Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany w algorytmie Google. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany w algorytmie Google. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 listopada 2018

Kolejna aktualizacja w Google - tym razem rodem z "horroru"

Wydawałoby się, że po ostatnich istotnych aktualizacjach algorytmu wyszukiwarki Google (mających miejsce bez mała co miesiąc), nastąpi chwila na złapanie oddechu. Niestety - Google znów "namieszało" w wynikach wyszukiwania. I o ile poprzednie zmiany miały pewien sens (zauważyć można było zmiany w pozycjach względnie sensowne - w górę poszły strony bogate w content), tak tym razem zagraniczna branża SEO bije na alarm.

horror Google

Jak mówi jeden z SEOwców, wypowiadających się na blogu Seroundtable, niektóre pozycje słów kluczowych pozostały na swoich miejscach, inne zaczęły "skakać" (spadek jednego dnia o kilkadziesiąt miejsc, wzrost kolejnego). Inny z wypowiadających się webmasterów dodał, że znaczne zmiany w SERP odnotowuje niemal co godzinę.

Najnowsza aktualizacja algorytmu została określona mianem "Creepy Search Algorithm Update" i trudno nie zgodzić się z tą nazwą. Tak gwałtownych zmian w pozycjach, mających miejsce z dnia na dzień i pozbawionych, mówiąc kolokwialnie, rąk i nóg, nie było już dawno.

Na własnych stronach "poligonowych", służących mi do testowania różnych metod SEO, zauważyłam coś, co wprawiło mnie w osłupienie:

  • strony od dawna nie tknięte zmianami w obrębie linków wewnętrznych i zewnętrznych, nie wzbogacanych o content - poszybowały w górę;
  • strony zadbane pod względem contentu, zaczęły zmieniać pozycje w sposób pozbawiony sensu - spadki na frazach występujących na dedykowanych im stronach (nie mówię o "keyword stuffing", ale o dobrze napisanych treściach "współgrających" z hasłami); w górę poszły z kolei podstrony pod kątem contentu zaniedbane;
  • strony linkowane zewnętrznie z miejsc o zróżnicowanym TrustRank, odnotowały te same zmiany, co wyżej opisane.
Mogę przychylić się do opinii jednego z użytkowników Seroundtable określającego ostatnią zmianę algorytmu, jako absurdalną. Podpisać się mogę też pod stwierdzeniem samego właściciela wspomnianego serwisu (Barry Schwartz), który podsumował swój wpis stwierdzeniem: "Nie wiem co ma na celu ta aktualizacja, o ile cokolwiek, przynajmniej na razie" (tłumaczenie własne).

Mamy więc kolejne zamieszanie w SERP (tym razem prowadzące do naprawdę absurdalnych sytuacji, w których zadbane pod kątem treści i spraw pobocznych strony, zaczęły drastycznie tracić na pozycjach dla słów kluczowych, które dotąd - promowane "Jak Google przykazało" - trzymały się nieźle i poprzednie aktualizacje przetrzymały). Co ma na celu ta zmiana? Obawiam się, że tylko jedno - skuszenie właścicieli stron do korzystania z AdWords i napełniania kieszeni Google. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to zwykle chodzi o pieniądze...

Szczegółowe informacje o ostatnim "wybryku" wyszukiwarki, dostępne są we wpisie Schwartza, na którym m.in. opierałam się pisząc ten post.

czwartek, 23 lipca 2015

Doczekaliśmy się - ruszyła nowa Panda

panda
Google oficjalnie potwierdziło, że w miniony weekend (a dokładnie 18.07.2015), uruchomiona została nowa wersja algorytmu Panda (odpowiedzialnego za jakość treści publikowanych na stronach). Fakt, że branża nie podniosła jeszcze alarmu, wynika z prozaicznej przyczyny - działanie Pandy 4.2. ma być rozłożone w czasie. "Przebrnięcie" przez sieć i uporządkowanie SERP-ów może jej zająć nawet kilka miesięcy.

Na ten update czekaliśmy prawie 10 miesięcy, a z wypowiedzi Googlarzy wynikało, że przesuwany był on w czasie między innymi z powodów technicznych. Być może z tym związany jest również fakt, że skutki Pandy odczujemy dopiero za wiele tygodni, a sam algorytm najprawdopodobniej nie uderzy z taką siłą, jak jego poprzednie wersje (których efekty można było zauważyć niemal natychmiast po "wypuszczeniu" nowej wersji "googlowskiego zwierzaka").

Wiele osób z branży z utęsknieniem wyczekiwało nowej Pandy, licząc na skuteczniejsze oczyszczenie SERP ze zduplikowanej treści i ze stron o niskiej zawartości merytorycznej. Inni z kolei mieli nadzieję, że ich strony - ukarane wcześniej - teraz odzyskają utracone pozycje w wynikach wyszukiwania. 

A jak będzie?

Czy Panda 4.2. okaże się bezlitosna dla śmieciowych stron? Oby. Nietrudno wciąż znaleźć w SERP witryny, będące typowymi zapleczami, zapchanymi "pod sufit" słowami kluczowymi. Dobry conent, choć broni się nieźle, niestety nie zawsze wygrywa z tego typu serwisami. Pozostaje zatem liczyć na to, że choć nowa Panda będzie przez sieć brnęła powoli, to jednocześnie zrobi to skutecznie, ubijając strony zaśmiecające wyniki wyszukiwania. Ale czy ta teoria sprawdzi się w praktyce - o tym przekonamy się najprawdopodobniej za kilka miesięcy i wówczas można będzie wyciągnąć wnioski z aktualizacji tego algorytmu. Zatem pożyjemy, zobaczymy.


sobota, 15 listopada 2014

Jak wytłumaczyć Klientom zmiany w Google?

agresywny kleint
Ależ ja rozumiem, tylko nic mnie to nie obchodzi!
Z większością swoich Klientów (których nie interesuje tylko SEO, ale szeroko zakrojone działania promocyjne), mam zawartą umowę, której się trzymam - raz w miesiącu otrzymują standardowo wykresy pozycji, a dodatkowo podsumowanie danego miesiąca i plan działań na kolejne tygodnie. Zdawałoby się, proste, przejrzyste - w czym więc rzecz? Otóż gdy przychodzi do pisania słów w stylu:
"Panie X, z uwagi na aktualizację algorytmu Pingwin, konieczne będzie zwiększenie dywersyfikacji prowadzących do Pana strony odnośników. Problemem może być też algorytm Panda - w ostatnim czasie, nie informując nas o tym, usunął Pan znaczną część tekstów ze swojej strony, co negatywnie wpłynęło na jej pozycję w wynikach wyszukiwania."

Przyznaję, że na miejscu Klienta, który co prawda przed przystąpieniem do współpracy otrzymuje wiele informacji dotyczących działania Google, jego algorytmów, niemożności gwarancji wyników etc. też poczułabym się lekko ogłuszona ww. mailem (co mi tu o zwierzętach baba pisze?). No i tu zaczyna się trudność, ponieważ Klient odpowiada:
"Ja rozumiem sytuację, ale wymagam aby (...)" - no właśnie niestety, mało który Klient sytuację rzeczywiście rozumie. Zwłaszcza, że na promocję wydaje, przyjmijmy, 150 zł netto (może być 200 zł, 400 zł - w zależności od ilości i trudności haseł), a jego oczekiwania to:

  • być odpornym na zmiany w Google
  • być odpornym na działania konkurencji
  • unikać kar Google
  • błyszczeć w chwale w TOP5

O ile nad tym trzecim punktem mamy jeszcze jakąś tam kontrolę, o tyle na to, co za dzień czy miesiąc wykombinują właściciele wyszukiwarek lub konkurencja, wpływu już nie mamy. Za to mając w garści te przykładowe 150 czy 400 zł abonamentu. robimy co możemy, by strona poszła w górę. Czasem się udaje, ale nie zawsze. Na wspomnienie "Przy wyższej stawce abonamentowej moglibyśmy więcej", wiele osób nadyma się i mówi, że znajdzie tańszą i skuteczniejszą firmę (o podejściu części Klientów pisałam zresztą w ubiegłym roku we wpisie o nowych realiach: http://www.clearweb.pl/2013/10/badzacy-we-mgle-nowe-realia-dla-firm-seo.html).
Pytanie do branżowców - czy faktycznie znajdą? Czy są tu jeszcze takie jednostki jak ja, które zwyczajnie nie lubią ciągnąć od Klientów więcej (nie mówię o przykładowych 150 zł, ale o stawkach przystających do trudności fraz) i robią co mogą bazując na posiadanych środkach czy też "na wszelki wypadek" podbijają stawkę np. dwukrotnie?

Czasem czuję się tak, jakby Klient zaprowadził mnie na pustynię, dał w garść 10 złotych i rzucił "Ja rozumiem, że tu nie pada deszcz. Rozumiem, że nie ma tu za dużo roślinności, że w dzień temperatury są zabójcze, a nocą spadają poniżej zera. Ale proszę mi tu stworzyć lasek sosnowy. Jedno drzewko tam w oddali stoi, proszę. Jak palma może, to i sosna da radę".

A może jesteście w stanie wyjaśnić Klientom w czym rzecz i to tak, żeby faktycznie zrozumieli skalę problemu, i by dotarło do nich, że ich pieniędzy nie przepuszczamy w kasynie, ale istotnie ładujemy w stronę w trosce o wyniki? Z moich obserwacji wynika, że do około 20% Klientów (co ciekawe, z konkretnego miasta), żaden argument nie dociera. Owszem, można takiemu podziękować za współpracę, ale mam wrażenie, że jednak jest tu gdzieś złoty środek i może osoby starsze ode mnie doświadczeniem wiedzą, gdzie go szukać.

piątek, 7 listopada 2014

Menażeria Google w natarciu

Jak zauważyła już Marta Gryszko i co pokrywa się z oglądanymi na dzień wykresami, zwierzątka Google szaleją. I specjalnie użyłam liczby mnogiej, ponieważ analizując sobie witryny, zauważyłam spadek na stronach promowanych lokalnie. Tąpnęło jeszcze przed Pingwinem 3.0., co widać na załączonym obrazku. Zdaje się, że jeszcze zanim zawitał do nas Pingwin, nad jego głową przeleciał Gołąb i to od niego zaczął się ten zwierzęcy cyrk Google:

wpływ Gołębia i Pingwina na frazy
Ten szary kolor to czas wprowadzenia Gołębia (tak mi podpowiada dusz), lekkim fioletem zaznaczone są dni,
w których szalał już Pingwin


Zmiany na pozycjach widać gołym okiem. Część fraz spadła po Gołębiu i ich spadek został podtrzymany przez Pingwina. Inne frazy w miarę się wybroniły, niektóre już w parę dni po przejściu Pingwina zaczęły wracać na wyższe miejsca i tak jest to dzisiaj.

Pingwin jednak robi swoje, zauważyłam na tę chwilę coś pomiędzy "tańcem Google" a "zamrożeniem wyników". Część witryn wciąż uprawia sambę, doprowadzając mnie do palpitacji, część zamarła i czy też traktujemy je kijem czy marchewką, nie wykazują chęci do współpracy. 

Jeśli Marta przewiduje słusznie, to czas jakiś jeszcze będziemy w tym pacie tkwić. Osobiście mam wrażenie (analizując strony pozycjonowane lokalnie), że Gołąb też jeszcze ostatniego gruchnięcia z siebie nie wydał. Oby tylko owo gruchnięcie nie przełożyło się na gruchnięcie w dół - wyników.

P.S. Dla zainteresowanych. Wyżej zaprezentowany wycinek strony należy do firmy z Warszawy, hasła są raczej konkurencyjne (przepychanka trwa ostro od czasu, gdy i ja włączyłam się do gry). Niezadowolenie Klienta również już odczułam (głupio mówić do człowieka z poza branży słowa "Proszę Pana, Pingwina ani Gołębia nie przeskoczę, trudno powiedzieć kiedy dla wszystkich haseł będą TOP-y).

czwartek, 9 października 2014

Nadciąga nowy Pingwin, SEOwcy dostają drgawek

Pingwin 3.0
Panie i Panowie, będzie (?) cyrk!
Nie wszyscy SEOwcy rzecz jasna, ale nawet święty, torpedowany codziennie wycedzonym przez zęby hasłem "To już w tym tygodniu!" zapewne też dostałby lekkiej trzęsawki i odczuł falę niepokoju, przelewającą się po jego wnętrzu.

Z jednej strony - trudno dziwić się temu, przepraszam za wyrażenie, "trzęsieniu portkami". Wszak to chyba pierwszy Pingwin rąbnął w branżę najmocniej i wymógł pewne zmiany związane z podejściem do SEO. Z drugiej jednak strony - zdaje się, że wyciągnęliśmy wnioski z tamtego Armageddonu i paru kolejnych? Czego się więc bać?

Nie wnikam czy powody do obaw mają Panowie W Czarnych Kapeluszach (tym się zwykle wiele potrafi upiec), ale WHS
i GHS też nie powinny raczej popadać w paranoję. Jeśli, jak uczono nas na szkoleniach, przez jednostki przesiąknięte wiedzą prowadzone:
- dywersyfikujemy linki
- dywersyfikujemy anchory
- strony mamy zoptymalizowane tak, że można tylko nad nimi cmokać z zachwytu
- stawiamy na brand
- nie tolerujemy upychania słów kluczowych
- staramy się być wszędzie: społeczności, fora, portale tematyczne związane z naszym serwisem
- budujemy serwisy pod strony Klientów (nie mylić z bezwartościowymi zapleczami)
- mamy odnośniki dofollow, nofollow, z tekstu, z grafiki i Bóg wie jeszcze jakie

to raczej nowego Pingwina przetrzymamy. Oczywiście o ile jego założeniem nie jest zastosowanie strategii spalonej ziemi ;) W sytuacji, gdyby linkować nijak się już nie dało i gdyby odnośniki, rekomendacje etc. straciły kompletnie wartość, co nam zostanie? Jak to po bombie atomowej, niewiele - karaluchy i linki sponsorowane. Ale osobiście jestem zdania, że aż tak źle nie będzie. Pozycje polecą? Polecą. Ale czy to pierwszy strzał Google w naszą stronę, po którym się podnieśliśmy? Nie pierwszy. Mało pocieszające, że zapewne także nie ostatni.

sobota, 27 września 2014

Panda 4.1. przyszła, namieszała(?) i poszła

Panda 4.1
Czas na update...
Około tygodnia temu pozwoliłam sobie wspomnieć na Facebooku, że coś dziwnego dzieje się w SERP-ach. Wkrótce okazało się, że faktycznie - w tym czasie Google wypuściło kolejną Pandę. O ile jednak jej poprzednie aktualizacje (ponoć już od dawna regularnie skaczące po stronach) nie powodowały większego zamieszania, tak TEJ Pandy nie dało się nie zauważyć (przynajmniej w moim przypadku).

Co poleciało w dół?

Ano bez niespodzianek - strony z rzadko aktualizowaną treścią. Ale dostało się też takim, na których tekstów było po prostu "dostatecznie dużo" by trzymać się TOP-ów. Najwyraźniej Google postanowiło jednak dokręcić śrubę i przymykanie oka na nieco uboższe w content strony (choćby nie wiem jak był on odkrywczy i oryginalny) się skończyło. Mam tylko nadzieję, że nie zacznie się stosowane w przeszłości przez część branży przeliczanie, ile też znaków na stronie Google aprobuje, a poniżej ilu grozi już spadek. Jedno jest pewne - spam nie przejdzie (ostatnio oglądałam śliczną stronę, na której słowo kluczowe słowem kluczowym poganiało i zrobiło mi się od tego ciemno w oczach).

Co zaliczyło wzrosty?

Strony, przy których ostatnio sporo pracowałam, poprawiając teksty i linkowanie wewnętrzne. Od czasu nowej Pandy w SERP-ach łatwiej jest znaleźć podstronę z interesującym użytkownika zagadnieniem, niż domenę główną. Osobiście - popieram.

Wnioski

Jak po każdej Pandzie. Nie stresować się, tylko robić swoje. Odkurzyć nieco zapomniane strony, aktualizować je, powrzucać zdjęcia (z altami) i sprawdzić, co Google na to. Nie sądzę, by konieczne były jakieś dodatkowe zaklęcia odczyniane nad serwisami. Ot, pozostaje nam dbać o content i nie zapominać, że wypada robić to regularnie, a nie raz na ruski rok.

wtorek, 24 grudnia 2013

Jak było? Czyli 2013 rok w branży SEO w telegraficznym skrócie!

Na chwilę po Bożym Narodzeniu 2012, znaczna część SEOwców dotkliwie odczuła kolejne zmiany wprowadzone przez Google.


Tym samym rok 2013 wiele osób z branży rozpoczęło od chęci popełnienia seppuku.



Ci, którzy przetrwali wstrząs, postanowili uważniej przyjrzeć się modyfikacjom...




... zmienić strategię i złapać oddech. Ba! Zaczęło być optymistycznie!


Ale w połowie roku Matt Cutts przerwał spokój, zapowiadając plagi egipskie czekające branżę. 



Znów zrobiło się jakby... nerwowo...


Jednak przyszedł Pingwin 2.0. i okazało się, że... wiele nie zmienił. 



Blackhatowcy przyjęli go z radosnym parsknięciem, no bo sorry: "Tylko na tyle Was stać, Google?"


Tymczasem po sieci wciąż buszowała Panda... 


zmuszając SEOwców do pracy nad contentem (unikalnym, wartościowym i ogólnie boskim).


We wrześniu wprowadzono Kolibra - nowy silnik wyszukiwania Google. 


Branża nie miała pojęcia, czego się po nim spodziewać...



Czekano... czekano... i cóż, nic się nie zmieniło!


Ale już w październiku Matt Cutts dokręcił śrubę, wypuszczając Pingwina 2.1. 



Tym razem to białe kapelusze lepiej przetrzymały krwawą jatkę w SERP.



Tuż za Pingwinem ruszyła nowa fala filtrów ręcznych.



Branża odczuła je dość... dotkliwie.



Im bliżej było końca roku, tym więcej osób zaczęło dostrzegać, że kary nakładane przez Google, bardziej utrudniają życie osobom grającym fair niż tym, którzy wytyczne wyszukiwarki mają "w poważaniu".



Niektórzy wprost wyrazili chęć zmiany dotychczasowego podejścia na nieco mniej... białe.






A co będzie w 2014? 






Osobiście przewiduję Armageddon ;)



 I tym, jakże optymistycznym akcentem, kończę ostatni wpis w tym roku ;) Do zobaczenia w 2014!

czwartek, 10 października 2013

Pingwin 2.1. - wnioski wysnute w oparciu o spadki


Wpis ten miał się ukazać dopiero w weekend, ale poczułam się zdopingowana niewybredną dyskusją na FB, z której wynikało, że:
- primo: osoba, której nie zleciały na łeb, na szyję pozycje z większej liczby domen, niż kilka, nie jest godna miana pozycjonera (co prawda zawsze wydawało mi się, że to umiejętność wyciągania wniosków z porażek świadczy o wiedzy, a nie porażki same w sobie);
- secundo: brak konkretów w wypowiedziach "kółka wzajemnej adoracji" (z którego wykluczono jedynie +Artura), świadczy o tym, że poziom wiedzy osób zabierających głos jest żenująco niski (ze wspomnianego kółka znam jedną osobę. No i Artura, ale on jest poza kółkiem, więc się nie liczy. Nieważne, widać czytelnicy wiedzą lepiej kto się do kogo umizguje);
- tertio: te nowe twarze brylujące w blasku fleszy, z pewnością pokazują swoje gęby wyłącznie w celu pozyskiwania Klientów i robienia ich w konia, bo przecież na robocie się nie znają.

Cała awantura to efekt wypowiedzi dla +Marty Gryszko siedmiu osób z branży i opublikowanie tychże wypowiedzi na łamach serwisu SeoStation. Fakt, konkretów zabrakło (znów wyłamał się Artur), ale i czasu na przeanalizowanie stron i wysnucie sensownych wniosków nie było zbyt wiele (nie wiem jak reszta "gwiazd", ale ja osobiście poza uśmiechaniem się do fleszy zwyczajnie pracuję po 12 godzin dziennie i na zajęcia dodatkowe brakuje mi nieco czasu). Tak czy owak, pisaną po kawałku (od soboty) analizę stron, które zaliczyły spadki, skończyłam zdopingowana ww. dyskusją. Efekty przedstawiam poniżej:

Przypadek 1.

Strona trafiła do mnie już z filtrem ręcznym. Oczyściłam profil linków, właściciel serwisu ponoć przesłał odwołanie i wprowadził zmiany optymalizacyjne, które mu sugerowałam od miesiąca, na co nastała sobota 05.10.2013. I już rano otrzymałam wiadomość, że zasugerowane przeze mnie zmiany doprowadziły do masakrycznych spadków, w związku z czym zostaną one cofnięte. Wyjaśniłam, że nie w tych zmianach tkwi problem, ale rozumiem zaniepokojenie, bo istotnie zbiegła się w czasie optymalizacja z Pingwinem, a Klient nowy i ma prawo nie mieć do mnie zaufania. Na jego miejscu też bym pewnie była pełna złych przeczuć. Tak czy owak, spadek (w oparciu o serwis webpozycja.pl, z którego korzystam naprzemiennie z seostation.pl) wyglądał tak:


Spadek dla dwóch fraz o 30 pozycji w dół, więc duży. Przypominam, że domena wciąż jest potraktowana filtrem ręcznym, czekamy z Klientem na odpowiedź na odwołanie.

Przyczyna spadku?
  • utrzymujący się filtr
  • profil linków (głównie z tych samych seokatów, wpkatów - części pierwszej się zrzekliśmy, z drugiej Klient usunął wpisy ręcznie - czy Google już to odnotowało, wie jedynie Google).
Dodatkowo strona jest dość uboga w treść, na co zwracałam uwagę - jeśli po Pingwinie 2.1. przeszła Panda (a wszystko na to wskazuje) spadek się utrzyma do czasu wprowadzenia modyfikacji na stronie. Klient modyfikacji się obawia, kółko się zamyka.


Przypadek 2.

Strona trafiła do mnie w maju 2013 w stanie straszliwym. Zdjęłam z niej filtr, przebudowałam od zera, zoptymalizowałam, chucham na nią i dmucham. Niestety i tu nastąpił spadek - nie tak znaczący, jak ten opisywany wyżej, ale za to na frazy jak najbardziej... brandowe.


Dwie frazy (właśnie brandowe) spadły najsilniej. Trzecia raptem kilka oczek w dół.

Zastanowiło mnie to bardzo, ponieważ według najnowszych wytycznych Google, należy skupiać się na promowaniu marki, możliwie jak najbardziej omijając linki typu EAM. 

Procent linków pozyskanych dla pierwszej frazy, to 4%. Dla drugiej - 13%. Źródło pochodzenia linków - serwisy tematyczne, z niewielką domieszką katalogów.

Przyczyna spadku?
  • być może (są to moje osobiste dywagacje) od już raz ukaranych Google oczekuje więcej: więcej dobrego contentu, więcej wartościowych linków tematycznych, większego zróżnicowania anchorów.

W przypadku tej strony zaczęłam wdrażać strategię mającą na celu pozyskanie w ciągu najbliższych 3 miesięcy nie więcej niż kilkudziesięciu odnośników, ale bardzo zróżnicowanych (w tym graficznych, no-follow). Żadnych katalogów, tylko strony tematycznie pokrewne. Żadnych zaplecz. Co z tego wyniknie, napiszę za 3 miesiące.


Przypadek 3.

Również interesujący. Domena pozycjonowana przeze mnie od blisko 5 lat, na frazy konkurencyjne (nie, nie wszystkie są w TOP10), która wywinęła przy okazji Pingwina 2.1. interesujący numer. Najlepiej obrazuje to wykres z seostation:


Wyraźnie widać, że tuż po Pingiwnie, strona pofrunęła do góry, by 8.10. spaść z hukiem. Jeśli wkrótce po Pingwinie do strony dotarła Panda, to spadek najprawdopodobniej jest jej zasługą (poszły w dół frazy, które wymagają optymalizacji w dużo szerszym zakresie, niż początkowo sądziłam - strona jest generalnie dynamiczna, zmienia się na niej dużo w treści w zależności od pory roku, pojawiają się nowe oferty, znikają stare i zabawa z jej optymalizowaniem nigdy się nie kończy).


I to chyba tyle. Specjalnie przejrzałam całą resztę witryn (łącznie z zapleczami jest to z 50 - wiem, mało imponujący wynik) i nigdzie spadków większych niż 3-5 pozycji w dół nie odnotowałam. Nie chcę ryzykować okrzyków, że takie spadki to nie spadki, więc po prostu pozwoliłam je sobie ominąć.

Wnioski?

Do łask wraca stare, dobre SEO. Dbaj o stronę, linkuj z głową, nie zrzekaj się linków "na wszelki wypadek", a jeśli wyszedłeś z filtra, nie pozwól władować się do niego ponownie - lepiej zrezygnować z kuszącego odnośnika w treści niż później płakać, że się na niego zdecydowało.

Pojawiły się głosy, że osoby, które uniknęły Pingwina 2.1. zajmują się małą liczbą stron i siedzą w branży zbyt krótko, by cokolwiek wiedzieć. Cóż, pozycjonowaniem zajmuję się od 7 lat i nie jeden raz dostałam baty od Google. Uniknęłam filtrów, ale spadki pozycji przy pierwszym Pingwinie zabolały mnie tak, jak te osoby, które dzisiaj krzyczą najgłośniej i są najbardziej wściekłe (nie dziwię się im, bo rok temu przeżywałam to samo). Czy jednak wyciąganie wniosków z przeszłości i trzymanie się bliżej WHS czyni ze mnie osobę niekompetentną, której jedynym życiowym celem jest brylowanie na forach i robienie w konia Klientów? Jeśli ktoś ma wątpliwości, niech zwróci się bezpośrednio do moich Klientów - na pewno uzyska szczegółowe informacje.

sobota, 5 października 2013

Jak przyzwyczaić się do ciągłych zmian w Google?

No właśnie - modyfikacje algorytmu wyszukiwarki Google to już chleb powszedni. Niemal codziennie następują przetasowania pozycji, a efekty najlepiej prezentuje Algoroo - pokazując z jak gorącą sytuacją mamy do czynienia:

algoroo

"Zielono" nie było już dawno i mam wrażenie, że prędko nie będzie. Stale aktualizowana Panda, wypuszczony przed kilkoma tygodniami Koliber (nowy silnik, który ma całkowicie zmienić zasady gry - według oficjalnego stanowiska Google), buszujący ostro Pingwin (sądząc po ilości filtrów ręcznych, rozdawanych na prawo i na lewo) - to wszystko sprawia, że o stabilność pozycji łatwo nie jest. Czy jednak można się do tego stanu rzeczy przyzwyczaić?


Myślę, że miłośnicy SEO dadzą radę zaadoptować się do nowych warunków dosyć szybko - szukając po prostu nowych sposobów na poprawianie pozycji (i dusza mi podpowiada, że WHS zagra tutaj pierwsze skrzypce - po własnych stronach widzę, jak wiele znaczy optymalizacja i dopieszczanie treści w serwisach). Ale czy do tak niepewnych warunków mogą przyzwyczaić się Klienci, korzystający z usług pozycjonowania i optymalizacji? Tego nie jestem już taka pewna i, szczerze mówiąc, wcale się owym Klientom nie dziwię. Osoby, które na co dzień nie mają kontaktu z SEO, słowa "Nastąpiła zmiana w algorytmie wyszukiwania" mogą potraktować jako wymówkę dla słabszych pozycji albo wręcz "robienie przez usługodawcę w konia". Sytuacja jest prostsza, gdy Klient zna osobę, z którą współpracuje w zakresie promocji swojego serwisu i ma do tej osoby pełne zaufanie. Wówczas po prostu przeprowadza się rozmowę, w której często ze strony Klienta padają m.in. pytania:
  • dlaczego Google to robi?
  • co Google z tego ma?
  • jak sobie z tym poradzić?
  • co pani proponuje?
Szczera, otwarta rozmowa i informowanie o ewentualnych alternatywnych metodach docierania do użytkowników sieci (bez przekreślania promocji w wynikach organicznych) wyjaśniają sprawę i, co zdarza mi się całkiem często, doprowadzają przy okazji do wyrażenia współczucia dla branży SEO i podziwu dla cierpliwości osób, które w tej branży działają.

Trudniej jest z Klientami, którzy po pomoc zgłosili się w czasie "googlowskiego sztormu" - z zafiltrowanymi domenami i chęcią ich pozycjonowania. Tutaj każde wahnięcie w dół (a przy filtrze skoki są potężne) wywołuje podejrzliwość, niepewność, sprawdzanie sytuacji na własną rękę i "przyciskanie" firmy pozycjonującej. Pytania zdarzają się rzadziej, częściej zgłaszane są po prostu pretensje (wyrażone w łagodniejszej lub nieco twardszej formie). Wyjaśnianie sytuacji czasem pomaga, czasem nie - i też trudno się dziwić, ostatecznie przeciętny użytkownik Internetu nie ma obowiązku wiedzieć, że Google od pewnego czasu bawi się w coś w rodzaju "polowania na czarownice", a w roli owych czarownic z miotłami występujemy my - pozycjonerzy.

Można sobie zatem zadać pytanie czy nowi, "zafiltrowani" wciąż Klienci, będą w stanie wytrzymać nerwowo kaprysy wyszukiwarki i przetrzymać tę burzę z zaciśniętymi zębami, cierpliwie czekając na efekt odwołania?Myślę, że odpowiedź jest oczywista - nie wszyscy. I trzeba się z tym pogodzić - albo proponując Klientowi skorzystanie z usług firm konkurencyjnych (do których ma się zaufanie - wiem, brzmi jak oksymoron, a jednak!) albo wybranie alternatywnych metod promowania się w sieci (i tu trzeba przyznać Google jedno - wiedzą, jak przeciągnąć użytkowników na stronę AdWordsów. Wychodzi im to świetnie...).

środa, 3 lipca 2013

Jak Google naprawia sytuację w SERP od... drugiej strony

Tytuł wpisu powinien zabrzmieć dosadniej i chyba wszyscy wiedzą, co miałam na myśli o "drugiej stronie" pisząc. Przejdę jednak do konkretów, które sprawiają, że mój początkowy entuzjazm związany z Pingwinem i Pandą - zmianą w algorytmach Google - umarł śmiercią naturalną. A za to zęby na nowo zaczęły mi zgrzytać.

Problem pierwszy 

SPAM - jak się szerzył, tak się szerzy, kwitnie i ma się świetnie. Nie odnotowałam większych spadków w SERPach tych stron, które od dawna mam na oku, a które zwyczajnie łamią większość wytycznych Google. Śmieciowe linki, zero sensownej treści - i cóż z tego, kółko wzajemnej adoracji spamerów śmieje się radośnie, zakładając kolejne SWL-e. Twarze zwolenników White Hat SEO stają się coraz bardziej "white", a nie wykluczam, że u co poniektórych pojawiła się już nawet sina zieleń i fioletowe kręgi pod oczami.

Problem drugi

Co za dużo, to niezdrowo - rozumiem konieczność wprowadzania modyfikacji w algorytmie wyszukiwania, ale na litość: od końca maja zmiany wprowadzane są nieustannie. Najbliższa ma się zakończyć jutro, ale nie zdziwiłabym się, gdyby już w piątek zapowiedziano kolejną. Efekt? Dezorientacja. Pewnie jak zawsze o to właśnie Google chodzi, ale tu kłania się problem pierwszy - gdyby zmiany uderzały w spamerów i służyły oczyszczeniu wyników wyszukiwania, nie miałabym nic przeciwko. Tymczasem mydlenie oczu i niepewność dnia następnego to wątpliwe szczęście, które dotknęło całą branżę.

Problem trzeci

szalony pozycjoner jako efekt uboczny działań Google
Czy tak właśnie Google
widzi naszą przyszłość? ;)
Zajęte cyrkowymi sztuczkami Google, zaniedbało dwa podstawowe narzędzia: GA i GWM. W obu notorycznie pojawiają się błędy, wprowadzane są jakieś zmiany bardziej utrudniające niż ułatwiające życie i w efekcie dezorientacja dodatkowo nabiera na sile. Część środowiska doszukuje się nawet teorii, że znikające linki to przymiarka do filtrów i banów. Wizji apokaliptycznych mamy coraz więcej, a lada moment na ulice wylegną tysiące paranoików twierdzących, że widzieli na własne oczy filtr Google czyhający na ich strony pod biurkiem lub też skrzętnie ukryty za monitorem. Zęby szczerzący i pianę z pyska toczący.


Jakiś czas temu zażartowałam na Facebooku, że celem Google jest doprowadzenie wszystkich pozycjonerów do obłędu, przyodzianie ich w kaftany bezpieczeństwa i zamknięcie w zakładach specjalnych. Ale wiecie co? Parę dni temu ten żart kompletnie przestał mnie bawić ;]

środa, 26 czerwca 2013

Google znów zmienia reguły gry?

Z dużym zainteresowaniem przejrzałam dzisiaj wpis, który opublikował Cezzy. Wynika z niego jasno, że Google postanowiło kolejny raz zagrać nam na nosie - i (jak to zwykle bywa) zrobiło to niejako za naszymi plecami. O ile bowiem zapowiedzi Matta Cuttsa o walce z nielegalnymi praktykami publikowane są z dużym hukiem, o tyle modyfikacje realnie wpływające na ranking przechodzą bez echa. Ba! Wprowadzane są po cichu (jak choćby modyfikowanie przez Google tytułów stron czy zwiększenie znaczenia linków brandowych, o czym w społeczności SEO Google poinformowali sami pozycjonerzy).

O tym, że głównym zadaniem Matta Cuttsa jest tworzenie "zasłony dymnej" i odwracanie uwagi od faktycznych poczynań Google, pisało już wielu i nie jest to tajemnicą. Zdaje się jednak, że rozbieżności pomiędzy oficjalnym stanowiskiem właścicieli najpopularniejszej wyszukiwarki a ich realnymi działaniami, są o wiele większe niż można by przypuszczać.

Co to oznacza dla branży? Cóż, jak zwykle pozostajemy zdani na siebie i na własne obserwacje. Oficjalne informacje warto oczywiście śledzić, ale traktowanie ich jak wyroczni byłoby potwornym nieporozumieniem. Co zostało udowodnione po raz kolejny.

W kontekście ostatnich zmian w zapisach "Pomocy" Narzędzi Dla Webmasterów, warto postawić sobie jednak kluczowe pytanie. Jak roboty Google poradzą sobie z oceną treści na witrynach? Owszem, od tego jest już Panda, ale dotąd uwaga wielu osób koncentrowała się bardziej na zmianach związanych z Pingwinem i oceną wartości odnośników kierujących do strony. A patrząc na spam w SERPach trudno oprzeć się wrażeniu, że Panda sobie z oceną treści nie radzi na tyle, by stała się jednym z ważniejszych wyznaczników dla tworzenia rankingu stron w Google.


środa, 12 czerwca 2013

A jednak Panda!

Panda 123RF Zdjęcie SeryjneJakiś czas temu pozwoliłam sobie na podzielenie się przeczuciem dotyczącym lekkich zawirowań w wynikach wyszukiwania. Było to wkrótce po wypuszczeniu przez Google Pingwina z "dwójką" na plecach. Zauważyłam, że zmiany jakie obserwuję nie kojarzą mi się z działaniem Pingwina, ale Pandy (szczegóły w tym wpisie). I cóż, widać dusza (czy też kobieca intuicja) mnie nie zawiodła - Matt Cutts przyznał właśnie, że "Taniec Pandy" trwa już od jakiegoś czasu i będzie trwał w najlepsze.

Osobiście czuję się wyjątkowo uszczęśliwiona tą informacją, ponieważ Panda zwraca uwagę na treści publikowanych na stronach. Może dzięki temu uda się wreszcie zepchnąć z czołowych miejsc strony masowo linkowane, ale o fatalnej zawartości merytorycznej, często przypominającej wymieszanie grochu z kapustą. A także marnej jakości strony "zapleczowe" czy też nakierowane wyłącznie na masowe sprzedawanie linków w treści, która ze stronami na które kierują odnośniki, nie ma nic wspólnego. Pod tym względem będę zdecydowanie kibicować Google! Go go Panda!

poniedziałek, 27 maja 2013

To jeszcze nie koniec zmian algorytmu Google

Od czasu wprowadzenia przez Google modyfikacji o wdzięcznej nazwie "Pingwin 2.0" minął prawie tydzień. I nic nie wskazuje na to, że to już koniec "plag", o których wspominał Matt Cutts.

Jasną jest sprawą, że po każdym trzęsieniu ziemi należy odczekać jakiś czas i pozwolić naturze na powrót do względnej normy. Z wyszukiwarkami jest podobnie i wiele osób wspomina o konieczności spokojnego odczekania kilku tygodni niezbędnych do ustabilizowania pozycji stron w SERPach. O ile jednak sam Pingwin nie spowodował jakiegoś wyjątkowego przewrotu w tych serwisach, które mam pod kontrolą, o tyle "wstrząsy wtórne" sprawiły, że zaczęłam zastanawiać się czy przypadkiem za pierwszym "zwierzakiem" ze stajni Google nie kroczy coś jeszcze...

Panda
Skąd ten pomysł? Na razie to tylko przeczucie, ale gdy patrzyłam dziś rano na wykresy pozycji z ostatnich dni, wyraźnie rzuciło mi się w oczy coś, co bardziej przywiodło na myśl skojarzenia nie z Pingwinem, ale... z Pandą. Strony bogate pod względem merytorycznym, z dopieszczonymi opisami (nie mylić z przesadną optymalizacją, chodzi po prostu o unikatową treść, napisaną w sposób przyjazny użytkownikom) zaczęły konsekwentnie wspinać się w wynikach wyszukiwania. Nie są to skoki pozycji - te nastąpiły w zeszłym tygodniu. Teraz są to raczej małe kroczki, ale konsekwentnie prowadzące w górę. Z kolei serwisy uboższe w treść, owszem wskoczyły - ale na "huśtawkę" i dają teraz pokaz klasycznego tańca Google.

O żadnych dodatkowych zmianach poza Pingwinem Matt Cutts od dawna się nie zająknął (wygłosił po prostu referat o "plagach" jakie spadną na branżę SEO i potrwają kilka miesięcy). A jeśli nawet wspomniał o jakichś modyfikacjach "ekstra", to słowo "Panda" nie pojawiło się ani razu (jeżeli się mylę, proszę o sprostowanie - mogła mi jakaś wypowiedź umknąć). Pamiętajmy jednak, że celem życia Matta nie jest przecież ułatwianie egzystencji nam - pozycjonerom, traktowanym przez Google jako mniejsze (White Hat) lub większe (Black Hat), ale jednak zło. Czy zatem Pingwin nie był tylko preludium do czegoś, o czym Matt nie wspomniał? Czy przypadkiem ten "zwierzak" nie otworzył drzwi, przez które przeszło coś jeszcze? To rzecz jasna gdybanie, które (poza oglądanymi przez wyjątkowo krótki okres czasu zmianami w SERPach) nie ma żadnego potwierdzenia. Ale intuicja podpowiada mi, że najbliższe tygodnie wcale nie muszą przynieść zapowiadanego przez wielu uspokojenia sytuacji i że czeka nas jeszcze jakaś niespodzianka.


sobota, 25 maja 2013

Jak wygląda wirtualny świat po przejściu Pingwina?

Można by pomyśleć, że właściwie niewiele się zmieniło - pozycje stron skoczyły nieco do góry, a o gwałtownych spadkach mało kto donosi. Jednak grafika prezentowana przez Algoroo nie pozostawia cienia wątpliwości - tąpnięcie było i modyfikacje algorytmu nastąpiły. Już jeden rzut oka wystarczy, by przekonać się, jak duże musiały być zmiany wprowadzone przez Google:

źródło: http://algoroo.com/

Czy to już jednak koniec zamieszania i w najbliższym czasie będziemy mieć spokój w temacie modyfikacji? Z wypowiedzi Matta Cuttsa wynika, że niezupełnie. I są już na to pierwsze dowody.

Świat po Pingwinie 2.0.

Matt Cutts, szef Google odpowiedzialny za walkę ze spamem, otwarcie przyznaje, że najnowsza aktualizacja Pingwina nie rozwiązała problemu spamu w sieci. W nasze ręce trafiło zatem narzędzie, które ma pomóc Google w wyczyszczeniu SERPów ze śmieciowych stron. Formularz pozwalający na zgłaszanie witryn, które nie mają żadnej wartości merytorycznej i służą wyłącznie podbijaniu pozycji innych stron (a które umknęły czujnym oczom Pingwina), znaleźć można pod tym adresem.

To jednak nie wszystko. Google planuje kontynuację swoich działań wymierzonych w spamerów, a także kontynuację polityki rozpoczętej już ładnych parę miesięcy temu. Z najnowszych doniesień Matta wynika, że:
  • premiowane będą strony eksperckie, prowadzone przez autorów będących autorytetami w swoich dziedzinach
  • duże znaczenie dla pozycji będzie mieć wartościowy content na stronie, rozpowszechniany w sposób naturalny przez osoby odwiedzające dany serwis
  • karani będą webmasterzy pobierający opłaty za wyświetlanie odnośników reklamowych z atrybutem "follow"
  • webmasterzy otrzymają dodatkowy oręż w postaci dodatków do Narzędzi dla Webmasterów, co pozwoli im na jeszcze lepsze dostosowywanie swoich stron do wytycznych Google i szybkie wykrywanie problemów występujących w serwisach, którymi zarządzają
Jeśli wierzyć tym wszystkim zapowiedziom, determinacja Google w walce o oczyszczenie wyników wyszukiwania wzrosła. Czyżby w ciemnym tunelu spamu pojawiło się wreszcie światełko nadziei dla osób, preferujących techniki White Hat SEO?