czwartek, 13 września 2018

Jak Google (nie)przestrzega własnych wytycznych

czarny kapelusz
Czas na zmianę "kapelusza"?
Długo zastanawiałam się nad tym, jak ten temat ugryźć. Walka ze spamem (którym dla mnie są  np. bezmyślnie tworzone zaplecza i farmy linków, ale i same strony, których byt w SERP-ach uzależniony jest od powyższych) od dawna budzi we mnie emocje. I początkowo mocno kibicowałam Google, które - wraz z kolejnymi wdrażanymi zmianami (tu Pingwin, tam Panda) - miało oczyścić SERP-y z tego typu śmieci. I nawet przeczące sobie wzajemnie wytyczne tej wyszukiwarki (raz coś było "naturalne" i pożądane, po dwóch latach za to "naturalne" można było dostać filtr) to, choć wywoływały u mnie oczywiste zgrzytanie zębami, jednak przetrzymywałam. Bo w końcu chodziło o zrobienie porządku, prawda? Więc okej, niech będzie. Wprowadzało się kolejne modyfikacje na stronach Klientów, zawsze w myśl googlowskich reguł (no i trochę obok tychże; nigdy nie twierdziłam, że jestem SEO-wcem czystszym niż koszulka wyprana w tym cudzie co to już "bielsze nie będzie"). Ale jednak z umiarem, ostrożnie, jakąś konkretną wizją. Działałam tak sobie, wciąż wpatrzona w Google ze spamem walczące, i święcie wierząc, że faktycznie te notoryczne zmiany algorytmów i zasad służą wyższym celom.

Aż w końcu trafił mnie szlag.

Jest sobie firma, której nazwę przemilczę, bo właściciel nie należy do osób łatwych w obyciu, a jakoś nie mam ochoty być ciągana po sądach. Owa firma działa w branży usługowej (w detale nie będę się wdawać z uwagi na to, co napisałam wcześniej; jedni nie lubią węży, inni sądowego pieniactwa - są gusta i guściki). Początkowo nie zwracałam na tę firmę większej uwagi, zajęta pracą przy innej stronie z tej samej branży, ale w końcu coś mnie tknęło. TOP 1 na kilkudziesięciu (może i kilkuset, nie wiem, nie sprawdzałam aż tak zawzięcie) frazach, bynajmniej nie mało konkurencyjnych. Wręcz przeciwnie: w tym przypadku konkurencja rozpycha się łokciami, łapie wzajemnie za kołnierze i kopie po kostkach tak, że aż echo niesie. Zaintrygowana zjawiskiem przyjrzałam się bliżej stronie owej firmy i wówczas mną szarpnęło.

Na stronie radośnie i całkowicie bezkarnie, uprawiany jest keyword stuffing, dodatkowo kopiowane są fragmenty jednego tekstu i wklejane co parę akapitów. Gdybym miała zaprezentować schemat dotyczący sposobu umieszczania treści w tym serwisie, to wyglądałby on mniej więcej tak: (to w nawiasach i kursywą to moje dodatkowe "parę groszy"):

-
Zajmujemy się: pierwsze słowo kluczowe, drugie, trzecie, czwarte (...) piętnaste.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Gwarantujemy: pierwsze słowo kluczowe, drugie (schemat już chyba dla wszystkich oczywisty)

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Działamy w: nazwa miejscowości pierwsza, druga (...) czterdziesta (nie no, wy tak serio?!).

Zapewniamy: pierwsze słowo kluczowe. drugie (i tak w koło Macieju)

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Jeśli mieszkasz w: nazwa miejscowości pierwsza, druga (Chryste, ile można?) skorzystaj z naszych usług.

-

Na podstronach sytuacja wygląda identycznie. Rzecz jasna stosowane są i pogrubienie czcionki i kursywa i linki wewnętrzne i zdjęcia i tak dalej i tak dalej, co nie zmienia faktu, że całość bazuje głównie na powtórzeniach i na chama wepchniętych słowach kluczowych. Wszystko to w owym schemacie "pozycjonowane frazy, kopiuj-wklej, pozycjonowane frazy".

Szczęka mi się mocno zacisnęła, a jednocześnie ogarnęło mnie osłupienie, że taka radosna twórczość, łamiąca parę zasad Google z rzędu, nie oberwała jeszcze soczystego kopa od Pandy.

No ale dobrze, ciekawe jak też ta cud-strona jest linkowana. Sprawdziłam. Na przykład tak:
Spoko. Rzeczywiście, niezwykle naturalne są linki kierujące do polskiej strony, pochodzące z serwisów chińskich. 

Od razu mi się przypomniało, jak jedna z moich stron otrzymała ostrzeżenie odnośnie nienaturalnych linków i jako przykład podany był, nieistniejący już zresztą, katalog Zgreda (jednego z najbardziej "kumatych" ludzi w branży SEO, którego szalenie lubię, zaś ogrom jego wiedzy, niezmiennie podziwiam). Zatem przepraszam, co jest dla Google bardziej naturalnym linkiem prowadzącym do polskiego serwisu - odnośnik z chińskiej strony składającej się z 3 podstron na krzyż czy polski moderowany katalog stron internetowych, stworzony przez człowieka, który o SEO ma kolosalne pojęcie? Widać to pierwsze.

I żeby jeszcze to był jakiś skromny wyjątek. A w życiu! Majestic w podsumowaniu "Wykryte języki przychodzące" (odnoszące się właśnie do tego, skąd linkowana jest strona) podaje jak byk, że:


No rzeczywiście, bardzo to "naturalne"... I co na to Pingwin, czuwający nad poprawnością profilu linków? Nie będę mówić co, choć na usta ciśnie mi się tylko jedno słowo.

Najgorsze w tym wszystkim jest właśnie kompletny brak reakcji Google. Strona działająca niemal wbrew tej wyszukiwarce, zasiada w TOP-ach, zostawiając konkurencję promującą się zgodnie z tym, co "Wujek Google nakazał", daleko w tyle.

Wypadałoby chyba na koniec podać jakieś wnioski wyciągnięte z powyższego, może pokusić się o eleganckie przemyślenia i stworzenie podsumowania całości.... Choć jedyne, na co mam ochotę po naklepaniu tego wpisu, to rzucenie w kąt "białego kapelusza" i zainwestowanie w blasty. Bo, jak widać na powyższym przykładzie, przechodzą one bez echa.

piątek, 10 sierpnia 2018

Najnowsze istotne zmiany w Google

Od ostatniego "trzęsienia ziemi" w Google upłynęło nieco czasu, jednak ostatnie zmiany wprowadzone przez tę wyszukiwarkę, mocno dały się we znaki zarówno samym stronom internetowym, jak i branży SEO. Chodzi głównie o dwie modyfikacje, które przyczyniły się do tego, że część pozycjonerów mocno zazgrzytała zębami.



1. Utrata możliwości zgłaszania nowych adresów url

Opcja, która bardzo ułatwiała życie osobom zajmującym się promocją stron w Google, dostępna niegdyś pod adresem https://www.google.com/webmasters/tools/submit-url. Dzięki niej można było przyspieszyć indeksowanie nowych linków, pozyskanych w trakcie działań związanych z promowaniem serwisów. Jeśli zdobyliśmy wartościowy odnośnik zewnętrzny prowadzący do  naszej strony, wystarczyło zasygnalizować to Google za pomocą wspomnianego narzędzia. Dzięki temu wyszukiwarka otrzymywała istotną informację o nowym linku, który mógł wpłynąć na pozycję witryny. Teraz takiej możliwości już nie ma. Co to oznacza? Przede wszystkim:
  • możemy informować Google (z wykorzystaniem Search Console) wyłącznie o nowych podstronach utworzonych w obrębie zarządzanego przez nas serwisu;
  • indeksowanie nowych linków zewnętrznych zajmie więcej czasu (o ile sam właściciel strony, na której pojawił się "odsyłacz" do naszej witryny, nie zasygnalizuje tego faktu wyszukiwarce za pomocą opcji wspomnianej powyżej);
  • w skrócie - zdobywanie wartościowych odnośników wciąż odgrywa bardzo istotną rolę w zakresie pozycjonowania, jednak oczekiwanie na efekty związane z ich zdobyciem, może się znacznie wydłużyć.

2. Modyfikacja głównego algorytmu Google

Pod koniec lipca otrzymaliśmy oficjalną informację od Google (przekazaną zainteresowanym za pośrednictwem Twittera) o zmianach w głównym algorytmie tej wyszukiwarki. Zmiana miała na celu to, co zwykle - uporządkowanie wyników wyszukiwania i "nagrodzenie" stron spełniających wymogi Google poprzez poprawę ich pozycji w SERP. Spoglądając jednak na pozycje poszczególnych haseł (dla różnych stron internetowych) można łatwo dojść do wniosku, że zmiany w algorytmie wciąż trwają. Od dawna nieobserwowany przeze mnie "taniec Google" jest teraz widoczny gołym okiem. Niektóre frazy potrafią w ciągu doby zmienić widoczność w wynikach wyszukiwania nawet o kilkadziesiąt pozycji w dół, a w kolejnym dniu - odzyskać utracone miejsce lub wręcz pojawić się wyżej w SERP. Kiedy nastąpi stabilizacja? Tylko Google raczy wiedzieć.

Jak już wspomniałam i jak głosi wieść oficjalna, zyskać mają wartościowe strony, a modyfikacja to kolejne uderzenie w witryny promowane niezgodnie z wytycznymi wyszukiwarki. Niestety na przestrzeni ostatnich miesięcy moja wiara w skuteczność walki Google z ewidentnym spamem, mocno ucierpiała. Ale o tym w kolejnym wpisie - ze "smaczkami" i szczegółami dotyczącymi raczej nieudolnej walki ze spamerami, jaką ponoć toczy nasze ukochane Google.


piątek, 22 grudnia 2017

Google: świąt nie będzie

Google świąt nie będzie
Kolejny już raz Google tuż przed świętami postanowiło popsuć nastrój SEOwcom. Wczoraj jeden z pracowników Google poinformował, że od połowy grudnia wprowadzane są zmiany w algorytmie wyszukiwania, które wpłynęły już na pozycje stron w Stanach (szczegóły na SearchEngineLand). Jedno pytanie pozostaje jednak otwarte: czy Google jest z nami całkowicie szczere?

Zmiany w SERP dało się już zauważyć w połowie listopada, choć Google nie wspominało wówczas o wdrażaniu poważnych zmian. I prawdę mówiąc, częściej pracownicy tej wyszukiwarki używają określeń "drobne zmiany", "mało znaczące" i tym podobne i tak dalej. Ale nawet śledząc tylko https://algoroo.com/ można było zauważyć, że już od miesiąca "cuś" dzieje się w SERP-ach.

Urządzenia mobilne i znaczniki schema.org

Tym razem, podobno, aktualizacja algorytmu ma dotknąć/dotknęła strony, które w dalszym ciągu nie są odpowiednio przyjazne użytkownikom mobilnym, a także te, które nie wykorzystują znaczników schema.org. Czy też inaczej - te korzystające ze schema, mają powędrować wyżej w wynikach wyszukiwania.

Problem w tym, że "dostało się" również stronom, na których upychanie znaczników schema.org nie ma większego sensu, a i samo Google wychodziło zawsze z założenia, że "co za dużo to niezdrowo". Znaczniki te mają głównie zastosowanie w sklepach internetowych (oznakowanie produktów), czy serwisach takich jak filmweb (oznaczanie filmów i recenzji), ale trudno wyobrazić sobie wykorzystywanie ich na dużą skalę na prostych stronach informacyjnych czy serwisach-wizytówkach (oczywiście można oznakować godziny otwarcia firmy lub jej adres, choć dane te Google zwykle pobiera z wizytówek, a nie ze schcemy strony - chyba, że i tu nastąpi zmiana). A i takie skromniejsze witryny (i to już w listopadzie), dotknęły spadki (fakt, że nie katastrofalne, ale jednak widoczne).

Co tak naprawdę robi Google?

Z pewnością "psuje krew" SEOwcom, ale poza tym - trudno jednoznacznie określić. Google, o czym przekonaliśmy się już wielokrotnie, o naprawdę znaczących zmianach mówi otwarcie rzadko, pozostawiając osobom opiekującym się serwisami internetowymi zabawę w "zgaduj zgadulę" (a także rwanie sobie włosów z głowy i popadnie w nerwicę - niewątpliwie jest to jakiś sposób na wykończenie irytującej konkurencji i zdobycie większej liczby Klientów dla własnych linków sponsorowanych).

A zatem... świąt nie będzie?

Będą, ale po nich wielu webmasterów i osób zajmujących się SEO, przyjdzie zmierzyć się z kolejnym wertowaniem serwisów internetowych, wprowadzaniem modyfikacji tam, gdzie trzeba i tam, gdzie ma to sens. I oczywiście, dalszą zabawę w detektywów mających na celu odkrycie co jeszcze się zmieniło (a co Google przemilczało) i co można zrobić, by poprawić kondycję witryn Klientów.

piątek, 25 sierpnia 2017

Google znowu "miesza" w SERP?

Może nie tyle "miesza", o ile po raz trzeci w tym roku zmienia swoje zasady określające tzw. jakość stron. I dotyczy to witryn "międzynarodowych", a zatem - innych niż w języku angielskim (choć witryny "angielskie" również kolejny raz wzięto pod lupę).



Ta aktualizacja ma, po raz kolejny, pokazać, że Google walczy ze spamem oraz informacjami "nieprawdziwymi". Co jednak oznacza w praktyce?
  • dostosowanie wyświetlania reklam do faktycznej tematyki serwisu, w której się znajdują;
  • obniżenie "wartości" strony, która prezentuje tzw. treści spiskowe, prezentując je jako fakty;
  • strony zbudowane w oparciu o publikowanie na nich "nieprawdziwych informacji".


Co jeszcze zostało zmodyfikowane? Podając za seostation.pl:

  • zmienione zostały tzw. wytyczne dotyczące lokalizacji oraz kierowaniem wyników na wybrany obszar;
  • zwiększenie czujności "oceniających" jakość witryny, na sprawdzanie poprawności wyświetlania aktualnych wyników wyszukiwania na dane zapytanie;
  • usunięci reklam o charakterze związanym z erotyką (pojawiać się będą wyłącznie w serwisach, które taką tematyką faktycznie się zajmują);
  • oznaczenie "języka strony" odgrywać będzie większą rolę niż dotychczas (oznaczenie "właściwą flagą");
  • zwiększenie czujności "oceniających" pod kątem określenia jakości strony, powiązanej z jej lokalizacją, preferencjami i językiem ojczystym;
  • umożliwienie wyświetlanie w SERP anglojęzycznych witryn na zapytanie użytkownika, wpisującego w Google "poszczególne frazy" (dotyczy: konkretnej firmy, produktu, informacji naukowych).


Działania te mają wspomóc Google w zwalczaniu spamu w SERP (czemu niezmiennie kibicuję), ale po prawdzie, obawiam się, że "uczciwym stronom" (z odpowiednim contentem, ale niekoniecznie odpowiednim zapleczem odnośników), też się może "dostać". Pozostaje to, o czym pisałam już dawno - koncentrowanie się na treściach unikalnych, stricte powiązanych z tematyką serwisu i odpuszczenie w dużym stopniu linkowania (zwłaszcza tego "na ślepo"). Wkrótce mogą bowiem wypłynąć kolejne "wytyczne" Google, które strony nieanglojęzyczne potraktują gorzej nie tylko z uwagi na zawarte na nich treści, ale również z uwzględnieniem jakości samych linków (pamiętajmy zresztą o Pingwinie, który cały czas ma "oko" na nasze serwisy www).

czwartek, 27 lipca 2017

Https a miejsca w wynikach Google

Od chwili, gdy pojawiła się możliwość stosunkowo łatwego dodawania do adresu strony "https" (czyli szyfrowanej wersji protokołu HTTP) wśród SEOWców zaczęło krążyć pytanie - czy szyfrowanie adresu strony może wpłynąć na wyniki Google? Zwykle mówiło się "na pewno nie zaszkodzi". Ale aktualne pozostaje pytanie: czy pomaga ono witrynie zaistnieć w TOP10 wyników najpopularniejszej wyszukiwarki?

Według informacji podanych przez seoroundtable.com (z 25-ego lipca bieżącego roku), https "rośnie w siłę". Jak wynika z danych RankRanger's, na 99% zapytań wpisywanych do wyszukiwarkę, w upragnionych przez wszystkich "topach" znajduje się przynajmniej jedna strona wykorzystująca szyfrowany adres. 


źródło


Te informacje potwierdzają częściowo narzędzia popularnego Mozcasta, które również wskazują na wzrosty w SERP stron, posiadających w adresie https (choć w przeciwieństwie do  RankRanger's, mowa tu o zaledwie 56,5% zapytań, a nie o 99%).

Co prawda samo Google oficjalnie nie przyznaje się do stosowania technik, które w jakikolwiek sposób sprawiałyby, że strony z https miałyby być bardziej "uprzywilejowane" i tym samym zyskiwać wyższe pozycje. Wyniki zaprezentowane przez seoroundtable wskazują jednak, że coś jest na rzeczy.

Oczywiście może się okazać, że podane wyżej wyniki są kwestią przypadku i przewijające się w TOP10 strony z szyfrowanym protokołem, są po prostu lepiej zoptymalizowane - i stąd tak wysokie miejsca w SERP.. Możemy jednak doczekać się chwili, w której Google oficjalnie wspomni o tym, że strony z https traktuje jako bardziej wiarygodne - a jak wiemy, wiarygodne źródła informacji są zawsze przez Google "faworyzowane".

Co ciekawe, https jest na chwilę obecną wykorzystywane przez niewiele ponad 6% polskich domen. Czy informacje z seoroundtable zmienią ten wynik na wyższy? Czas pokaże. Na razie wiemy tylko jedno - https faktycznie "nie szkodzi", a kto wie - może i pomaga, choć Google jeszcze tego oficjalnie nie przyznaje.

piątek, 30 czerwca 2017

Czy linkowanie ma jeszcze sens?


Tytuł artykułu może wydawać się trochę podchwytliwy i pewnie wielu znawców SEO na jego widok postukało się palcem w czoło. Ale, Panie i Panowie, zastanówmy się na poważnie - co w tym momencie ma największe znaczenie dla Google? W moim odczuciu są to dwie rzeczy:
  • bardzo dobry content zamieszczony w serwisie
  • optymalizacja strony
Pisałam o tym nieco w poprzednim poście, ale podam bardziej rozbudowany przykład (sytuacja podobna do tej ze wspomnianego wpisu, bo rozwiązanie zastosowałam wręcz bliźniacze - wiedząc, że tamto się sprawdziło). Ale do rzeczy. Przyszedł do mnie Klient X i mówi, że chce pozycjonować swoją stronę. No okej, sprawdzę co w trawie piszczy. A tu strona zawalona "listami wyborów" setek produktów (ukrytymi przemyślnie, żeby przypadkiem użytkownik za łatwo nie znalazł tego, czego szuka), pozbawiona treści w stopniu dobijającym, optymalizacją nietknięta - choć podobno jakiś seo-spec już nad nią pracował. O braku altach w obrazkach nie będę się rozwodzić. 

Problem zatem widoczny już na pierwszy rzut oka, bo ani przeciętny użytkownik ani Google, za Chiny Ludowe, nie byli w stanie "dokopać się" do interesujących ich treści. A tu jeszcze Klient X podaje 100 haseł do promocji, z których dobre 80% na stronie nie występuje wcale, część zaś jest skrzętnie ukryta w owych listach wyboru produktów ("krzaczących się" wściekle i sypiących błędami). Po paru tygodniach wahań Klient zgodził się na postawienie strony informacyjnej, mającej pozyskiwać ruch dla "strony matki". I co się okazało? Że nowa strona, zoptymalizowana, zapełniona sensowną treścią, artykułami tematycznymi, łatwymi do odnalezienia produktami, "przebiła" istniejącą od lat "stronę matkę" i Klient uznał, że to ona powinna być głównym serwisem, reprezentującym firmę. Dlaczego? Z prostego powodu. Klienci owej firmy kompletnie nie byli zainteresowani przechodzeniem na dotychczas istniejącą stronę (poprzez linki odsyłające do serwisu macierzystego), a wszystkie wiadomości odnajdywali w witrynie mającej być wyłącznie zwykłą stroną informacyjną (sensownym zapleczem, jeśli ktoś chce tak sprawę nazwać).

A jak pozycjonowanie owych 100 haseł? Po kilku miesiącach 70% z nich pojawiło się w TOP10 w Google (a branża specyficzna, przemysłowa, bynajmniej nie oferująca maszyn rolniczych czy przenośników taśmowych, ale produkty i usługi, o których chyba pojęcia nie mieli sami twórcy różnych katalogów, bo podkategorii stworzonych z myślą o tej branży nie znalazłam nigdzie). Powiecie pewnie  "Phi! No to nisza, nic dziwnego, że udało się tak łatwo wbić w topy!" - nic bardziej mylnego. Konkurentów wspomniana firma ma wielu, a gdy zagłębiłam się w tematykę, ze zdziwieniem odkryłam, że oferowane przez Kliena X produkty i usługi, są towarem gorącym i pożądanym niczym świeże bułeczki. O miejsca wielu fraz wciąż walczę, bo wspomniana konkurencja nie śpi i też stara się osiągnąć Googlowskie wyżyny.

I tu wracamy do tematu artykułu, czyli linkowania - w dawnych latach najlepszego sposobu na osiągnięcie pierwszych miejsc w wyszukiwarkach. Otóż do strony pozyskałam raptem kilkanaście odnośników (solidnych, nie ma co szklić, żadne jakieś tam spamowe), a całą resztę pracy włożyłam w optymalizowanie serwisu i w stałe uzupełnianie go treścią. Doskonaliłam istniejące artykuły, dodawałam aktualności, "dopieszczałam" stronę pod każdym możliwym względem (czy to zdjęcia, czy wyraźnie wyodrębniona lista produktów w tabelkach, widocznych na pierwszy rzut oka). I robię to cały czas. Efekty? Rewelacyjne, bo strona pozbawiona "byków", przejrzysta, treściwa (zaspokajająca potrzeby informacyjne Odbiorców, a tym samym miła naszemu kochanemu Google), z miesiąca na miesiąc "wskakuje" na coraz wyższe pozycje (i choć zdarzają się wahania, co przy tylu hasłach nie jest żadnym dziwem, to strona wciąż trzyma się świetnie).

Niewątpliwie takie podejście do sprawy jest do bólu czasochłonne, bo w grę wchodzą też artykuły tematyczne, które staram się lokować w co lepszych serwisach z branżą skojarzonych, a i tworzenie samego contentu zajmuje więcej czasu niż upychanie adresu strony w katalogach czy preclowych linkach. Ale mam wrażenie, że ten własnie kierunek to już nie przyszłość, tylko teraźniejszość dawnego "pozycjonowania" (swoją drogą już dawno zaczęłam zachęcać również swoich pozostałych Klientów do tego, by wygospodarowali na stronach miejsca na blog lub artykuły, które sukcesywnie dodawane w witrynach, mogą wynieść je na zdecydowanie wyższe miejsca). I ci, którzy dali się przekonać, nie żałują swojej decyzji.

W powyższym tekście brak jest z pewnością konkretów (nie mam zgody Klienta na rozsiewanie wszem i wobec wieści o adresie strony, ani słowach kluczowych, na które jest promowana), ale mogę posłużyć się wykresem prezentującym stopniową poprawę widoczności strony w Google (ostatnie 6 miesięcy, strona promowana jest od roku):

wykres widoczności strony w Google
Czy zatem linkowanie straciło rację bytu? Oczywiście, że nie. Ale wyraźnie widać, że rozbudowanym contentem, uzupełnianym regularnie, można osiągnąć bardzo wiele, mając raptem "garstkę" odnośników prowadzących do strony. I optymalizacją, ale to chyba jasne dla każdego.

Oczywiście są sytuacje, w których nie ma możliwości tworzenia "tasiemców" w jakimś serwisie, ponieważ jego tematyka na to zbytnio nie pozwala i wówczas nadrabiać można już tylko optymalizacją, odnośnikami i działaniami na portalach społecznościowych (mniej na forach, jakoś marketing szeptany to dla mnie zawsze ostateczność, choć czasem bywa konieczny czy wręcz pożądany). Niemniej chyba nigdy wcześniej hasło "content jest królem" nie było równie aktualne, co w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. I nie sądzę, by w najbliższej przyszłości miało się to zmienić.

wtorek, 20 grudnia 2016

Google tańczy jak szalony...

Grafika pochodzi ze strony http://www.stevemasters.co.uk/seo-tips/
A przynajmniej taki wniosek nasuwa mi się podczas obserwowania domen, którymi się opiekuję.

Od kiedy Panda i Pingwin działają w czasie rzeczywistym minęło już sporo czasu i mogę wreszcie wyciągnąć wnioski z tych, rewolucyjnych (nie bójmy się tego określenia) aktualizacji. Co się zmieniło? Całkiem sporo.

Gdy obydwa algorytmy były "odpalane" ręcznie (zwykle raz na kilka miesięcy) można było mówić o większej stabilności. Teraz SEO to prawdziwe stąpanie po polu minowym, a każdy niewłaściwy ruch może skończyć się drastycznym spadkiem dla dowolnej frazy. Ale może być też odwrotnie, - odpowiedni zabieg może poskutkować poszybowaniem do góry hasła, które do tej pory było na naprawdę niskich pozycjach (50-60 miejsce w wynikach wyszukiwania).

Obserwując to zjawisko od dłuższego już czasu doszłam do dwóch wniosków:

1. Linki powoli tracą na znaczeniu. Nie oznacza to, że ich pozyskiwanie (z różnych źródeł i z różnymi anchorami) mija się z celem. Ale ich rola, przynajmniej w moje ocenie, straciła jeszcze bardziej na znaczeniu niż przed wdrożeniem najnowszych zmian w algorytmach).
2. Na wartości (i to znacznie!) zyskał content strony. Żeby nie być gołosłowną w skrócie opiszę eksperyment, jaki przeprowadziłam dla firmy, która promuje się w sieci na frazy naprawdę konkurencyjne (no nie, nie są to hasła w stylu "fotografia ślubna", ale również trudne).

Po 2-3 miesiącach walki o wyższe pozycje zaproponowałam Klientowi stworzenie nowej strony stricte informacyjnej (uprzejmie proszę nie mylić z byle jakim zapleczem). Witryna ta to głównie unikalna treść, opisy produktów, fotografie i linki odsyłające zainteresowanych zakupem konkretnego produktu do strony macierzystej. Efekt? Zdumiewający. Przy liczbie haseł idących w dziesiątki, strona (linkowana z sensem i umiarem) szybko zaczęła zdobywać wysokie pozycje nawet dla tych najtrudniejszych fraz. Czas "piaskownicy" upłynął, a witryna wciąż trzyma się dzielnie - aktualizowana o treści, rozmaite "bajery" przydatne dla użytkowników. Słowem - bazująca na wartościowych tekstach, skierowanych do odwiedzających.

Ewidentnie widać, że Google coraz intensywniej koncentruje się na tym, co witryna ma do zaoferowania użytkownikowi, zaś linki traktuje trochę po macoszemu (i raczej karze za nie, niż nagradza).

3. Koncentrowanie się wyłącznie na optymalizacji stron desktopowych już dawno mijało się z celem, a teraz (takie odnoszę wrażenie), strona nie posiadająca wersji responsywnej lub odrębnej wersji mobile, nie wzbije się wysoko i nie przyniesie właścicielowi upragnionego ruchu i szans na zysk.

Jako branża SEO zaczynamy chyba dochodzić do tego samego etapu, co branża architektów. Pozwolę sobie, oczywiście nie dosłownie, zacytować słowa jednego z profesorów wykładających architekturę. Wypowiedział on mniej więcej następujące słowa: "Normalny człowiek myśli zwykle o 2-3 rzeczach jednocześnie. Architekt zmuszony jest myśleć jednocześnie o kilkudziesięciu". I coś w tym jest. Pilnowanie Search Console, stały monitoring linków zewnętrznych i wewnętrznych, dbałość o content, o poprawne działanie serwisu na różnych urządzeniach, ciągła aktualizacja treści, dbałość o unikalny content i grafiki, pamiętanie o atrybutach "alt" dla obrazków, znacznikach, tagach META, szukanie domen do potraktowania trzysta jedynką, wychwytywanie 404 (zwłaszcza w dużych serwisach) - to zaledwie podstawa i  kropla w morzu spraw, na których skupiać się musi dzisiaj człowiek zajmujący się SEO.

Czy ten trend się utrzyma? Myślę, że tak, przynajmniej do czasu, aż Google nie wymyśli czegoś nowego - nowy algorytm, zmiany w już istniejących czy też może nowe wytyczne dla webmasterów. Wówczas będziemy mogli już faktycznie przybić piątkę architektom, względnie zapaść na nerwicę (choć ta wątpliwa przyjemność i tak dopadła już zapewne wielu z nas).

Co nam pozostaje? Myślenie o tym, co trzeba zrobić tu i teraz, by strona była dobrze widziana przez Google, ale też starać się przewidzieć kolejne ruchy wyszukiwarki (o proszę, zahaczamy już o kwestie nadprzyrodzone i wróżenie z fusów), ale przede wszystkim - wyciągać wnioski i wciąż zmieniać strategię działań w oparciu o dane, którym przecież przyglądamy się bez mała każdego dnia. No i uświadamiać Klientów, że "lepiej, to już było". Teraz może być tylko trudniej, choć i z tego "trudniej" wiele można uzyskać (przy odpowiednim podejściu i zrozumieniu ze strony Klienta).

Ale na pocieszenie można dodać, że wszystkie działania Google, które nas dotykają, mają wreszcie szansę na uderzenie w spamerów. I choć wciąż nie jest trudno natrafić na witryny w TOP-10 trącące spamem na kilometr, to jednak odnoszę wrażenie, że jest ich coraz mniej. A dla wszystkich, którym zależy na zachowaniu zasad fair play, to przecież dobra wiadomość.