czwartek, 18 października 2018

Jak odzyskać kontrolę nad wizytówką w Google Maps?

Zanim przejdę do meritum, pozwolę sobie na przydługi wstęp - kogo nie interesuje, może oczywiście pominąć pierwsze trzy akapity (zdaję sobie sprawę, że osoby zainteresowane sposobem odzyskiwania kontroli nad swoją wizytówką w Mapach/Google Moja Firma, niekoniecznie są jednocześnie zainteresowane moim gadaniem na tematy poboczne; nawet jeśli z tą procedurą związane, to opisujące moje osobiste doświadczenia w tej materii). Od razu informuję też, że z podobnym lekceważeniem można potraktować 4 ostatnie akapity, kończąc czytanie na instrukcji (krótkiej, ale myślę, że wystarczającej do podjęcia odpowiednich działań).
Ikona Google Maps

O tym, że Klienci potrafią doprowadzić jednostkę zajmującą się ich stroną internetową do stanu przedzawałowego, wie chyba każdy webmaster. A także SEOwiec, grafik, marketingowiec i tym podobne i tak dalej. Sama niedawno poczułam silny skok ciśnienia, gdy jeden z Klientów spytał mnie czy przypadkiem nie zmieniałam jego hasła do Google+, bo nie może się dostać na konto. Ciemno mi się zrobiło przed oczami, upewniłam się, że nikt z firmy na taki czarowny pomysł nie wpadł i przez 3 dni (z czego dwa wypadły akurat na weekend), usiłowałam dojść do sedna sprawy. Zanim jednak wytoczyłam cięższe działa w celu odzyskania kontroli nad kontem, ten sam Klient oznajmił mi beztrosko, że hasło zmienił we własnym zakresie, bo zapomniał dotychczasowego, a chciał coś na szybko sprawdzić przez telefon komórkowy - i cały ten proces zmiany hasła jakoś wyleciał mu z głowy. Fakt, że nie udusiłam wspomnianego Klienta gołymi rękami wynika chyba wyłącznie z tego, że szalenie go lubię.

Zdarza się jednak, że Klient traci kontrolę nad swoim kontem z uwagi na zaangażowanie w sprawę "osób trzecich". Tak też było w innym przypadku, o którym napomknęłam we wpisie o pułapkach czyhających na osoby, które z SEO i obsługą komputera są nieco "na bakier". Otóż Klientowi za 500 złotych założono konto w Google Maps i po roku zażądano kolejnych 500 złotych, grożąc jego likwidacją w przypadku nie otrzymania wspominanych środków (likwidacją konta rzecz jasna, nie Klienta). Klient nie zapłacił, dostęp do konta (który i tak miał ograniczony) utracił bezpowrotnie i cześć pieśni. Być może dałoby się to jeszcze jakoś przełknąć, gdyby nie fakt, że na wspomnianym koncie ruch w komentarzach panował spory. Dodatkowo duża część z nich pisana była ewidentnie przez nudzących się najwyraźniej konkurentów, bo nawet ja, osoba spoza tej branży, dostrzegała w opiniach idiotyzmy wielkiej klasy. No dobrze, głupie komentarze głupimi komentarzami, ale Klient nie miał nawet jak na nie odpisać. Co prawda mogłam uznać, że to nie moja sprawa i niech radzi sobie sam, ale po pierwsze - na promocję strony wspomniana Mapa jednak wpływała (choćby przez fakt owych negatywów wyssanych z palca), a po drugie - posiadam koszmarną cechę zatruwającą mi życie tak zawodowe, jak i prywatne. Otóż cecha ta sprawia, że jeśli coś jest nie w porządku, trzeba temu koniecznie przeciwdziałać - naprawić/odkręcić/pomóc/zrobić we własnym zakresie (niewłaściwe skreślić, zaś podobne określenia dopisać wykorzystując siłę wyobraźni). Nie inaczej było i w tym przypadku - Klient miał problem, należało temu przeciwdziałać. No i tu się zaczęła duża polka. 

Standardowe procedury odzyskiwania utraconego konta

Na spornych wizytówkach w Mapach Google, widnieje pytanie "Jesteś właścicielem tej firmy?". Klikając w owo pytanie zostajemy przekierowani do czegoś, co nieodparcie kojarzy mi się z zabawą w "100 pytań do" (dotyczą one poprawnej nazwy firmy, adresu, obszaru, na którym firma działa - i tu już się można potknąć, bo osoba, od której chcemy przejąć wizytówkę, mogła tam wpisać dowolną odległość, ot tak sobie, z radochy na uciechę). Na wszystkie pytania należy  rzecz jasna odpowiedzieć. Po wpisaniu "samej prawdy i tylko prawdy", teoretycznie powinniśmy przejść do kroku weryfikującego naszą własność (w postaci otrzymania kodu na telefon komórkowy zarejestrowany na firmę czy też połączenia telefonicznego - jak to zwykle bywa przy próbie odzyskania "zwykłego" hasła do konta Google, choć i tutaj ostatnio pojawiły się pewne zmiany - wśród pytań można natrafić na podanie miesiąca i roku, w którym konto zostało utworzone). Nie wiem czy to ja miałam pecha czy generalnie coś się przy tym kroku w Google "krzaczy", ale po udzieleniu wszystkich odpowiedzi, uzyskiwałam naprzemiennie jeden z dwóch komunikatów o treści następującej:
1. "Ktoś już zgłosił prawo własności do tej firmy" [no świetnie, ale co mnie to obchodzi? Zweryfikujcie moje zgłoszenie, na litość boską!]
2. "Wystąpił błąd. Spróbuj ponownie za chwilę" [chwila wydłużyła się do miesiąca, kiedy to niemal dzień w dzień próbowałam odzyskać dla Klienta utracone konto]

W końcu nie wytrzymałam tego nerwowo zwłaszcza, że - również dzień w dzień - zasypywana byłam sms-ami od Klienta o treści "Widziała pani? Znowu negatyw!" albo "Proszę sprawdzić, jest nowy komentarz od jakiegoś człowieka, któremu nie świadczyłem usługi" albo "Kolejna negatywna ocena! Niech pani sobie przeczyta, no takie głupoty wypisują!". Przy każdym takim sms-ie czułam coraz silniejsze ściskanie w dołku i w końcu przygotowałam dla Klienta instrukcję odnośnie odzyskiwania dostępu, przy wykorzystaniu

metody najskuteczniejszej

Mogę niemal dosłownie zacytować tego maila, jednocześnie podpowiadając wszystkim znajdującym się w podobnej sytuacji, jak odzyskać dostęp do wizytówki swojej firmy - szybko i bez stresu:

Należy wejść na stronę:
W kolejnych polach należy podać:

Imię i nazwisko: [podajemy imię i nazwisko - jeśli jesteśmy zalogowani w Google, pole to uzupełni się automatycznie]
adres e-mail: [jeśli jesteśmy zalogowani w Google, pole to uzupełni się automatycznie]
Zaznaczamy "Google moja firma na komórki" [ponieważ problem wizytówki, nad którą nie mamy kontroli, dotyczy zarówno zarządzania nią tak z komputerów, jak i z telefonu]
Adres strony [należy podać adres strony wyświetlający się na problematycznej wizytówce, nawet jeśli jest on już nieaktualny]
Czego dotyczy Twój problem?:
Proszę wpisać:
Ponad rok temu firma zewnętrzna, za opłatą kilkuset złotych, założyła konto w Google Maps dla mojej firmy. Od kilku miesięcy nie mam z tą firmą kontaktu, nie mogę zarządzać kontem Google Maps (np. odpowiadać na komentarze), a próba przejęcia kontroli za pomocą standardowych metod oferowanych przez Google kończy się wyświetleniem komunikatu "Wystąpił błąd, spróbuj ponownie później". W związku z powyższym proszę o jak najszybszy kontakt telefoniczny w celu rozwiązania mojego problemu. [oczywiście jeśli ktoś ma kłopot z dostępem do wizytówki z innego powodu, nie wkleja powyższego referatu tylko opisuje na czym polega jego konkretny problem - ten tekst jest kopią fragmentu wiadomości, którą wysłałam do Klienta i można go potraktować wyłącznie jako przykład]
Określ swoje powiązanie z tą firmą.
Proszę  wybrać pierwszą opcję: jestem właścicielem lub pracownikiem tej firmy

Czy chcesz, by specjalista Google skontaktował się z Tobą telefonicznie (obsługa w języku lokalnym jest dostępna)?
Proszę wybrać opcję kontaktu telefonicznego czyli "Zadzwoń do mnie" i w nowym polu podać swój numer telefonu komórkowego [jeśli ktoś woli kontakt e-mail, oczywiście zaznacza inne pole, ale zdecydowanie polecam wariant kontaktu przez telefon]

Po wypełnieniu formularza, proszę kliknąć "Prześlij".

-----

Po wysłaniu Klientowi powyższych wskazówek, wróciłam do swoich zajęć. Kolejnego dnia otrzymałam od niego sms-a "Następny negatyw!". Zadzwoniłam z pytaniem czy wysłał formularz do Google. Nie. Nie czytał nawet mojego maila. Po kilkunastu dniach otrzymywania informacji o negatywnych opiniach, znów grzecznie spytałam o formularz. Otóż nie, nie wysłał go, ma problem z jego wypełnieniem. Komunikat ten nieco mną wstrząsnął, bo wydawało mi się, że zastosowanie metody "kopiuj-wklej" (treści z mojego maila do odpowiednich pól w formularzu) nie stanowi wyczynu godnego zdobycia Mount Everest. I znowu - mogłam machnąć ręką, w końcu rozwiązanie podane zostało na tacy, ale głupia cecha charakteru odezwała się ponownie. Dość beznadziejnie przekazałam Klientowi, że sama się tym zajmę, wypełniłam formularz podając swoje dane i informując, że nie jestem właścicielką firmy, tylko osobą z agencji marketingowej ową firmę obsługującą.

I, jak rzadko ostatnimi czasy chwalę Google, tak teraz mogę pod adresem obsługi GMF wypowiadać się w samych superlatywach. W duchu bowiem nastawiałam się na konieczność wysyłania wspomnianego formularza przynajmniej raz na tydzień, więc naprawdę szybki kontakt ze strony obsługi Google Moja Firma wprawił mnie w osłupienie. Z uroczą panią, która do mnie zadzwoniła, wspólnie ogarnęłyśmy temat (a było co ogarniać, bo na firmę mojego Klienta stworzono łącznie z 10 wizytówek, z czego do części w ogóle nie był przypisany żaden właściciel - w tym jedna "przechrzczona" na dane Klienta, wcześniej należąca do firmy z zupełnie innej branży; o istnieniu części, nawiasem mówiąc, nie miałam pojęcia - ale wiadomo, że Google widzi wszystko i w tym konkretnym przypadku, chwała mu za to). Ustaliłyśmy, z jakiego konta Klient będzie korzystał (przezornie utworzyłam takie konto wcześniej) i w 24 godziny po odbyciu łącznie dwóch rozmów ze wspomnianą panią, nastąpiła migracja wszystkich wizytówek do jednej - tej, nad którą miałam kontrolę (przy czym "scalenie" wszystkich opinii i ich przeliczenie przez Google, było jeszcze w toku).

Mogłabym właściwie ten wpis już zakończyć, ale w ramach "bonusu" dorzucę reakcję Klienta na wieść, że może już zarządzać swoją wizytówką w Google Maps i odpowiadać na komentarze. Otóż po przekazaniu mu danych dostępowych, otrzymałam sms-a o treści mniej więcej takiej: "Na tej mapce jest cos dziwnego pokazuje ze jest kilka opinii a jak sie wejdzie w opinie to jest ich ponad kilkadziesiat sztuk?". Ręce mi opadły ;)

Osoby zainteresowane wspomnianą tu sytuacją od razu informuję, że na mojej stronie nie znajdą informacji o tymże Kliencie (Portfolio nie uzupełniałam chyba od pół roku, ponieważ w perspektywie mam zaktualizowanie swojej strony firmowej - "Szewc bez butów chodzi"; niemniej już jestem bliżej niż dalej zrobienia u siebie porządku). Ale wracając do tematu - sumienie mam czyste, zaś samo doświadczenie związane z odzyskiwaniem konta, być może przyda mi się w przyszłości (chociaż mam nadzieję, że takiej potrzeby już nie będzie). No i może którejś z osób czytających ten wpis.

wtorek, 16 października 2018

O aktualizacjach Google słów kilka

Barry Schwartz z serwisu Seroundtable zwrócił w ostatni weekend uwagę na dwie, istotne dla właścicieli stron internetowych (oraz SEOwców) kwestie:
  • częstotliwość wprowadzania przez Google aktualizacji w algorytmie
  • sposób informowania o wprowadzonych zmianach
Jak Google komunikuje się z nami, maluczkimi, wiemy - zwykle przez Twittera. W swoim wpisie Barry zauważył jednak pewne nieścisłości w związku z owymi komunikatami. Google twierdzi mianowicie, że "drobne zmiany w algorytmie wprowadzane są codziennie" i jednocześnie, że Google informuje głośno jedynie o "zauważalnych przez użytkowników zmianach". Rzecz w tym, że nie wszystkie "drobne zmiany" przechodzą niezauważenie, z kolei te większe, nie powodują większych zawirowań w SERP (a przynajmniej nie wszystkie z nich).

Na wszelkie pytania, jakie zadawał Barry, uzyskiwał zwykle tę samą odpowiedź od Google (czyli zasadniczo tych parę słów, o których wspomniałam powyżej + odnośnik do https://www.google.com/search/howsearchworks/mission/web-users/, gdzie uzyskać można więcej informacji o misji wyszukiwarki - brzmi dumnie).

Google "przyznało się" jednocześnie (w komunikacie na Twitterze rzecz jasna), że w 2018 roku wprowadziło trzy istotne aktualizacje:
  • w kwietniu
  • w sierpniu
  • pod koniec września
zmiana algorytmu Google 2018

Ogólny obraz sytuacji, zarysowanej przez Schwartza, wskazuje niestety na to, że wszyscy działający w SEO mogą zapomnieć o klarownych komunikatach Google. I że nawet stosowanie zasady "jak nie da się drzwiami, spróbuj oknem" nie przynosi efektów w postaci wyciągnięcia od Googlarzy czegoś więcej niż "Jak jest duża zmiana to informujemy, a więcej pod adresem....".

Wyobrażenia większości osób zajmujących się optymalizacją stron i ich promocją w sieci, zebranych przez SeoStation we wpisie Gdyby Google zechciało mnie wysłuchać pozostają więc strefie marzeń sennych. O klarowności, transparentności, sensownej komunikacji na linii Google - branża SEO, możemy więc nadal wyłącznie śnić po nocach. A o tym, że nastąpiła znacząca zmiana w algorytmie wyszukiwarki, zapewne (tak jak dotąd) najpierw sami się zorientujemy, a potem uzyskamy (lub nie) potwierdzenie od Google.

Zainteresowanych artykułem, który 12.10.2018 roku napisał Barry, odsyłam do źródła: https://www.seroundtable.com/google-updates-us-on-updates-26507.html

poniedziałek, 1 października 2018

Pozycjonowanie - jak uniknąć pułapek SEO (i nie tylko)?

złodziej
Na przestrzeni ostatnich tygodni zaczęły do mnie docierać sygnały od Klientów które sprawiły, że włosy stanęły mi dęba na głowie. O części praktyk "nabijania w butelkę" wiadomo SEOwcom od lat, ale niektóre "genialne" pomysły na to, jak zarobić sobie na człowieku, który za bardzo nie orientuje się w tematach powiązanych z pozycjonowaniem stron (i ogólnie w sprawach "okołoseowych") warte są opisania. Tak ku przestrodze.

Żeby wpis ten był w miarę przejrzysty, poruszę w nim po kolei trzy tematy - skupiając się na metodach pozyskiwania Klientów przez różne firmy, na których usługi wciąż wiele osób daje się namówić. Niestety.

Pozycjonowanie

Tutaj mamy niezmiennie ten sam chwyt "Tanio i z gwarancją!". Gdy słyszę takie hasło, zęby mimowolnie zaczynają mi zgrzytać.

Tanio się nie da, takie nastały czasy. To znaczy wróć. Da się, jeśli hasło jest naprawdę niszowe lub do promocji są ze dwie frazy (też mało konkurencyjne). No i jeśli Klient uprze się przy niskich kosztach, a SEOwiec na takie koszty przystanie (przy czym efekty promocji strony w Google będą wówczas co najwyżej przeciętne, ale cóż - z pustego i Salomon nie naleje; podobnie będzie w sytuacji, w której budżet wydaje się spory, ale do promocji jest 200 fraz czy więcej, a i tak bywa). Natomiast jeżeli Klient chce, żeby praca była wykonana dobrze, musi zdawać sobie sprawę z tego, że będzie go to kosztować (ile? Zależy od liczby fraz i ich konkurencyjności oraz od paru innych czynników). Obecnie każdy człowiek działający w SEO i marketingu sieciowym, ma co prawda do dyspozycji sporo opcji, dzięki którym widoczność strony w wynikach wyszukiwania będzie znaczna. ALE - coś za coś. Zwykle korzystanie z tego bogactwa opcji wiąże się z bogactwem... poniesionych kosztów. 

Tymczasem wciąż działają firmy, które złotymi usty przedstawiają potencjalnemu Klientowi ofertę rodem z baśni tysiąca i jednej nocy i podam najnowszy przykład. Rzecz dotyczyła domeny z wieloletnią historią, jednak traktowaną przez właścicieli nieco "po macoszemu", ponieważ swój biznes oparli o nowy adres www. Wiadomo, że nikt nie będzie inwestował w serwis, który bardziej przypomina zaplecze i chociaż owszem - jest promowany i wyniki ma (zgoda, od ideału dalekie), to  jest równocześnie po prostu przestarzały (CMS generujący nieprzyjazne wyszukiwarkom adresy podstron, design strony wieloletni i - jak na dziś obowiązujące standardy - raczej zniechęcający do skorzystania z usług firmy, i tym podobne i tak dalej). I nagle pojawia się rozwiązanie CUD. Wypromowanie strony na  googlowskie wyżyny w trzy miesiące i z gwarancją! O tym, żeby przy okazji owa firma pochyliła się nad koniecznością wdrożenia zmian na stronie, jakoś nie usłyszałam.

Czy jest to w ogóle realne? A pewnie, że jest. Wystarczy wykorzystać techniki sprzeczne z wytycznymi Google (choćby tzw. blasty) i z dużym prawdopodobieństwem można będzie oczekiwać, że przez te 3 miesiące strona faktycznie będzie wysoko w SERP. Nikt tylko nie wspomina Klientom, że po owych trzech cudownych miesiącach, mlekiem i miodem płynących, może nastąpić gwałtowny spadek (choć nie musi, na co zwróciłam uwagę we wpisie Jak Google (nie)przestrzega własnych wytycznych). Wciąż jednak wierzę, że prędzej czy później Google się opamięta i karę serwisowi, który we wspomnianym wpisie analizowałam, zechce przywalić, przyczyniając się tym samym do usunięcia z własnego indeksu tego typu kwiatków.

Wracając jednak do tematu. Gwarancji na uzyskanie TOP10 dać się po prostu nie da. Konkurencja przecież nie śpi i też się promuje, a Google co i rusz wprowadza zmiany, które potrafią wywrócić do góry nogami wszystko i doprowadzić do tego, że stosowane techniki promocji trzeba na szybko zmieniać, bo zwyczajnie przestają być efektywne. Do tego dochodzi ryzyko wpadnięcia w filtr albo wręcz nałożenia na domenę bana (i szczerze mam nadzieję, że Google zacznie coraz chętniej owe bany rozdawać, oczyszczając SERP). 

Czy zatem warto ryzykować? Oczywiście każdy odpowie za siebie, na nowych adresach www, pozbawionych historii, można eksperymentować, ale z drugiej strony jeśli chce się przyzwyczaić do siebie Internautów, to przecież co 3 miesiące (czy co pół roku czy rok) nie będzie zmieniać się adresu www własnej firmy.

Moja propozycja jest taka: Kliencie, jeśli usłyszysz, że ktoś chce Twoją stronę wypromować tanio i gotów jest udzielić Ci gwarancji na 3 miesiące, zapytaj o gwarancję utrzymania wyników przez trzy lata i poproś o zapis w umowie, że w przypadku nie zrealizowania obietnic bądź nałożenia na Twój serwis kary przez wyszukiwarkę, otrzymasz sowite odszkodowanie.

Ja akurat robię odwrotnie - zawsze informuję o tym, że nie jestem w stanie udzielić gwarancji na wyniki. Czy zniechęcam tym potencjalnych Klientów? Możliwe, ale przynajmniej stawiam sprawę uczciwie.


Mapy Google

Wydawałoby się, że przekrętów na Mapach Google zrobić się właściwie nie da (pomijam nabijanie sobie komentarzy i "tłuczenie" konkurencji negatywnymi opiniami - o tym przy innej okazji). A przynajmniej moja wyobraźnia okazała się w tym temacie mocno ograniczona. Okazuje się bowiem, że istnieją firmy oferujące założenie wizytówki w Mapach za "jedyne 500 złotych rocznie". Gdy taka wiadomość do mnie trafiła, nie mogłam uwierzyć własnym uszom.

Utworzenie wizytówki firmowej w Google Maps trwa może z 5 minut (no, jeśli ma być "odpicowana", to powiedzmy, że góra godzinę - bo i opisy i zdjęcia i cuda wianki). Jest to jednak usługa, którą Google oferuje bezpłatnie i tworzenie wizytówek, za które pobiera się roczny abonament to po prostu zwyczajne oszustwo i żerowanie na braku wiedzy wielu osób. Dodatkowo taki "złowiony" Klient jest informowany, że jeśli nie zapłaci za rok kolejnych kilkuset złotych, to wizytówka zniknie (o co wcale łatwo nie jest, tak na marginesie, bo usunięcie wizytówki firmowej w sytuacji, w której firma wciąż prowadzi działalność, napotyka rozmaite przeszkody i o tym też jeszcze kiedyś napiszę). W każdym razie nie zorientowany w temacie człowiek, przerażony wizją utraty swojej Mapki, na której widnieje np. kilkadziesiąt pozytywnych opinii, oszustowi zapłaci (nie mając wciąż pojęcia, że nabija portfel naciągacza). Żeby było "śmieszniej", ów Klient dostępu do własnej Mapy nie ma lub ma ograniczony, a całością zarządza sobie oszust (bo przy zakładaniu wizytówki w GM podał do zarządzania nią własne dane kontaktowe: e-mail i numer telefonu).

Drodzy Klienci: jeśli ktoś usiłuje sprzedać Wam taką usługę, jest po prostu kanciarzem. Nie da się tego inaczej ująć. Owszem, firma zewnętrzna może sobie policzyć za stworzenie wizytówki w Waszym imieniu, ale po pierwsze - raczej nie za takie pieniądze, a po drugie - bez pobierania "abonamentu" (no chyba, że będzie ją "prowadzić", odpowiadając np. w Waszym imieniu na komentarze Użytkowników). Decydując się na tego typu usługę zawsze należy dopilnować, by Mapa stworzona była na Was - Wasze dane, Wasz numer telefonu służący do weryfikacji usługi i jej zarządzania, Wasz adres e-mail, do którego macie stały dostęp. O podpisanie stosownej umowy przy założeniu, że współpraca z firmą zewnętrzną będzie długofalowa, również należy zadbać i sprawy dopilnować.


AdWords

Linki sponsorowane kosztują (zwykle sporo, jeśli hasła są "chodliwe"), mimo to wielu właścicieli serwisów internetowych korzysta z tej opcji reklamy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że znów - objawia się firma CUD, która informuje Klienta, że kilkadziesiąt (konkurencyjnych!) haseł, wypromuje mu za 30 czy 50 złotych.

Jest to absurd. Owszem, można przez jakiś czas tanio promować swoją firmę w AdWords, jeśli ma się tzw. kupon, który Google przekazuje wszystkim "początkującym" (jeśli na reklamy w tym systemie wydali 100 złotych lub więcej). Przy założeniu, że takich kuponów uzbierało się kilkadziesiąt czy kilkaset, można "za darmo" promować dowolny serwis i opłaty od Klienta chować do własnej kieszeni. Chociaż moment - można BYŁO. Przepowiedziałam rzecz jakoś na początku roku, tłumacząc jednemu z Klientów, który właśnie na kuponach chciał oprzeć całą promocję swojej strony w AdWords, że ten Dzień Dziecka lada moment dobiegnie końca. I faktycznie tak się stało - teraz dla promocji konkretnego serwisu można z kuponu skorzystać RAZ. I cześć pieśni. Ale nie brak osób/firm, które nadal oferują wyżej wspomniane usługi, tyle tylko, że nie określając czasu trwania tej sielanki. Bo owszem, może i za pierwszy miesiąc kampanii reklamowej w AdWords Klient zapłaci 50 złotych i będzie na szczycie linków sponsorowanych dla wielu konkurencyjnych fraz, ale za kolejne przyjdzie mu zapłacić znacznie więcej (i tu kłania się dokładne czytanie umów, zawieranych z firmami oferującymi: tanio, szybko, z gwarancją, bezpłatnymi wizytami u stomatologa oraz wizażysty). 


Na firmy, które żerują na braku wiedzy Klientów, trafić jest łatwo (choć najczęściej, oczywiście nie zawsze, działa to odwrotnie - to te firmy do Klientów się zwracają, szukając osób mało zorientowanych w temacie promocji stron w Internecie). A efekty są tragiczne - i dla naciągniętych przez oszustów osób, jak i dla uczciwych firm działających w branży. Bo jeśli raz się człowiek sparzył i mocno oberwał po kieszeni, ciężko mu będzie zaufać kolejnej agencji reklamowej czy też firmie działającej stricte w branży SEO.

Dlatego jeśli ktoś przedstawia Wam, drodzy Państwo, oferty takie, jak opisane powyżej - grzecznie podziękujcie. Oszczędzi Wam to stresów, ryzyka nabawienia się nerwicy czy wrzodów żołądka, a już na pewno - uszczuplonego portfela.

czwartek, 13 września 2018

Jak Google (nie)przestrzega własnych wytycznych

czarny kapelusz
Czas na zmianę "kapelusza"?
Długo zastanawiałam się nad tym, jak ten temat ugryźć. Walka ze spamem (którym dla mnie są  np. bezmyślnie tworzone zaplecza i farmy linków, ale i same strony, których byt w SERP-ach uzależniony jest od powyższych) od dawna budzi we mnie emocje. I początkowo mocno kibicowałam Google, które - wraz z kolejnymi wdrażanymi zmianami (tu Pingwin, tam Panda) - miało oczyścić SERP-y z tego typu śmieci. I nawet przeczące sobie wzajemnie wytyczne tej wyszukiwarki (raz coś było "naturalne" i pożądane, po dwóch latach za to "naturalne" można było dostać filtr) to, choć wywoływały u mnie oczywiste zgrzytanie zębami, jednak przetrzymywałam. Bo w końcu chodziło o zrobienie porządku, prawda? Więc okej, niech będzie. Wprowadzało się kolejne modyfikacje na stronach Klientów, zawsze w myśl googlowskich reguł (no i trochę obok tychże; nigdy nie twierdziłam, że jestem SEO-wcem czystszym niż koszulka wyprana w tym cudzie co to już "bielsze nie będzie"). Ale jednak z umiarem, ostrożnie, jakąś konkretną wizją. Działałam tak sobie, wciąż wpatrzona w Google ze spamem walczące, i święcie wierząc, że faktycznie te notoryczne zmiany algorytmów i zasad służą wyższym celom.

Aż w końcu trafił mnie szlag.

Jest sobie firma, której nazwę przemilczę, bo właściciel nie należy do osób łatwych w obyciu, a jakoś nie mam ochoty być ciągana po sądach. Owa firma działa w branży usługowej (w detale nie będę się wdawać z uwagi na to, co napisałam wcześniej; jedni nie lubią węży, inni sądowego pieniactwa - są gusta i guściki). Początkowo nie zwracałam na tę firmę większej uwagi, zajęta pracą przy innej stronie z tej samej branży, ale w końcu coś mnie tknęło. TOP 1 na kilkudziesięciu (może i kilkuset, nie wiem, nie sprawdzałam aż tak zawzięcie) frazach, bynajmniej nie mało konkurencyjnych. Wręcz przeciwnie: w tym przypadku konkurencja rozpycha się łokciami, łapie wzajemnie za kołnierze i kopie po kostkach tak, że aż echo niesie. Zaintrygowana zjawiskiem przyjrzałam się bliżej stronie owej firmy i wówczas mną szarpnęło.

Na stronie radośnie i całkowicie bezkarnie, uprawiany jest keyword stuffing, dodatkowo kopiowane są fragmenty jednego tekstu i wklejane co parę akapitów. Gdybym miała zaprezentować schemat dotyczący sposobu umieszczania treści w tym serwisie, to wyglądałby on mniej więcej tak: (to w nawiasach i kursywą to moje dodatkowe "parę groszy"):

-
Zajmujemy się: pierwsze słowo kluczowe, drugie, trzecie, czwarte (...) piętnaste.

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Gwarantujemy: pierwsze słowo kluczowe, drugie (schemat już chyba dla wszystkich oczywisty)

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Działamy w: nazwa miejscowości pierwsza, druga (...) czterdziesta (nie no, wy tak serio?!).

Zapewniamy: pierwsze słowo kluczowe. drugie (i tak w koło Macieju)

Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Suspendisse non blandit turpis, sed porta mauris. Ut massa sem, luctus quis convallis non, egestas non leo. Proin vehicula neque at enim dapibus laoreet. Maecenas eget mauris pulvinar, molestie ligula eu, vehicula neque. 

Jeśli mieszkasz w: nazwa miejscowości pierwsza, druga (Chryste, ile można?) skorzystaj z naszych usług.

-

Na podstronach sytuacja wygląda identycznie. Rzecz jasna stosowane są i pogrubienie czcionki i kursywa i linki wewnętrzne i zdjęcia i tak dalej i tak dalej, co nie zmienia faktu, że całość bazuje głównie na powtórzeniach i na chama wepchniętych słowach kluczowych. Wszystko to w owym schemacie "pozycjonowane frazy, kopiuj-wklej, pozycjonowane frazy".

Szczęka mi się mocno zacisnęła, a jednocześnie ogarnęło mnie osłupienie, że taka radosna twórczość, łamiąca parę zasad Google z rzędu, nie oberwała jeszcze soczystego kopa od Pandy.

No ale dobrze, ciekawe jak też ta cud-strona jest linkowana. Sprawdziłam. Na przykład tak:
Spoko. Rzeczywiście, niezwykle naturalne są linki kierujące do polskiej strony, pochodzące z serwisów chińskich. 

Od razu mi się przypomniało, jak jedna z moich stron otrzymała ostrzeżenie odnośnie nienaturalnych linków i jako przykład podany był, nieistniejący już zresztą, katalog Zgreda (jednego z najbardziej "kumatych" ludzi w branży SEO, którego szalenie lubię, zaś ogrom jego wiedzy, niezmiennie podziwiam). Zatem przepraszam, co jest dla Google bardziej naturalnym linkiem prowadzącym do polskiego serwisu - odnośnik z chińskiej strony składającej się z 3 podstron na krzyż czy polski moderowany katalog stron internetowych, stworzony przez człowieka, który o SEO ma kolosalne pojęcie? Widać to pierwsze.

I żeby jeszcze to był jakiś skromny wyjątek. A w życiu! Majestic w podsumowaniu "Wykryte języki przychodzące" (odnoszące się właśnie do tego, skąd linkowana jest strona) podaje jak byk, że:


No rzeczywiście, bardzo to "naturalne"... I co na to Pingwin, czuwający nad poprawnością profilu linków? Nie będę mówić co, choć na usta ciśnie mi się tylko jedno słowo.

Najgorsze w tym wszystkim jest właśnie kompletny brak reakcji Google. Strona działająca niemal wbrew tej wyszukiwarce, zasiada w TOP-ach, zostawiając konkurencję promującą się zgodnie z tym, co "Wujek Google nakazał", daleko w tyle.

Wypadałoby chyba na koniec podać jakieś wnioski wyciągnięte z powyższego, może pokusić się o eleganckie przemyślenia i stworzenie podsumowania całości.... Choć jedyne, na co mam ochotę po naklepaniu tego wpisu, to rzucenie w kąt "białego kapelusza" i zainwestowanie w blasty. Bo, jak widać na powyższym przykładzie, przechodzą one bez echa.

piątek, 10 sierpnia 2018

Najnowsze istotne zmiany w Google

Od ostatniego "trzęsienia ziemi" w Google upłynęło nieco czasu, jednak ostatnie zmiany wprowadzone przez tę wyszukiwarkę, mocno dały się we znaki zarówno samym stronom internetowym, jak i branży SEO. Chodzi głównie o dwie modyfikacje, które przyczyniły się do tego, że część pozycjonerów mocno zazgrzytała zębami.



1. Utrata możliwości zgłaszania nowych adresów url

Opcja, która bardzo ułatwiała życie osobom zajmującym się promocją stron w Google, dostępna niegdyś pod adresem https://www.google.com/webmasters/tools/submit-url. Dzięki niej można było przyspieszyć indeksowanie nowych linków, pozyskanych w trakcie działań związanych z promowaniem serwisów. Jeśli zdobyliśmy wartościowy odnośnik zewnętrzny prowadzący do  naszej strony, wystarczyło zasygnalizować to Google za pomocą wspomnianego narzędzia. Dzięki temu wyszukiwarka otrzymywała istotną informację o nowym linku, który mógł wpłynąć na pozycję witryny. Teraz takiej możliwości już nie ma. Co to oznacza? Przede wszystkim:
  • możemy informować Google (z wykorzystaniem Search Console) wyłącznie o nowych podstronach utworzonych w obrębie zarządzanego przez nas serwisu;
  • indeksowanie nowych linków zewnętrznych zajmie więcej czasu (o ile sam właściciel strony, na której pojawił się "odsyłacz" do naszej witryny, nie zasygnalizuje tego faktu wyszukiwarce za pomocą opcji wspomnianej powyżej);
  • w skrócie - zdobywanie wartościowych odnośników wciąż odgrywa bardzo istotną rolę w zakresie pozycjonowania, jednak oczekiwanie na efekty związane z ich zdobyciem, może się znacznie wydłużyć.

2. Modyfikacja głównego algorytmu Google

Pod koniec lipca otrzymaliśmy oficjalną informację od Google (przekazaną zainteresowanym za pośrednictwem Twittera) o zmianach w głównym algorytmie tej wyszukiwarki. Zmiana miała na celu to, co zwykle - uporządkowanie wyników wyszukiwania i "nagrodzenie" stron spełniających wymogi Google poprzez poprawę ich pozycji w SERP. Spoglądając jednak na pozycje poszczególnych haseł (dla różnych stron internetowych) można łatwo dojść do wniosku, że zmiany w algorytmie wciąż trwają. Od dawna nieobserwowany przeze mnie "taniec Google" jest teraz widoczny gołym okiem. Niektóre frazy potrafią w ciągu doby zmienić widoczność w wynikach wyszukiwania nawet o kilkadziesiąt pozycji w dół, a w kolejnym dniu - odzyskać utracone miejsce lub wręcz pojawić się wyżej w SERP. Kiedy nastąpi stabilizacja? Tylko Google raczy wiedzieć.

Jak już wspomniałam i jak głosi wieść oficjalna, zyskać mają wartościowe strony, a modyfikacja to kolejne uderzenie w witryny promowane niezgodnie z wytycznymi wyszukiwarki. Niestety na przestrzeni ostatnich miesięcy moja wiara w skuteczność walki Google z ewidentnym spamem, mocno ucierpiała. Ale o tym w kolejnym wpisie - ze "smaczkami" i szczegółami dotyczącymi raczej nieudolnej walki ze spamerami, jaką ponoć toczy nasze ukochane Google.


piątek, 22 grudnia 2017

Google: świąt nie będzie

Google świąt nie będzie
Kolejny już raz Google tuż przed świętami postanowiło popsuć nastrój SEOwcom. Wczoraj jeden z pracowników Google poinformował, że od połowy grudnia wprowadzane są zmiany w algorytmie wyszukiwania, które wpłynęły już na pozycje stron w Stanach (szczegóły na SearchEngineLand). Jedno pytanie pozostaje jednak otwarte: czy Google jest z nami całkowicie szczere?

Zmiany w SERP dało się już zauważyć w połowie listopada, choć Google nie wspominało wówczas o wdrażaniu poważnych zmian. I prawdę mówiąc, częściej pracownicy tej wyszukiwarki używają określeń "drobne zmiany", "mało znaczące" i tym podobne i tak dalej. Ale nawet śledząc tylko https://algoroo.com/ można było zauważyć, że już od miesiąca "cuś" dzieje się w SERP-ach.

Urządzenia mobilne i znaczniki schema.org

Tym razem, podobno, aktualizacja algorytmu ma dotknąć/dotknęła strony, które w dalszym ciągu nie są odpowiednio przyjazne użytkownikom mobilnym, a także te, które nie wykorzystują znaczników schema.org. Czy też inaczej - te korzystające ze schema, mają powędrować wyżej w wynikach wyszukiwania.

Problem w tym, że "dostało się" również stronom, na których upychanie znaczników schema.org nie ma większego sensu, a i samo Google wychodziło zawsze z założenia, że "co za dużo to niezdrowo". Znaczniki te mają głównie zastosowanie w sklepach internetowych (oznakowanie produktów), czy serwisach takich jak filmweb (oznaczanie filmów i recenzji), ale trudno wyobrazić sobie wykorzystywanie ich na dużą skalę na prostych stronach informacyjnych czy serwisach-wizytówkach (oczywiście można oznakować godziny otwarcia firmy lub jej adres, choć dane te Google zwykle pobiera z wizytówek, a nie ze schcemy strony - chyba, że i tu nastąpi zmiana). A i takie skromniejsze witryny (i to już w listopadzie), dotknęły spadki (fakt, że nie katastrofalne, ale jednak widoczne).

Co tak naprawdę robi Google?

Z pewnością "psuje krew" SEOwcom, ale poza tym - trudno jednoznacznie określić. Google, o czym przekonaliśmy się już wielokrotnie, o naprawdę znaczących zmianach mówi otwarcie rzadko, pozostawiając osobom opiekującym się serwisami internetowymi zabawę w "zgaduj zgadulę" (a także rwanie sobie włosów z głowy i popadnie w nerwicę - niewątpliwie jest to jakiś sposób na wykończenie irytującej konkurencji i zdobycie większej liczby Klientów dla własnych linków sponsorowanych).

A zatem... świąt nie będzie?

Będą, ale po nich wielu webmasterów i osób zajmujących się SEO, przyjdzie zmierzyć się z kolejnym wertowaniem serwisów internetowych, wprowadzaniem modyfikacji tam, gdzie trzeba i tam, gdzie ma to sens. I oczywiście, dalszą zabawę w detektywów mających na celu odkrycie co jeszcze się zmieniło (a co Google przemilczało) i co można zrobić, by poprawić kondycję witryn Klientów.

piątek, 25 sierpnia 2017

Google znowu "miesza" w SERP?

Może nie tyle "miesza", o ile po raz trzeci w tym roku zmienia swoje zasady określające tzw. jakość stron. I dotyczy to witryn "międzynarodowych", a zatem - innych niż w języku angielskim (choć witryny "angielskie" również kolejny raz wzięto pod lupę).



Ta aktualizacja ma, po raz kolejny, pokazać, że Google walczy ze spamem oraz informacjami "nieprawdziwymi". Co jednak oznacza w praktyce?
  • dostosowanie wyświetlania reklam do faktycznej tematyki serwisu, w której się znajdują;
  • obniżenie "wartości" strony, która prezentuje tzw. treści spiskowe, prezentując je jako fakty;
  • strony zbudowane w oparciu o publikowanie na nich "nieprawdziwych informacji".


Co jeszcze zostało zmodyfikowane? Podając za seostation.pl:

  • zmienione zostały tzw. wytyczne dotyczące lokalizacji oraz kierowaniem wyników na wybrany obszar;
  • zwiększenie czujności "oceniających" jakość witryny, na sprawdzanie poprawności wyświetlania aktualnych wyników wyszukiwania na dane zapytanie;
  • usunięci reklam o charakterze związanym z erotyką (pojawiać się będą wyłącznie w serwisach, które taką tematyką faktycznie się zajmują);
  • oznaczenie "języka strony" odgrywać będzie większą rolę niż dotychczas (oznaczenie "właściwą flagą");
  • zwiększenie czujności "oceniających" pod kątem określenia jakości strony, powiązanej z jej lokalizacją, preferencjami i językiem ojczystym;
  • umożliwienie wyświetlanie w SERP anglojęzycznych witryn na zapytanie użytkownika, wpisującego w Google "poszczególne frazy" (dotyczy: konkretnej firmy, produktu, informacji naukowych).


Działania te mają wspomóc Google w zwalczaniu spamu w SERP (czemu niezmiennie kibicuję), ale po prawdzie, obawiam się, że "uczciwym stronom" (z odpowiednim contentem, ale niekoniecznie odpowiednim zapleczem odnośników), też się może "dostać". Pozostaje to, o czym pisałam już dawno - koncentrowanie się na treściach unikalnych, stricte powiązanych z tematyką serwisu i odpuszczenie w dużym stopniu linkowania (zwłaszcza tego "na ślepo"). Wkrótce mogą bowiem wypłynąć kolejne "wytyczne" Google, które strony nieanglojęzyczne potraktują gorzej nie tylko z uwagi na zawarte na nich treści, ale również z uwzględnieniem jakości samych linków (pamiętajmy zresztą o Pingwinie, który cały czas ma "oko" na nasze serwisy www).