone poprzez disawov.txt, a pozostałe odnośniki kierujące do strony zostały pozyskane zgodnie ze standardami Google;
  • podziękowałam za wiadomość i poprosiłam o sprawdzenie czy moje działania były wystarczające do zdjęcia kary.
Wiedziałam, że na zdjęcie ręcznego filtra można poczekać około 2-3 tygodni, przeżyłam więc absolutne zaskoczenie, gdy odpowiedź od Google otrzymałam po 3 dniach. Nie tylko dowiedziałam się, że moje wyjaśnienie całkowicie przekonało "zespół odpowiedzialny za zwalczanie spamu", ale otrzymałam też informację, że całkowity powrót na utracone pozycje może chwilę potrwać. Dodatkowo Google zwróciło mi uwagę na fakt, że obecnie pracują nad ciągłym ulepszaniem algorytmu i wprowadzają setki zmian, przy ustalaniu pozycji biorąc pod uwagę około 200 czynników. Wahania pozycji mogą zatem mieć miejsce. Jeśli jednak strona będzie utrzymana w dobrej kondycji, nie powinno przytrafić się jej nic złego, a w razie wątpliwości czy problemów, zawsze mogę skorzystać z pomocy Google pod względem wymaganych przez nich standardów jakości.

Taką formułkę zapewne otrzymują wszyscy, którym udało się z filtra uciec i muszę przyznać, że została ona napisana w naprawdę fajny sposób, a moja niechęć do Google i marudzenie na ich opieszałość w działaniach, znacznie sklęsły w sobie. Okazuje się bowiem, że jednak trzymanie się wytycznych ma sens i nawet jeśli na efekty takiej pracy trzeba czekać dłużej, to o wiele łatwiej jest poradzić sobie w takich sytuacjach, jak ta.

A zatem kilka słów podsumowania

1. Nie chcesz wpaść w filtr?
  • nie pozyskuj śmieciowych odnośników;
  • jeśli jednak pozyskałeś je wcześniej, nie czekaj na wiadomość od Google - zacznij działać. Jeśli nienaturalnych linków pozyskałeś w pęczkach i nie dasz rady w ciągu jednego dnia uporać się ze wszystkimi, rozłóż sobie pracę na raty. Na bieżąco przesyłaj zaktualizowane pliki disavow.txt i notuj sobie, kiedy nimi Google uszczęśliwiałeś. Takie informacje mogą się przydać;
  • jednocześnie pozyskuj wartościowe odnośniki, o dużej różnorodności. Niech będą to anchory tekstowe (zdywersyfikowane), linki w obrazkach. Jeśli nie masz pewności jakich słów kluczowych używać, wykorzystaj narzędzie MajesticSEO - podpowie Ci ono, jak na chwilę obecną wygląda sytuacja.

2. Wpadłeś w filtr za nienaturalne odnośniki?
  • zanim się odwołasz od decyzji Google, skończ "czyszczenie stajni Augiasza";
  • wynotuj wszystkie informacje jakie mogą przydać się Google (skąd wzięły się nienaturalne linki - w moim przypadku "zadbała o nie" osoba trzecia, po której przejęłam stronę), co zrobiłeś w celu pozbycia się szkodliwych odnośników (tu warto wspomnieć o datach przesyłania kolejnych plików disavow.txt - udowodnisz, że podjąłeś działania jeszcze przed nałożeniem filtra; jeśli tak nie było - cóż, po prostu przeproś i obiecaj poprawę);
  • zaznacz, że w Twoim przekonaniu strona powinna spełniać już wszystkie wymagania Google. Podziękuj, za zwrócenie uwagi na fakt, że Twoja witryna ma problem i za przesłaną Ci informację.