Pokazywanie postów oznaczonych etykietą White Hat SEO. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą White Hat SEO. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 sierpnia 2013

Jak bardzo różni się dziś black od white?

Dzisiaj na playliście Spotify przewinęła mi się piosenka Michaela Jacksona "Black or white" i jakoś odruchowo moje myśli powędrowały w kierunku SEO i obecnej sytuacji, w jakiej znalazła się branża. Już wcześniej pojawiały się uwagi, że rozgraniczenie na Białe i Czarne kapelusze straciło rację bytu, ale z drugiej strony wciąż są i tacy, którzy lubują się w wytykaniu palcami "białych rycerzy". Czy jednak teraz, w czasie, gdy Google pokazując nam link (wcześniej prezentowany jako wzór cnót i ideał godzien naśladowania!) mówi "To jest zły i nienaturalny odnośnik", nie zaczyna się nam zacierać granica pomiędzy technikami WHS i BHS?

Niedawno natrafiłam na opinię, że przecież wszyscy robimy to samo, bo pozyskujemy odnośniki - na dodatek, jak się okazuje, w większości złe ;) Optymalizujemy strony. Szukamy sposobów dotarcia do odbiorcy i kombinujemy (czy my się kiedykolwiek odczepimy od czasów PRL?) skąd i jak zdobyć jeszcze parę linków. Jeśli Google dalej będzie podążać obraną przez siebie ścieżką i co rusz rzucać "to złe", "tego nie róbcie", "to zabronione" to okaże się, że cała branża nosi na głowach czarne kapelusze - w dużej części, wbrew własnym intencjom.

Wracając jednak do tytułowego pytania: "Jak bardzo różni się dziś black od white?"... Cóż, w tej chwili można chyba tylko dokonywać tego podziału pod względem etyki pracy (ależ poważnie to zabrzmiało!). Jeśli mielibyśmy trzymać się takiego rozgraniczenia i to w dodatku skrajnego (czyli przy założeniu, że innych "kolorów" w ogóle nie bierzemy pod uwagę, są tylko ci "źli" i "dobrzy") to otrzymalibyśmy chyba takie coś, jak poniżej.

Jednostka spod znaku White Hat SEO:
  • stosuje zasadę "przede wszystkim nie szkodzić" ;) Ani pozycjonowanej witrynie, ani innym (np. poprzez złośliwe zgłaszanie wartościowych stron jako szkodliwych);
  • wykorzystuje techniki dotyczące pozyskiwania linków z umiarem - bez względu na ich źródło;
  • szanuje swoją konkurencję (nawet jeśli spać przez nią nie może po nocach, zastanawiając się jak u licha przegonić ją w wynikach);
  • nie zatruwa życia administratorom (for, blogów etc.) - nie rozsiewa linków wszem i wobec;
  • w swoich działaniach kieruje się po prostu etyką i zwykłą, ludzką przyzwoitością.

Jednostka spod znaku Black Hat SEO:
  • wyznaje zasadę "jeśli mogę upierdolić konkurencję, to czemu tego nie zrobić?";
  • spamuje gdzie popadnie, nie interesując się kompletnie tym, że zatruwa życie właścicielom stron - ich problem i cześć;
  • w swoich działaniach kieruje się przede wszystkim wynikami, czyli po prostu - do celu po trupach.
Powyższa charakterystyka jest oczywiście skrajna. Nie sądzę na przykład, by w branży działały osoby posuwające się do granic ostatecznego ześwinienia, które z rządzą mordu w oczach wyniszczają wszystkich swoich konkurentów. Tak samo jak nie wierzę, że wszyscy z pierwszej listy nigdy nie przekroczyli pewnych granic i nie dali się np. skusić, by na dobrze rozpoznawalnym forum umieścić ten jeden link więcej...

Podsumowanie? Cóż, mogę tylko stwierdzić, że robi się ciekawie. I w obecnej sytuacji chyba coraz trudniej będzie skakać sobie wzajemnie do oczu (i oby!), zarzucając stosowanie nieuczciwych zagrywek (bo w końcu, według Google, nie fair jest np. linkowanie w treści - a robią to wszyscy nagminnie, bez względu na kolor tego, co mają na głowie).

Zatem może po prostu zacytujmy już tego Jacksona i odczepmy się od kolorów, pozostając przy zwyczajnej przyzwoitości.

I'm not going to spend my life being a color 

niedziela, 14 lipca 2013

Potęga contentu

Treść na stronie ma kluczowe znaczenie w przypadku pozycjonowania metodami White Hat SEO (a przynajmniej metodami najbliższymi temu ideałowi). O ile bowiem "Czarna Strona Mocy" może dzięki wykorzystaniu siły spamu doprowadzić do sytuacji, w której po wpisaniu słowa "kłamca" w Google wyskoczy nam strona premiera, o tyle metodami WHS takiego efektu nie da się osiągnąć. Ale z drugiej strony, komu z WHS zależałoby na wprowadzeniu użytkownika Internetu w błąd i podsuwaniu mu strony, która z wyszukiwanym hasłem ma niewiele wspólnego? Abstrahuję tutaj od politycznego przykładu podanego wcześniej, bo nie polityką będę się w tym wpisie zajmować ;)

W ostatnich miesiącach przeprowadziłam pewien eksperyment, który potwierdził, że Google w większym niż kiedykolwiek stopniu zwraca uwagę na treść strony. A przypominam - jeszcze nie tak dawno temu możliwe było osiągnięcie TOP10 dla serwisów, które zawartością merytoryczną kompletnie nie grzeszyły. Odpowiednie linki załatwiały sprawę, parę słów na krzyż na stronie (zgodnych z pozycjonowanymi hasłami) okazywało się wystarczające (przynajmniej dla fraz o niskiej bądź średniej konkurencyjności). Zabawa skończyła się wraz z nadejściem Pandy, która nie miała litości dla witryn prezentujących jakieś ochłapy informacji w miejsce solidnego contentu.

Wracając do eksperymentu, o którym wspomniałam wcześniej. W maju postawiłam świeżą stronę, na nowej domenie (dla znajomego, który zgodził się poświęcić stronę do celów analitycznych, pod warunkiem że efekty prac pojawią się najpóźniej w ciągu 3 miesięcy). Stronę zoptymalizowałam i zasilałam linkami, ale treść potraktowałam po macoszemu. Pierwsze efekty pozycjonowania dały się zauważyć dość szybko - sprawa jasna: to FSB pozwoliło cieszyć się szybkimi wynikami:

Maj 2013 - Fresh Site Bonus

Jak jednak wiadomo Fresh Site Bonus równie szybko się pojawia, co równie szybko kończy, więc czerwiec przyniósł już skoki i spadki (treści na stronie wciąż było tyle, co na lekarstwo - dopiero w połowie miesiąca zaczęłam stopniowo dodawać unikalne i rozbudowane teksty, sprawdzając jak też Google zechce na to zareagować):

Czerwiec 2013 - koniec FSB widać wyraźnie, podobnie jak moment, w którym
Google zauważyło stopniowo wprowadzane treści

Do końca czerwca całą stronę uzupełniłam wartościowymi tekstami, dodałam zdjęcia (opatrzone altem), bardziej skupiając się na optymalizacji treści niż na pozyskiwaniu linków. Efekt? Poniżej screen z bieżącego miesiąca:

Lipiec 2013 - jak widać nastąpiły solidne wzrosty dla niemal wszystkich haseł

Wniosek może być tylko jeden - Google rzeczywiście w większym niż kiedykolwiek wcześniej stopniu docenia content. Co więcej, dobra treść chętniej jest przekazywana dalej, w związku z czym problem linkowania rozwiązuje się w dużym stopniu sam. Pozyskiwanie wartościowych odnośników wciąż oczywiście jest istotne, ale dla haseł o średniej konkurencyjności (jak w tym przypadku) sama zawartość witryny potrafi zapewnić jej wysokie miejsca w SERP.

środa, 3 lipca 2013

Jak Google naprawia sytuację w SERP od... drugiej strony

Tytuł wpisu powinien zabrzmieć dosadniej i chyba wszyscy wiedzą, co miałam na myśli o "drugiej stronie" pisząc. Przejdę jednak do konkretów, które sprawiają, że mój początkowy entuzjazm związany z Pingwinem i Pandą - zmianą w algorytmach Google - umarł śmiercią naturalną. A za to zęby na nowo zaczęły mi zgrzytać.

Problem pierwszy 

SPAM - jak się szerzył, tak się szerzy, kwitnie i ma się świetnie. Nie odnotowałam większych spadków w SERPach tych stron, które od dawna mam na oku, a które zwyczajnie łamią większość wytycznych Google. Śmieciowe linki, zero sensownej treści - i cóż z tego, kółko wzajemnej adoracji spamerów śmieje się radośnie, zakładając kolejne SWL-e. Twarze zwolenników White Hat SEO stają się coraz bardziej "white", a nie wykluczam, że u co poniektórych pojawiła się już nawet sina zieleń i fioletowe kręgi pod oczami.

Problem drugi

Co za dużo, to niezdrowo - rozumiem konieczność wprowadzania modyfikacji w algorytmie wyszukiwania, ale na litość: od końca maja zmiany wprowadzane są nieustannie. Najbliższa ma się zakończyć jutro, ale nie zdziwiłabym się, gdyby już w piątek zapowiedziano kolejną. Efekt? Dezorientacja. Pewnie jak zawsze o to właśnie Google chodzi, ale tu kłania się problem pierwszy - gdyby zmiany uderzały w spamerów i służyły oczyszczeniu wyników wyszukiwania, nie miałabym nic przeciwko. Tymczasem mydlenie oczu i niepewność dnia następnego to wątpliwe szczęście, które dotknęło całą branżę.

Problem trzeci

szalony pozycjoner jako efekt uboczny działań Google
Czy tak właśnie Google
widzi naszą przyszłość? ;)
Zajęte cyrkowymi sztuczkami Google, zaniedbało dwa podstawowe narzędzia: GA i GWM. W obu notorycznie pojawiają się błędy, wprowadzane są jakieś zmiany bardziej utrudniające niż ułatwiające życie i w efekcie dezorientacja dodatkowo nabiera na sile. Część środowiska doszukuje się nawet teorii, że znikające linki to przymiarka do filtrów i banów. Wizji apokaliptycznych mamy coraz więcej, a lada moment na ulice wylegną tysiące paranoików twierdzących, że widzieli na własne oczy filtr Google czyhający na ich strony pod biurkiem lub też skrzętnie ukryty za monitorem. Zęby szczerzący i pianę z pyska toczący.


Jakiś czas temu zażartowałam na Facebooku, że celem Google jest doprowadzenie wszystkich pozycjonerów do obłędu, przyodzianie ich w kaftany bezpieczeństwa i zamknięcie w zakładach specjalnych. Ale wiecie co? Parę dni temu ten żart kompletnie przestał mnie bawić ;]

sobota, 25 maja 2013

Jak wygląda wirtualny świat po przejściu Pingwina?

Można by pomyśleć, że właściwie niewiele się zmieniło - pozycje stron skoczyły nieco do góry, a o gwałtownych spadkach mało kto donosi. Jednak grafika prezentowana przez Algoroo nie pozostawia cienia wątpliwości - tąpnięcie było i modyfikacje algorytmu nastąpiły. Już jeden rzut oka wystarczy, by przekonać się, jak duże musiały być zmiany wprowadzone przez Google:

źródło: http://algoroo.com/

Czy to już jednak koniec zamieszania i w najbliższym czasie będziemy mieć spokój w temacie modyfikacji? Z wypowiedzi Matta Cuttsa wynika, że niezupełnie. I są już na to pierwsze dowody.

Świat po Pingwinie 2.0.

Matt Cutts, szef Google odpowiedzialny za walkę ze spamem, otwarcie przyznaje, że najnowsza aktualizacja Pingwina nie rozwiązała problemu spamu w sieci. W nasze ręce trafiło zatem narzędzie, które ma pomóc Google w wyczyszczeniu SERPów ze śmieciowych stron. Formularz pozwalający na zgłaszanie witryn, które nie mają żadnej wartości merytorycznej i służą wyłącznie podbijaniu pozycji innych stron (a które umknęły czujnym oczom Pingwina), znaleźć można pod tym adresem.

To jednak nie wszystko. Google planuje kontynuację swoich działań wymierzonych w spamerów, a także kontynuację polityki rozpoczętej już ładnych parę miesięcy temu. Z najnowszych doniesień Matta wynika, że:
  • premiowane będą strony eksperckie, prowadzone przez autorów będących autorytetami w swoich dziedzinach
  • duże znaczenie dla pozycji będzie mieć wartościowy content na stronie, rozpowszechniany w sposób naturalny przez osoby odwiedzające dany serwis
  • karani będą webmasterzy pobierający opłaty za wyświetlanie odnośników reklamowych z atrybutem "follow"
  • webmasterzy otrzymają dodatkowy oręż w postaci dodatków do Narzędzi dla Webmasterów, co pozwoli im na jeszcze lepsze dostosowywanie swoich stron do wytycznych Google i szybkie wykrywanie problemów występujących w serwisach, którymi zarządzają
Jeśli wierzyć tym wszystkim zapowiedziom, determinacja Google w walce o oczyszczenie wyników wyszukiwania wzrosła. Czyżby w ciemnym tunelu spamu pojawiło się wreszcie światełko nadziei dla osób, preferujących techniki White Hat SEO?

czwartek, 7 marca 2013

Testujemy blasty - poligon został wybrany

O skuteczności blastów, stanowiących jedną z metod niezbyt lubianych przez Google, naczytałam się już tyle, że charakter nie pozwolił mi na dalszą bezczynność. I wiem, że testy przeprowadzali już inni - nic nie szkodzi, jako kobieta uparłam się, że muszę we własnym zakresie sprawdzić, w czym tkwi dzieło. Za poligon posłuży mi sklep internetowy mojego własnego małżonka (wyraził zgodę bez najmniejszego wahania, ponieważ z kolei jego charakter powoduje, że z owym sklepem nie robi nic kompletnie, położył na nim krzyżyk ze dwa lata temu i sklep obecnie straszy niczym statek widmo), no i cóż - przystępuję do dzieła ;)

Jednocześnie, być może z powodu niepokojonego owymi blastami sumienia, wgryzam się coraz głębiej w zalecenia Google i włos jeży mi się na głowie, bo gdyby robić wszystko tak, jak życzy sobie tego szanowny Googlarz, to primo: optymalizacja jednego serwisu (rozbudowanego, bo liczącego około 30 podstron, zapchanego treścią i galeriami zdjęć) trwałaby chyba z miesiąc (ewentualnie tydzień przy założeniu pracy 24/7), a secundo: ograniczenie się potem do pląsania po polach wyszukiwarki w Białym Kapeluszu na głowie, raczej nie przyniosłoby i tak oczekiwanego sukcesu. Zwłaszcza przy konkurencyjnych frazach, które pozycjonowane są właśnie m.in. blastami - o czym dowiedziałam się przypadkowo na szkoleniu w Katowicach... miło było spojrzeć w oczy konkurentowi numer 1 ;)

ACTIONPOINT - poligon wybrany na miejsce eksperymentu

Moje podejście generalnie nie ulega zmianie, ufam, że Google jednak wie co robi i może kiedyś te strony, które promowane są metodami WHS, nagrodzi, a reszcie da po łapach. Nie oznacza to jednak, że nie warto zapoznać się bliżej z tajną bronią konkurentów, prawda? Zwłaszcza, że (póki co) zdaje się ona działać. 

Totalnej zagłady się nie spodziewam, natomiast obawiam się nieco filtrów jakie spaść mogą na część fraz i niezadowolenia Google, które być może swój niesmak zademonstruje jakimś komunikatem w Google Wemaster Tools, ale cóż - ciekawość jest silniejsza. Pozwolę sobie, przykładem innych testerów, relacjonować przebieg eksperymentu. A kto wie, może nawet zdobędę się na wyciągnięcie względnie sensownych wniosków?