czwartek, 8 listopada 2018

Odpowiedzi na (trudne?) pytania Klientów cz.2

Minęło blisko 2,5 roku, od kiedy pochyliłam się (ambitne określenie) nad tą problematyką. W Google jednak 2,5 roku to szmat czasu, na przestrzeni którego zmieniło się tak wiele, że pewnej zmianie uległy też pytania Klientów, którymi zasypywane są bądź agencje SEO, bądź personalnie - SEOwcy jako tacy. A już z pewnością zmieniły się (pod względem liczby argumentów), udzielane na owe pytania odpowiedzi. Postanowiłam zatem napisać coś na kształt aktualizacji do wpisu Odpowiedzi na (trudne?) pytania Klientów.

Do rzeczy jednak. Aktualnie najczęściej pojawiające się pytania,to istne TOP 5 (dotyczą one nie tylko pozycjonowania, ale reklamy w sieci jako takiej). No to jedziemy.


Na szczycie podium pozostają niezmiennie dwa, z czego pierwsze brzmi następująco:


wściekły biznesmen
1. "Pani, dlaczego tak drogo?"

W zasadzie większość uzasadnień podałam już dwa lata temu, przy czym podkreślę, że nadal nie stosuję stawek "zaporowych" - w końcu rozmawia się z ludźmi z branży i wymienia doświadczeniami, a liczne sondaże przeprowadzane przez osoby zajmujące się SEO dobitnie pokazują, że pozycjonowanie strony to w dzisiejszych czasach duży wydatek. O czym świadczą choćby wyniki ankiety SeoStation - poniżej mały wycinek odnośnie pobieranych stawek za promowanie stron (a całość dostępna pod adresem https://www.seostation.pl/wiedza/wyniki-ankiety-praca-seowca)

koszt pozycjonowania


Wracam do odpowiedzi na pytanie, bo można do tego mojego referatu z roku 2016 (zawierającego, podam w skrócie: płatność za wpisy w katalogach typu WP, Onet, Interia, gazeta.pl, artykuły sponsorowane, przechwytywanie domen z historią, modyfikacje w obrębie strony) dodać parę "drobnostek":
  • koszty, o których pisałam dwa lata temu, poszły w górę (nie wszędzie, ale w sporej większości)
  • zwiększyła się częstotliwość aktualizacji Google (w tym głównego algorytmu), a tym samym konieczność częstszego dostosowywania się do tego, co aktualnie działa - a o tym, że zmiany  w algorytmie weszły w życie, zwykle to branża SEO orientuje się pierwsza (Google potwierdza rzecz najczęściej po fakcie. Albo wcale);
  • nacisk na walkę ze spamem w Google (na moje oko), stracił na sile i normą jest "przewijanie się" w TOP-ach istnych "kwiatków" bazujących na odnośnikach zewnętrznych, pozyskiwanych zupełnie bez sensu (np. hurtowo ze stron chińskich, o czym też pisałam). Batalia toczona z takimi serwisami jest trudniejsza - i, co za tym idzie, kosztowniejsza (ale daje ten komfort psychiczny, że gdy Google wróci do rozdawania kar na prawo i lewo, strona Klienta będzie poza "strefą rażenia");
  • od czasu do czasu wypada niemal całkowicie zmienić serwis (i już nie mówię o podstawach w postaci dodawania nowych podstron, unikalnych zdjęć - jeśli to możliwe), ale o zmianie kompleksowej. A taka wynika z faktu, że "silnik", na jakim postawiona była strona ładnych kilka lat temu, nie radzi sobie w obecnych warunkach. Podobnie design - kiedyś atrakcyjny, dziś raczej zniechęcający w porównaniu do stron konkurencji. A tłumaczenie wielu Klientom, że stronę raz na te 3-5 lat (gdzie pięć w obecnych warunkach to już konieczność) wypada odświeżyć, przypomina walkę z wiatrakami. I tak, wiem, że moja własna strona wymaga wszystkiego powyższego, ale primo - strony Klientów są ważniejsze od mojej i to im poświęcam większość doby, a secundo - nowa strona Artevii jest na ukończeniu i mam nadzieję jeszcze w tym miesiącu ją "odpalić";
  • content, content, content - nie czarujmy się, wielu Klientów wychodzi z założenia, że raz stworzona i uzupełniona treścią strona, wystarczy im na wieki. Sami z siebie z rzadka wychodzą z inicjatywą dodania w serwisie czegoś nowego (no chyba, że w ich ofercie pojawiła się nowa usługa - wówczas owszem, nagle się "odnajdują" i wprowadzenia na stronę nowego produktu domagają się "na wczoraj" - ale gdy tylko proponuję rozbudowanie informacji o tejże "nowości" do tekstu liczącego więcej niż 2 czy 3 zdania na krzyż, znów "przepadają" i mogę sobie dobijać się do nich z informacją "Warto ten opis rozszerzyć" do Sądnego Dnia). Zwracam przy tym uwagę, że dbanie o content jest czasochłonne;
  • prowadzenie strony jako takiej - Klienci, co zrozumiałe, nie zawsze mają czas na to, żeby w obrębie swojego serwisu (o ile ma to sens w kontekście ich branży) tworzyć wpisy na własnym blogu firmowym, dodawać aktualności, rozbudowywać treści i zostawiają to w rękach agencji SEO. Słusznie, ale znów - zebranie danych, napisanie przyciągającego uwagę użytkowników tekstu, dodanie zdjęć (zakupionych na zasadach licencji), "okraszenie" całości altami i tagami META, nie jest zajęciem, które trwa 5 minut. Zajmuje to znacznie więcej czasu, a tym samym - kosztuje;
  • fraza frazie nierówna - niby sprawa jasna, ale nie zawsze udaje się wytłumaczyć Klientowi, że promocja hasła typu "Hodowla Maine Coon Warszawa" pociągnie za sobą nieporównywalnie większe koszty niż, dajmy na to, "Hodowla świnek morskich Wąchock";
  • za myślenie też się płaci - to agencja SEO ustala strategię, wprowadza w niej zmiany jeśli zaistnieje potrzeba, szuka nowych rozwiązań. Człowiek działający w SEO bez przerwy MYŚLI, jest na bieżąco z tym co dzieje się w tematach SEO i SEM, czyta, szkoli się, mówiąc brzydko "kombinuje", żeby uzyskać jak najlepsze wyniki (a jednocześnie nie przekroczyć granicy, przed którą otwierają się wrota raju w SERP, a za którą widnieje już tylko czarna otchłań w postaci wykopania przez Google z indeksu). A to wszystko też trwa i warto wziąć to pod uwagę. Tak, to też są koszty i choć niektórymi może to wstrząsnąć, to za MYŚLENIE też się jednak płaci.

2. "Pani, to już tyle miesięcy, a my stoimy w miejscu!"

I znów - to pytanie padało również w roku 2016, przy czym od tamtego czasu słyszę je w zasadzie tylko od dwóch Klientów (z czego jeden promuje swoją stronę na 250 haseł średnich konkurencyjnie, ale za to do bólu ogólnych, a drugi na 80 - bardziej konkretnych, ale konkurencyjnych jak diabli). Przy czym obaj, na moje prośby o modyfikacje treści, reagują niechętnie (szczytowe osiągnięcie pierwszego to stwierdzenie "Dla tego produktu nie będziemy tworzyć osobnej podstrony, bo jest właściwie tym samym co produkt XYZ"). I znów, wal człowieku głową w ścianę (bo hasło ma być wysoko, a w serwisie występuje parę razy). Po dwóch miesiącach przypominania o konieczności utworzenia podstron dla produktów, które były nisko w Google, a był sens poświęcenia im większej ilości miejsca w serwisie (przygotowałam teksty i wystarczyło je przejrzeć i zgłosić ewentualne zmiany merytoryczne), dostałam zielone światło. Natychmiast je wykorzystałam i w ciągu dwóch tygodni wszystkie te frazy "drepczące w miejscu" (konkurencyjne średnio, ale - no właśnie - rozpaczliwie ogólne, składające się z dwóch do trzech słów) poszybowały o 20-30 miejsc w górę. Można to było zrobić wcześniej, ale "po co"? Niech SEOwiec pracuje na tym, co jest i głowy nie zawraca...

Poza tym zmian w Google na przestrzeni ostatnich lat było tyle, że naprawdę - szybko, to można co najwyżej pozyskać tysiące linków "ni przypiął ni wypiął" i ryzykować karę albo bana.

I niech najlepszym przykładem znów będzie jeden z moich guru, Paweł Gontarek, który na wyprowadzenie własnej strony firmowej po wprowadzeniu w niej kompleksowych zmian, potrzebował 19 miesięcy, o czym mówił na SEMKRK#9.

W obecnej sytuacji nie można już liczyć na to, że będzie się w "TOP5" po miesiącu czy nawet pół roku na wszystkie frazy - zwłaszcza, jeśli jest ich kilkaset, albo kilkadziesiąt, nie są to słowa kluczowe "z długim ogonem", a za to są konkurencyjne. Google bowiem notorycznie wprowadza zmiany w algorytmach, których celem jest chyba wydłużenie procesu promocji w wynikach organicznych do lat świetlnych.

Niestety, na wyniki po prostu się czeka i decydując się na promowanie serwisu w Google należy być przygotowanym na:
  • współpracę długofalową;
  • branie sobie do serca sugestii tego, o co prosi człowiek, któremu się wspomniany serwis powierzyło (jeśli SEOwiec "truje", że coś na stronie trzeba zmienić, to nie robi tego dlatego, że ma jakiś kaprys - takie zmiany po prostu są zasadne);
  • świadomość, że "dreptanie w miejscu" to też jest efekt pracy (utrzymanie pozycji kosztuje - zwłaszcza dla "chodliwych haseł", przy których konkurencja nie śpi tylko promuje się dokładnie na te same słowa kluczowe, co Klient).

3. "Czy za te AdWordsy nie można płacić mniej?"

Można, czemu nie, ale wówczas na tapetę wchodzi

pytanie numer 4 "Czemu moja reklama jest tak nisko?". I znowu - bij tu człowieku głową w ścianę.
  • to, że samo Google AdWords przy danym słowie kluczowym podaje informację w stylu "Stawka dla pierwszej strony dla tego słowa kluczowego to 50 groszy" nie oznacza, że za wspomniane słowo kluczowe owe 50 groszy się zapłaci i osiągnie wynik numer 1 w linkach sponsorowanych na wieki wieków amen. Pierwsza strona wyników za podaną cenę, może oznaczać ostatnie miejsce na stronie (pod wynikami organicznymi), a "licytacja" (bo ostatecznie do tego sprowadza się działanie reklam sponsorowanych) trwa bez przerwy. I wystarczy, że konkurencja ustawi dla wybranego słowa kluczowego stawkę za kliknięcie rzędu kilkudziesięciu złotych (a widywałam i wyższe), żeby owo 50 groszy wskazywane przez AdWords było w miarę trafne przez, przyjmijmy, godzinę.
  • dodatkowo, od czasu do czasu, uzyskuję od jednego Klienta informacje w stylu: "A bo taka firma to oferuje mi promowanie w AdWords, które pozwala na wydanie na to [konkurencyjne!] słowo kluczowe góra złotówki i zapewnia, że to wystarczy do zajęcia przez reklamę mojej strony pierwszego miejsca". Powstrzymując zgrzytanie zębami pytam, ile owa firma zewnętrzna liczy sobie za miesięczną obsługę kampanii. Po czym słyszę odpowiedź typu "2600 złotych netto"... No to faktycznie, koszty spadną. Ludzie, trzymajcie mnie...

5. "Pani, czemu ja nie mam zleceń"?

Nie dysponuję magiczną kulą ani kartami tarota i mogłabym Klienta odesłać z tym pytaniem do wróżki, ale i na nie można znaleźć banalną wręcz odpowiedź (o ile ma ona rację bytu w konkretnym przypadku).
  • konkurencji przybywa - no właśnie, teksty typu "Bo 3 lata temu to miałem dużo zleceń, a teraz cisza?", słyszę średnio raz na tydzień (no, tylko od jednego Klienta, za to - jak wspomniałam - regularnie). Spójrzmy prawdzie w oczy - firm konkurencyjnych we wszystkich chyba branżach przybywa i, najprawdopodobniej, przybywać będzie.

    Od razu też przytoczę obszerną odpowiedź, jakiej wspomnianemu Klientowi udzieliłam. Na wstępie jeszcze zaznaczę, że mamy normalne, "ludzkie" relacje, rozmawiamy ze sobą jak człowiek z człowiekiem, a temperamenty momentami w nas huczą, choć obdarzamy się wzajemną sympatią. Przy wspomnianej rozmowie ostro skoczyło mi ciśnienie, co objawiło się w końcówce poniższego dialogu, który przytaczam niemal słowo w słowo:
    Ja: W porządku Panie X, załóżmy, że nie ma Pan żadnych telefonów, choć reklamy AdWords przynoszą ruch, a liczba odwiedzin Pana strony z wyników naturalnych, z miesiąca na miesiąc rośnie (i nie o kilka "oczek", ale o kilkaset). Jak Pan myśli, co sprawia, że Pana firma X omijana jest przez potencjalnych usługobiorców?
    Klient: Nie wiem, od tego jest Pani.
    Ja: Świetnie, zgadza się. Ale niech się Pan zastanowi. Potencjalny usługobiorca wyszukuje w Google frazę. Pojawia mu się kilka tysięcy wyników, w nowych zakładkach otwiera sobie, przyjmijmy - pięć pierwszych stron, w tym należącą do Pana. I strony te przegląda. Na stronie konkurencji znajduje zdjęcia i filmy z realizacji usług, certyfikaty, rozmaite wywiady jakie przeprowadzono z właścicielami, pisemne referencje od przedsiębiorców. U Pana nie ma zdjęć, o których podesłanie proszę średnio dwa razy na miesiąc od początku współpracy, nie ma żadnych filmów, nie ma referencji. Którą firmę, na miejscu usługobiorcy, to Pan by wybrał?
    Klient, po chwili ciszy: No firmę Y.
    Ja: Sam więc Pan widzi. Budowanie wiarygodności jest ważne, może Pan być na wszystkie konkurencyjne frazy w TOP1 i wciąż nie budzić zainteresowania i zaufania odbiorców, ponieważ sam Pan o to nie dba. Nie dba Pan nawet o to, żeby na stronie umieścić fotografie, dokumentujące Pana pracę. To, na Boga, kto ma te zdjęcia z usług robić? Mam jeździć z Panem na zlecenia, pstrykać zdjęcia, kręcić filmy i wstawiać je na stronę? To kto prowadzi Pana firmę, Pan czy ja?

    Czy do Klienta dotarło choć 90% mojego gadania, nie wiem, ale zdjęcia wreszcie dostałam. Yay me...

    I jest to kolejna ważna rzecz, na którą Klientom warto zwracać uwagę. Tzw. pozycjonowanie to nie wszystko. Jasne, pomaga, dla wielu branż wciąż stanowi rację bytu, ale poza Google istnieje jeszcze mnóstwo alternatyw, z których można skorzystać. I zamiast narzekać, że nic się nie dzieje i przez godzinę płakać SEOwcowi w słuchawkę, że "Dzisiaj to chyba będę leżał z brzuchem do góry", również wykazać inicjatywę. Albo ktoś jest przedsiębiorcą (czyli, jak sama nazwa wskazuje, osobą podejmującą przedsięwzięcia), albo minął się z powołaniem.
    (tak na marginesie owemu "płaczącemu w słuchawkę" Klientowi, wyrecytowałam co jeszcze, poza Google, może zrobić, żeby wypromować swoją markę. Ale, że rzecz jasna, wymagałoby to podniesienia się i porzucenia "leżenia brzuchem do góry". I szczerze wątpię czy ten konkretny Klient wdroży w życie chociaż z 10% zasugerowanych mu przeze mnie rozwiązań).

Bądźmy szczerzy. Na wiele z powyższych pytań wielu Klientów mogłoby odpowiedzieć sobie we własnym zakresie. I jeśli to agencji SEO bardziej zależy na wynikach osiąganych przez stronę Klienta, to SEOwiec na klęczkach błaga o wdrożenie zmian w serwisie, podaje konkretne argumenty, a Klient wszelkie sugestie lekceważy, to coś tu nie gra. I powyższe pytania tracą tak naprawdę sens. I chwała Bogu, że zdecydowana większość firm, z którymi współpracuję, faktycznie działa ze mną ramię w ramię. Wspólnie decydujemy o tym, co warto zrobić "już", z czym poczekać, razem podejmujemy kroki mające na celu zwiększenie widoczności serwisu w Google, jak i na wypromowanie marki, budując tym samym świadomość potencjalnych odbiorców i ich zaufanie do danej firmy. I to przekłada się na konkretne wyniki - i w postaci pozycji stron w SERP i sprzedaży produktów czy usług, które w ofercie posiada Klient.

Decydując się na promowanie strony w Google i wychodzenie z założenia, że SEOwiec będzie za Klienta robił wszystko (w tym rzeczy, których umowa o promocję strony w sieci zwyczajnie nie obejmuje), jest błędne. Bo jasne, "pozycjoner" może wywiązywać się z obowiązków nałożonych na niego przez zawartą z Klientem umowę, ale nie zacznie prowadzić za Klienta jego firmy. Szkoda, że dla części przedsiębiorców nie jest to sprawą oczywistą.

5 komentarzy:

  1. A pod Twoim tekstem reklama z AdSense - "Pozycjonowanie stron od 19 PLN - Darmowa optymalizacja strony, Darmowa analiza konkurencji" :)
    Artykuł dobry. Wiesz co jeszcze się pojawiło na lokal SEO, a właściwie wróciło - pseudo wyceny wartości stron. Ręce opadają. Ale "młode wilki" w walce o klienta takie argumenty wysuwają. W ciągu ostatniego pół roku miałem ok 10 takich prób gdzie Klient potem dzwoni, że był u nich "specjalista" i ich strona jest warta np 17 dolarów a konkurencji 80 dolarów. Oczywiście idzie to zbić faktami ale zawracanie głowy jest.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, miałam zrobić u siebie porządek z reklamami :D Dzięki za zwrócenie uwagi ;)
      Co do lokal SEO - tak, masz rację, też mi się zdarzyło takie coś usłyszeć. Dzięki za komentarz! (że też w ogóle dotrwałeś do końca, tasiemiec mi straszny wyszedł z tego tekstu).

      Usuń
  2. Aż strach brać najtańszą ofertę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Brać można, czemu nie - tylko nastawić się, że za kilkadziesiąt złotych cudów się nie zdziała. No, może dla tej przykładowej frazy "Hodowla świnek morskich Wąchock" - wtedy jak najbardziej ;)

      Usuń