Dzisiejszy post będzie wyłącznie subiektywnym opisem moich uczuć do Google (klepanym na dużym luzie), zatem proszę nie doszukiwać się tu żadnych teorii spiskowych wymierzonych przeciw komukolwiek ;) Zważywszy bezsenną noc i trzymające mnie od kilku dni przeziębienie, na żadne knowania nie mam sił, nie wspominając już o tym, że zwyczajnie nie jestem fanką podkładania komukolwiek świni. Ot, naszła mnie ochota podzielenia się swoimi przemyśleniami na temat czegoś, przy czym spędzam większą część doby.
Do rzeczy. Google w moim życiu odgrywa rolę kolosalną, a co za tym idzie, zrodziły się we mnie rozmaite uczucia pod adresem tej firmy. Niestety są to często uczucia sprzeczne, postanowiłam więc stworzyć listę tego, co cenię u Googlarzy i tego, za co ich nie znoszę.
Za co kocham Google?
- za moją pracę - w końcu gdyby nie ta wyszukiwarka, nie zajmowałabym się SEO (a kocham SEO);
- za to, że pomimo zaśmiecenia SERPów, to wciąż w Google wyszukuję potrzebne mi informacje i zwykle je szybko odnajduję (czasem posiłkuję się Bingiem, przyznaję bez bicia);
- za Google+ (dzięki któremu nawiązałam sporo fajnych znajomości branżowych i przy okazji się dokształciłam - no i wciąż dokształcam);
- za Mapy Google, które pozwalają szybko zlokalizować poszukiwane miejsce, wyznaczyć trasę i jeszcze pokazać, gdzie w pobliżu można zjeść obiad, a gdzie wypocząć;
- za kreatywność i innowacje, które mobilizują mnie do podążania za nimi - dzięki czemu jestem względnie "na czasie" z tym, co Googlarze wymyślą. A przyznać im trzeba, że niektóre projekty mają świetne - z niecierpliwością czekam na możliwość wypróbowania choćby Google Glasses ;)
- za to, że zaczęli traktować SEOwców jak ludzi i wyposażyli nas w całkiem solidne narzędzia ułatwiające nam pracę (nie są to narzędzia doskonałe, ale niewątpliwie są pomocne - od GWT po formularze).
Za co warczę na Google?
- za brak jasnych i jednoznacznych komunikatów. Matt Cutts mówi dużo, ale nie zawsze to co mówi, pokrywa się z realiami. Tak samo wygląda sprawa w pomocy Google czy opisach narzędzi (pewne fragmenty, dość istotne z punktu widzenia branży SEO, pojawiają się lub znikają - i śledź tu teraz te zmiany, człowieku...);
- za nieszczęsne https:// - tu są oczywiście dwie strony medalu i nie można też winić za nie wyłącznie Google. Ale nie ukrywajmy, że https:// sprawia, że Google Analytics przestaje być narzędziem tak przydatnym jak kiedyś (ponieważ średnio 70% danych mieści się w worku o nazwie "not provided");
- za monopol. Co tu dużo mówić, Google przejmuje sieć. Mamy Gmaila, YouTube'a, porównywarki cen Google, pogodę Google, fiszki Google, dokumenty i ankiety Google, Chryste Panie aż strach wymieniać dalej i pomyśleć, co jeszcze nas czeka;
- za nieudolną walkę z tym, co wciąż można podciągnąć pod BHS, choć jest ona podobno priorytetem dla Google. Zdarza się, że po aktualizacji algorytmu traktowane metodami BHS strony lecą dalej w górę, a serwisy spod "białego kapelusza" pikują w dół - i wówczas mamy okazuję posłuchać złowieszczego chichotu +Tomasza Wieliczko ;)
I tak na szybko, to chyba tyle. Jak widać zalet dostrzegam mimo wszystko więcej niż wad, choć "brak jasnych i jednoznacznych komunikatów" powinno się liczyć chyba potrójnie, bo często wprowadzają one zamęt, zamiast cokolwiek wyjaśnić (jak choćby z nienaturalnymi linkami - tak wiem, nie powinnam się czepiać i w ogóle nie ruszać tematu).
Jeśli w powyższej liście coś pochrzaniłam, poproszę o korektę w komentarzu. A jeśli dopisalibyście jakieś własne punkty, też dajcie znać ;)

