Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany w Google. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany w Google. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 4 grudnia 2018

WTF, Google?!

To, co dzieje się ostatnio w SERP-ach przypomina rzeź niewiniątek. Skoki pozycji niektórych słów kluczowych przypominają wyczyny akrobatów w cyrku, a obserwując zmiany na przestrzeni ostatnich kilkunastu tygodni, przed oczami widzę istne sinusoidy. No, nie wszędzie, część serwisów trzyma mi się całkiem nieźle, ale wszystkie bez wyjątku odnotowały większe lub mniejsze zmiany.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że Googlarze brzmią jak zacięta płyta i przyciskani do muru przez Schwartza z Seroundtable, powtarzają w kółko "Wprowadzamy kilka tysięcy zmian w algorytmie w skali roku". No świetnie, wierzę w to bezsprzecznie, ale od sierpnia te zmiany są jednak dość znaczące i obejmują serwisy na całym świecie - o różnej tematyce, różniące się zawartością merytoryczną i profilem linków. I, z tego co czytam na zagranicznych forach, wszystkie te serwisy dostały "po łbie".

Przypomina mi się "zlot" SEOwców w Katowicach na początku 2012 roku, kiedy to zgromadzeni w jednym pomieszczeniu i "zbici w kupę" pozycjonerzy z całego kraju (sporo nas było, z 40 sztuk?) wsłuchiwali się w przekazywane przez Artura Strzeleckiego informacje odnośnie zmian w Google. Tyle, że wtedy przynajmniej wiadomo było, o co chodzi - narodziła się Panda i Pingwin, wywracając do góry nogami wszystko, cokolwiek wiadomo było o promowaniu stron (przed tymi algorytmami, zajęciu przyjemnym i wręcz relaksującym). Teraz natomiast nie wiadomo nic. No, poza oczywistymi huśtawkami w SERP. Przyczyn natomiast doszukiwać musimy się sami, bo Google widać zacięło się na amen i więcej niż "Wprowadzamy kilka tysięcy (...)" nie jest w stanie z siebie wykrztusić.

Warunki pracy, bracia i siostry SEOwcy, mamy zatem kapitalne, bo chodzenie po "polu minowym", jakim od dość dawna jest działanie związane z promocją stron w Google, stało się jeszcze trudniejsze. I manewrowanie na owym polu może skończyć się w pewnym momencie wdepnięciem w googlowską minę - czego ani sobie, ani nikomu innemu działającemu w branży oczywiście nie życzę.

[edit, po publikacji kilku komentarzy]

1. Tak, wiadomo, że pytanie z tytułu jest mocno retoryczne, bo od lat Google napędza sobie Klientów (czyt. AdWords);
2. Moje marudzenie na brak komunikacji ze strony Google wynika wyłącznie z tego, że obietnice tej wyszukiwarki (czyli "pomoc webmasterom" - i tworzenie w tym celu odrębnych narzędzi, wyznaczanie osób do "komunikacji") nijak się mają do rzeczywistości;
3. Nie oczekuję, że ktoś z Google wyjdzie z plakatem reklamowym na ulicę, a na owym plakacie widnieć będą "podane na tacy" wskazówki "co aktualnie algorytm żre";
4. Content, content, content - zgoda, sama jestem na to mocno wyczulona, ale nawet strony z mojego "poligonu testowego", które są bogate w unikalną treść, zaliczyły w ostatnich miesiącach "skoki";
5. Oczywiście mam strony, które wahań pozycji nie odczuły praktycznie wcale, ale są one promowane lokalnie na hasła niszowe (więc nie biorę ich tak bardzo pod uwagę, przy spoglądaniu na całość). Większe serwisy, promowane na całą Polskę i na dużą ilość słów kluczowych (~100), przynajmniej parę razy na miesiąc, odczuwały zawirowania. A i hasła nie należą do tych rzędu "Hodowla świnek morskich Wąchock".

Coś się dzieje i zastanawiam się czy faktycznie mamy wyłącznie do czynienia z aktualizacją głównego algorytmu (jak twierdzą Googlarze) czy też przypadkiem nie okaże się, że do Pandy, Pingwina, Hummingbirda, Oposa etc. nie dołączył kolejny "zwierzak" ;) Naturalne wydaje mi się, że skoro się zajmuje jakąś tematyką i widzi, że coś się dzieje, usiłuje się dojść do sedna sprawy. Gdybym nie czytała dyskusji branżowych, nie dyskutowała z ludźmi zajmującymi się SEO, to pewnie do dziś nie wiedziałabym o istnieniu np. Gołębia ;) Czasem warto wychylić głowę i rozejrzeć się dookoła, bo to, że strony trzymają pozycje dzisiaj nie oznacza, że jutro będzie tak samo (co przypomina mi pierwsze łupnięcie ze strony Google, którego efekty na polskiej scenie  SEO doświadczyliśmy najwcześniej, według mojej wiedzy, ja i Radek Kubera - reszta towarzystwa miała jeszcze spokojne Boże Narodzenie, za to mało przyjemne wejście w Nowy Rok).

piątek, 10 sierpnia 2018

Najnowsze istotne zmiany w Google

Od ostatniego "trzęsienia ziemi" w Google upłynęło nieco czasu, jednak ostatnie zmiany wprowadzone przez tę wyszukiwarkę, mocno dały się we znaki zarówno samym stronom internetowym, jak i branży SEO. Chodzi głównie o dwie modyfikacje, które przyczyniły się do tego, że część pozycjonerów mocno zazgrzytała zębami.



1. Utrata możliwości zgłaszania nowych adresów url

Opcja, która bardzo ułatwiała życie osobom zajmującym się promocją stron w Google, dostępna niegdyś pod adresem https://www.google.com/webmasters/tools/submit-url. Dzięki niej można było przyspieszyć indeksowanie nowych linków, pozyskanych w trakcie działań związanych z promowaniem serwisów. Jeśli zdobyliśmy wartościowy odnośnik zewnętrzny prowadzący do  naszej strony, wystarczyło zasygnalizować to Google za pomocą wspomnianego narzędzia. Dzięki temu wyszukiwarka otrzymywała istotną informację o nowym linku, który mógł wpłynąć na pozycję witryny. Teraz takiej możliwości już nie ma. Co to oznacza? Przede wszystkim:
  • możemy informować Google (z wykorzystaniem Search Console) wyłącznie o nowych podstronach utworzonych w obrębie zarządzanego przez nas serwisu;
  • indeksowanie nowych linków zewnętrznych zajmie więcej czasu (o ile sam właściciel strony, na której pojawił się "odsyłacz" do naszej witryny, nie zasygnalizuje tego faktu wyszukiwarce za pomocą opcji wspomnianej powyżej);
  • w skrócie - zdobywanie wartościowych odnośników wciąż odgrywa bardzo istotną rolę w zakresie pozycjonowania, jednak oczekiwanie na efekty związane z ich zdobyciem, może się znacznie wydłużyć.

2. Modyfikacja głównego algorytmu Google

Pod koniec lipca otrzymaliśmy oficjalną informację od Google (przekazaną zainteresowanym za pośrednictwem Twittera) o zmianach w głównym algorytmie tej wyszukiwarki. Zmiana miała na celu to, co zwykle - uporządkowanie wyników wyszukiwania i "nagrodzenie" stron spełniających wymogi Google poprzez poprawę ich pozycji w SERP. Spoglądając jednak na pozycje poszczególnych haseł (dla różnych stron internetowych) można łatwo dojść do wniosku, że zmiany w algorytmie wciąż trwają. Od dawna nieobserwowany przeze mnie "taniec Google" jest teraz widoczny gołym okiem. Niektóre frazy potrafią w ciągu doby zmienić widoczność w wynikach wyszukiwania nawet o kilkadziesiąt pozycji w dół, a w kolejnym dniu - odzyskać utracone miejsce lub wręcz pojawić się wyżej w SERP. Kiedy nastąpi stabilizacja? Tylko Google raczy wiedzieć.

Jak już wspomniałam i jak głosi wieść oficjalna, zyskać mają wartościowe strony, a modyfikacja to kolejne uderzenie w witryny promowane niezgodnie z wytycznymi wyszukiwarki. Niestety na przestrzeni ostatnich miesięcy moja wiara w skuteczność walki Google z ewidentnym spamem, mocno ucierpiała. Ale o tym w kolejnym wpisie - ze "smaczkami" i szczegółami dotyczącymi raczej nieudolnej walki ze spamerami, jaką ponoć toczy nasze ukochane Google.


piątek, 22 grudnia 2017

Google: świąt nie będzie

Google świąt nie będzie
Kolejny już raz Google tuż przed świętami postanowiło popsuć nastrój SEOwcom. Wczoraj jeden z pracowników Google poinformował, że od połowy grudnia wprowadzane są zmiany w algorytmie wyszukiwania, które wpłynęły już na pozycje stron w Stanach (szczegóły na SearchEngineLand). Jedno pytanie pozostaje jednak otwarte: czy Google jest z nami całkowicie szczere?

Zmiany w SERP dało się już zauważyć w połowie listopada, choć Google nie wspominało wówczas o wdrażaniu poważnych zmian. I prawdę mówiąc, częściej pracownicy tej wyszukiwarki używają określeń "drobne zmiany", "mało znaczące" i tym podobne i tak dalej. Ale nawet śledząc tylko https://algoroo.com/ można było zauważyć, że już od miesiąca "cuś" dzieje się w SERP-ach.

Urządzenia mobilne i znaczniki schema.org

Tym razem, podobno, aktualizacja algorytmu ma dotknąć/dotknęła strony, które w dalszym ciągu nie są odpowiednio przyjazne użytkownikom mobilnym, a także te, które nie wykorzystują znaczników schema.org. Czy też inaczej - te korzystające ze schema, mają powędrować wyżej w wynikach wyszukiwania.

Problem w tym, że "dostało się" również stronom, na których upychanie znaczników schema.org nie ma większego sensu, a i samo Google wychodziło zawsze z założenia, że "co za dużo to niezdrowo". Znaczniki te mają głównie zastosowanie w sklepach internetowych (oznakowanie produktów), czy serwisach takich jak filmweb (oznaczanie filmów i recenzji), ale trudno wyobrazić sobie wykorzystywanie ich na dużą skalę na prostych stronach informacyjnych czy serwisach-wizytówkach (oczywiście można oznakować godziny otwarcia firmy lub jej adres, choć dane te Google zwykle pobiera z wizytówek, a nie ze schcemy strony - chyba, że i tu nastąpi zmiana). A i takie skromniejsze witryny (i to już w listopadzie), dotknęły spadki (fakt, że nie katastrofalne, ale jednak widoczne).

Co tak naprawdę robi Google?

Z pewnością "psuje krew" SEOwcom, ale poza tym - trudno jednoznacznie określić. Google, o czym przekonaliśmy się już wielokrotnie, o naprawdę znaczących zmianach mówi otwarcie rzadko, pozostawiając osobom opiekującym się serwisami internetowymi zabawę w "zgaduj zgadulę" (a także rwanie sobie włosów z głowy i popadnie w nerwicę - niewątpliwie jest to jakiś sposób na wykończenie irytującej konkurencji i zdobycie większej liczby Klientów dla własnych linków sponsorowanych).

A zatem... świąt nie będzie?

Będą, ale po nich wielu webmasterów i osób zajmujących się SEO, przyjdzie zmierzyć się z kolejnym wertowaniem serwisów internetowych, wprowadzaniem modyfikacji tam, gdzie trzeba i tam, gdzie ma to sens. I oczywiście, dalszą zabawę w detektywów mających na celu odkrycie co jeszcze się zmieniło (a co Google przemilczało) i co można zrobić, by poprawić kondycję witryn Klientów.

wtorek, 31 maja 2016

Odpowiedzi na trudne (?) pytania Klientów

wściekły Klient
Od czasu, gdy do zabawy SEOwców w promowanie stron dołączyły algorytmy Google, branża musiała zmienić swoje podejście do tzw. pozycjonowania, a także własne metody pracy. Pozyskiwanie na tony odnośników (z byle jakich źródeł), to już przeszłość. Kiedyś owszem - dawało to niezłe wyniki. Po przejściu pierwszego Pingwina wynik w wielu przypadkach był już tylko jeden - gwałtowny spadek strony w SERP.

Podejście zatem się zmieniło, czego wielu Klientów nie jest w stanie zrozumieć. I trudno mieć do nich o to pretensje (no, ewentualnie o formę, w jakiej wyrażają swoje niezadowolenie z pracy firmy SEO). Najczęściej spotykam się z dwoma pytaniami, które Klientom spędzają sen z powiek:

1. Pani, dlaczego tak drogo?! [tu muszę przy okazji zaznaczyć, że nie stosuję stawek "zaporowych" i staram się promować strony na tyle tanio, żeby Klient nie poszedł z torbami, a jednocześnie na tyle "drogo", by po przeznaczeniu środków otrzymanych od właściciela serwisu na jego sensowną promocję, coś mi jednak w kieszeni zostało. Tu szeroko uśmiecham się na myśl o ukochanym ZUS]
2. Pani, to już trzeci/czwarty/piąty miesiąc, od kiedy zawarliśmy umowę, a wyniki takie słabe!

Co do pytania numer jeden - drogo, bo promowanie stron w Internecie po prostu zaczęło być kosmicznie drogie po uruchomieniu przez Google algorytmów. W czasach "przedpingwinowych" w szybkim czasie i stosunkowo małym kosztem, można było zdziałać cuda. To się jednak skończyło, co z pewnością nie uszczęśliwiło ani branży, ani Klientów, ale za to poprawiło jakość stron górujących w SERP na najbardziej konkurencyjne frazy. No w porządku, nie zawsze, ale wyjątki potwierdzają regułę, a Google ze spamem wciąż walczy i osobiście gorąco mu kibicuję.

Metod promocji mamy wiele, z czego większość po prostu kosztuje. Dajmy na to wartościowe katalogi (naprawdę wartościowe, których wskaźników TR może pozazdrościć wiele serwisów o zupełnie innej tematyce). Za wpisy w takich katalogach się płaci i nie są to wcale małe kwoty. Oczywiście można od razu rozpocząć tutaj dyskusję czy płacenie za odnośniki nie jest sprzeczne z wytycznymi dla Webmasterów, ale bądźmy realistami. Link z wartościowego katalogu warto mieć, a poza tym jeszcze nie spotkałam się z karą ręczną za odnośnik umieszczony na przykład w katalogu Wirtualnej Polski, Onetu czy Interii.

Kolejna sprawa to artykuły sponsorowane, wykorzystywane chętnie i radośnie nie tylko w Internecie. Taka forma reklamy to naprawdę wysokie koszty. Pomijam czas poświęcony na zebranie ciekawych informacji i napisanie tekstu, ale jego publikacja w renomowanym portalu... Hoho! Tu dopiero zaczynają się schody, bo stawki niektórych takich serwisów są zaporowe. A wiadomo, że wartościowego artykułu poświęconego na przykład depresji, nie będziemy usiłowali opublikować na blogu o średniej "odwiedzalności", na dodatek skupiającego się na, dajmy na to, zdrowym odżywianiu.

Dużą rolę odgrywa też czas poświęcony na promowanie strony. Jej dogłębna analiza, wprowadzanie poprawek w treści (bądź ich rekomendowanie Klientowi), eksperymentowanie z tagami META w celu sprawdzenia, które "żrą", a które wręcz przeciwnie, pilnowanie profilu linków, szukanie porzuconych przez właścicieli domen z dobrą historią, które można by przejąć (czasem wylicytować na aukcji i tu znów kłaniają się koszty), w celu wykorzystania ich na potrzeby promocji serwisu i tym podobne i tak dalej. To wszystko trwa, poświęca się tym zajęciom dużo czasu, a to też kosztuje (ostatecznie Klient nie płaci za linki, tylko za pracę SEOwca - i choć może niektórym ciężko w to uwierzyć, to jednak pracownicy firm SEO nie spędzają połowy dnia na oglądaniu śmiesznych filmików na YouTube, tylko zasuwają jak małe maszynki, wyszukując kolejne sposoby na wypromowanie serwisu, którym się opiekują).

A pytanie numer 2? Odpowiedź znów jest prosta: potrzebny jest czas. Zbyt gwałtowne pozyskiwanie odnośników (tak uwielbiane przed rokiem 2011), może wydać się Google podejrzane (pomijam sytuacje, w których firma wprowadza nowy produkt czy ofertę, która jest na tyle innowacyjna bądź interesująca, że tematem zaczynają interesować się media i rozpisują się na jej temat, przy okazji linkując do wspomnianej strony). Wszystkie działania należy prowadzić z rozwagą i rozkładać je w czasie, zamiast (jak to było kiedyś), poświęcić dwa miesiące na dzikie podlinkowywanie strony, a przez kolejne - patrzeć tylko na szybujące w górę pozycje strony i pławić się w glorii i chwale. Jeśli coś ma być zrobione dobrze i z głową, a na dodatek strona jest promowana na frazy bardzo konkurencyjne, to nie da się uniknąć czekania na wyniki.

I na sam koniec - często sami Klienci rzucają firmom SEO kłody pod nogi, jednocześnie narzekając na brak efektów, a twardo i z uporem odmawiając wprowadzenia w serwisie absolutnie niezbędnych zmian (pomijam sytuacje, w których Klient nie płaci kolejny miesiąc z rzędu i robi awanturę, że wyników brak). Wybierają do promocji pojedyncze frazy o zabójczej konkurencyjności, jednocześnie nie oferując firmie SEO niczego, co pomogłoby w zrealizowaniu usługi (czy to danych dostępowych do ftp, Search Console, czy wreszcie wyrażeniu zgody na rozszerzenie opisów znajdujących się na stronie; przykład z życia wzięty - firma chce się promować na popularne słowo kluczowe, które w treści serwisu pojawia się raz. Skoro fraza ma być powiązana z faktyczną działalnością danego przedsiębiorstwa i jest dla niego tak istotna, wypadałoby jednak danemu produktowi czy usłudze poświęcić nieco miejsca - utworzyć osobą podstronę, elegancko ją opisać, dodać jakieś zdjęcia i tak dalej i tak dalej). 

Warto pamiętać też o sprawie chyba najważniejszej - stron nie tworzymy dla wyszukiwarki, tylko dla użytkowników. Bo nawet jeśli ktoś wyda ciężkie pieniądze i faktycznie pojawi się na wysokich miejscach w SERP (i to na pewno nie dzięki metodom White Hat czy nawet Gray Hat), to uboga merytorycznie witryna nie zachęci odwiedzających do tego, by zainteresowali się bliżej tym, co jej właściciel ma do zaoferowania. Nie mówiąc już o tym, że w końcu i Panda zwróci uwagę na ubogą wartość merytoryczną serwisu i szybko zdobyte TOP5 przejdzie do historii.

wtorek, 27 października 2015

Mózg Google rozpoczął pracę

BrainRank
A konkretnie do boju ruszył RankBrain, nowy googlowski twór, który zaczął działać w sieci kilka miesięcy temu. Jednak dopiero wczoraj (za pośrednictwem Bloomberg) świat Internautów miał okazję dowiedzieć się o jego istnieniu.

Za co odpowiada "RankującyMózg"? Okazuje się, że ten "byt" został zaopatrzony w sztuczną inteligencję, która ma mu ułatwić interpretowanie zapytań wpisywanych przez użytkowników w wyszukiwarkę Google. 

Kierować się ma on czymś na kształt "ludzkiego nosa" i "przeczuwać", co też użytkownik miał na myśli wklepując w Google np. "pomiar ciała". Może chodzić o wiele rzeczy - być może pytający chce wiedzieć, jak za pomocą centymetra krawieckiego obliczyć obwód tu i ówdzie? Może zaś szuka kalkulatora BMI? A może chodzi mu o nowoczesną wagę elektroniczną, która takiego pomiaru dokonuje, wyświetlając procentową ilość tkanki tłuszczowej, wagę stojącej na urządzeniu osoby, a na dodatek kalkulując również BMI? Odgadnięcie myśli człowieka wpisującego zapytania, może sprawić trudność także innemu człowiekowi, jak zatem poradzi sobie z tym zagadnieniem sztuczna inteligencja?

Trudno dziwić się zatem, że świat SEO poczuł się zaniepokojony, bo jeśli rankingi stron tworzone będą w oparciu o interpretację googlowskiego "Mózgu", SERP-y mogą przybrać zupełnie nowy kształt (przynajmniej dla tych zapytań, które są niejasne i nie do końca sprecyzowane). Jednak Gary Illyes z Google do tych obaw podchodzi z pobłażaniem twierdząc, że "magia SEO" nie powinna napotkać na trudności związane z działaniem RankBrain. I chyba ma rację, skoro od kilku miesięcy RB działa, a o żadnych hiobowych wieściach na temat spadków czy dziwnych odpowiedzi na zapytania wyszukiwarki, żaden SEOwiec dotąd nie napisał.

Powstaje pytanie - czy przed RB należy się jakoś bronić? Nie sądzę. Jedyne, co możemy zrobić, to tak dbać o content, by nawet najdziwniejsze zapytanie pasujące do naszej witryny, zasugerowało RB wskazanie właśnie na nią. Choć "kwiatki" z pewnością będą się jeszcze zdarzać. O tym, jak po wpisaniu kompletnie dziwnych haseł użytkownicy trafiają choćby na blogi SEO, wiele się w branży mówiło. I pewnie mówić będzie jeszcze długo.

wtorek, 11 sierpnia 2015

Nowe szaty Google

alfabetDuet z Google, Sergey Brin i Larry Page, wkrótce zajmą się kierowaniem nową marką, która zastąpi dobrze nam znane Google Inc. Chodzi o Alphabet. 

Jak poinformował Page (we wpisie dostępnym na http://googleblog.blogspot.com/2015/08/google-alphabet.html), Alphabet ma za zadanie "ogarnąć" wszystkie googlowskie projekty i skupić je wokół siebie, jednocześnie dając im możliwość samodzielnego rozwoju. Będzie zatem nadzorował dotychczasowe serwisy i aplikacje, finansował je, a także dbał o powstawanie zupełnie nowych i, jak określił to sam Page, "szalonych" tworów. 

Rzeczywiście, jest czego pilnować. Google, poza wyszukiwarką numer 1 na świecie, wypuściło na przestrzeni lat przeglądarkę Chrome, przejęło YouTube, stworzyło system Android, powołało do życia Mapy Google i tym podobne i tak dalej. Konieczność zapanowania nad tym googlowskim "podwórkiem" i nadania mu przejrzystości, to główny argument przemawiający za powstaniem Alphabet Inc. A przynajmniej tak tłumaczy to Page.

Co te zmiany oznaczają dla użytkowników poszczególnych usług? Dowiemy się dopiero po oficjalnym zastąpieniu Google Inc. nową marką. Jeśli wszystko co na blogu napisał Page, uda się zrealizować, to nie powinniśmy obawiać się jakiegoś trzęsienia ziemi. A kto wie, może dzięki bardziej precyzyjnemu finansowaniu poszczególnych projektów, użytkownicy otrzymają sporo ciekawych funkcjonalności? Google nie można z pewnością zarzucić braku kreatywności i dobrych pomysłów, zatem pozostaje poczekać na zmiany i ufać, że przyniosą one wyłącznie korzyści dla użytkowników, a także przyczynią się do powołania nowych "cudów", z którymi userzy szybko się "zaprzyjaźnią".

Page nie podał dokładnej daty wdrożenia zmian, pozostaje nam zatem śledzenie jego wpisów, a także strony internetowej Alphabet, która dostępna jest pod adresem http://abc.xyz.

sobota, 13 grudnia 2014

Rewolucja w Google

world wide web
Przez ostatnie lata Google przyzwyczaiło nas do wprowadzania zmian, które z kolei zmusiły nas do zmodyfikowania naszego myślenia o SEO i stopniowej ewolucji działań, mających utrzymać strony naszych Klientów w SERP (czyli w wynikach wyszukiwania). Teraz jednak czeka nas prawdziwa rewolucja, a stopniowe zmiany, które niewątpliwie nie poszły na marne, musimy podeprzeć bardziej konkretnymi i szybciej wdrażanymi działaniami. Z czego to wynika?


Zacznijmy z trochę innej strony. W ostatnich dniach znowu dało się słyszeć głosy niezadowolenia związane z polityką prowadzoną przez Google. Obok znanych nam już banów, filtrów algorytmicznych i działań ręcznych, pojawiły się kolejne zagrożenia, które dotąd traktowaliśmy nieco po macoszemu. Teraz jednak nie da się już zignorować faktu, że:
  • Google stawia na bieżące analizowanie stron (Panda i Pingwin przestają być wprowadzanymi od czasu do czasu modyfikacjami algorytmów, lecz pod ich lupą będziemy niemal 24/7, jak wynika z informacji napływających z całego globu);
  • Google kolejny raz informuje, że wypowiada wojnę wszystkim płatnym linkom oraz artykułom sponsorowanym;
  • Promowane niegdyś przez Google linki w postaci exactów, to obecnie najbardziej podejrzane odnośniki, jakie możemy sobie "zafundować".
W dalszym ciągu znaczną rolę ma odgrywać:
  • szybkie wczytywanie stron;
  • umieszczanie na nich treści unikalnych, wartościowych merytorycznie;
  • zgrabne linkowanie wewnętrzne, skonfigurowane pod użytkownika i z myślą o jego komforcie poruszania się po stronie;
  • dostosowanie strony do potrzeb użytkowników korzystających z niej mobilnie;
  • optymalizacja witryny.
Sieci społecznościowe? To wciąż duży znak zapytania. Jedni twierdzą, że mają znaczenie, inni - że to wyłącznie dodatek. 

Jedno jest pewne - najbliższe lata oznaczają ostateczny koniec pozycjonowania, jakie znaliśmy. Sztuczki mające przechytrzyć Google będą prawdopodobnie działać coraz słabiej, aż w końcu stracą na znaczeniu. Pamiętajmy: to Google ustala zasady gry i ma prawo zmieniać je do upojenia, a my nie mamy prawa się przeciw temu buntować - to w końcu ich marka, ich podwórko, ich zasady. Jeśli wciąż chcemy istnieć w Internecie, musimy poszerzyć horyzonty, zmienić sposób myślenia i przestać traktować Google jako jedyny sposób dotarcia do użytkownika Internetu.

Co to oznacza dla firm z branży? Więcej kreatywności, większe wydatki, szukanie nowych kanałów dotarcia do użytkownika, ukłon w stronę większej ilości platform mogących pomóc nam w wypromowaniu marki. Google wciąż będzie się liczyć, ale jeśli chcemy przetrwać kolejne lata w branży i w Internecie, nie możemy już traktować Google jako jedynej, słusznej drogi. Cytując fragment pewnego filmu z at 90-tych "Sieć jest ogromna i nieskończona". Skorzystajmy z niej i ruszmy nowymi drogami, zamiast nerwowo tuptać w miejscu i wściekać się na dominującą wciąż wyszukiwarkę. Możliwości jest wiele. Wystarczy stopniowo je odkrywać i otworzyć się na nowe.

wtorek, 17 grudnia 2013

Ostra jazda bez trzymanki

chaos
Obserwując to, co dzieje się w SERP, a także czytając wypowiedzi specjalistów SEO (zarówno tych trzymających się WHS, jak i zwolenników depozycjonowania), można wyciągnąć wnioski dosyć jednoznaczne. Google się pogubiło. Osobiście odnoszę wrażenie, że chcieli zrobić "za dużo i za szybko", a efekty tych działań przerosły ich wyobrażenia. Stąd nowe powiadomienia w odpowiedzi na RR ("Nie będziemy przyjmować nowych odwołań dotyczących tej witryny przez kilka tygodni"), coraz większa automatyzacja wskazująca "złe linki" i ogólne poczucie, że grunt usuwa się spod nóg zarówno Googlarzom, jak i wszystkim związanym z ich wyszukiwarką.

Wymuszone łączenie wszystkich usług Google wprowadza dodatkowe zamieszanie. Coraz więcej osób domyślnie loguje się do G+ nie zdając sobie sprawy z tego, że wpływa to na widoczne dla nich wyniki wyszukiwania (swoją drogą nie wiem czy to takie rewelacyjne rozwiązanie, ponieważ w pewnym stopniu ogranicza użytkowników do tego, co już znają, a tym samym utrudnia im wyszukanie nowych treści - które być może uznaliby za bardziej interesujące). To tworzy kolejne pole manewru dla nieuczciwych firm SEO (sprawdzić, co widzi Klient i wysyłać mu raporty zgodne z tym, co wyświetla się u niego, nie dbając kompletnie o to, że inni użytkownicy mają już odmienne wyniki w SERP - nie jest to żadna wielka sztuka).

Coraz ciekawiej robi się też na YouTube. Również tutaj pełna automatyzacja sprawia, że nawet utwory wygenerowane przez program (na który ma się licencję), zgłaszane są jako naruszające prawa stron trzecich, co skutkuje automatycznym (a jakże by inaczej) zablokowaniem przesłanego filmu. Zgłosić spór i wyjaśnić sytuację można, owszem, ale trwa to zwykle kilka tygodni - przez ten czas konto twórcy przestaje być krystalicznie czyste, pojawia się adnotacja o złej opinii z uwagi na materiały mogące zawierać treści osób trzecich, ogólnie szał ciał i orgia dusz. Dodatkowo zapowiadana jest w tym serwisie kolejna zmiana - konto "Partnera YouTube" ma zostać rozbite na dwa oddzielne podmioty i materiały "zwykłego Partnera" będą przed publikacją przechodziły ręczną weryfikację (nie wiem, skąd Google weźmie ludzi do przeglądania wszystkich przesyłanych na YT treści - może to sposób Obamy na walkę z bezrobociem?).

Podsumowując - jeśli Google nie ogarnie w miarę szybko efektów własnej nadgorliwości, rok 2014 zaczniemy pozbawieni chyba w całości uzębienia, bo ileż można zgrzytać siekaczami bez ich uszkodzenia. Prognozuję, że zachwyceni tą sytuacją w Nowym Roku będą co najwyżej protetycy i stomatolodzy. Amen.

środa, 6 listopada 2013

SEO, drugs & zakład zamknięty?

przyszłość specjalistów SEO?
No właśnie, drogie koleżanki i koledzy z branży, bo dzisiaj do Was w 100% adresuję swój wpis. Czy aby Google nie kreśli nam równie różowej przyszłości, jak żyjącym w permanentnym stresie gwiazdom rocka? Ileż to już razy żartowaliśmy o kaftanach bezpieczeństwa, w które przyodziani zostaną pozycjonerzy, o Tworkach czy też o używkach niezbędnych do przetrwania tego, co przynosi nam każdy kolejny poranek? Fakt, że dodatkowo "nie znamy dnia ani godziny" (bo diabli wiedzą kiedy i co jeszcze Google wypuści, by grasowało w sieci albo też kiedy o 180 stopni zmieni kolejne reguły gry, tak jak to już zrobiło z anchorami) życia nie ułatwia.

Nie ma co ukrywać - do tej pracy trzeba mieć żelazne nerwy, końskie zdrowie i spokój ducha godny Dalajlamy. Przydałby się też umysł Einsteina i pozytywne nastawienie do życia i przyszłości, godne pięciolatka. Trochę ciężko upchnąć to wszystko w jednym człowieku i podejrzewam, że co wrażliwsze jednostki (ewentualnie wręcz odwrotnie - te z charakterem choleryka) porzucą urocze zajęcie i przekwalifikują się, odchodząc z branży na zawsze i jeszcze plując przez lewe ramię. Tym samym, jak mawiają niektórzy, branża się "oczyści". No, być może - wśród Black Hat SEOwców łatwo znaleźć choleryków, zaś wśród jednostek nieśmiało zerkających w stronę białego kapelusza, na pewno znajdzie się parę takich, co to prezentują silne skłonności do załamania nerwowego.

Cóż zatem nas czeka? O ile nie prezentujemy wspomnianych wcześniej cech (wszystkich w kupie, że tak to uroczo ujmę), zaczniemy w końcu odczuwać nieprzyjemne gniecenie w środku, które z czasem może przemienić się w nerwicę - ostatecznie nikt normalny w ciągłym stresie długo nie wytrzyma (wciąż nie liczę masochistów oraz jednostek emo, które podobno takie rzeczy lubią). Zasugerowane przez jednego z poznanych niedawno SEOwców papierosy + gorzała odpadają, zbiorowe popadnięcie pozycjonerów w alkoholizm pewnie spodobałoby się Googlarzom, ale już Klientom tych moczymord - mniej. Psychotropy odpadają, trudne do zdobycia i zdaje się, że powodujące nadmierną senność, a tu wszak warto zerwać się o poranku i do wieczora jakoś dociągnąć (bo praca pracą, ale istnieje jeszcze takie coś, jak życie). Co w tej sytuacji zrobić? Jak rozładować stres? Cóż, pewnie każdy z Was już jakąś metodę znalazł (pomijam gorzałę i radosne karmienie raka) - być może powiesiliście sobie w biurze tarczę do rzutek z podobizną Pingwina/Pandy/logiem Google/Matta C. (niewłaściwe skreślić), względnie nocami biegacie po ulicach w roli superbohaterów i ratujecie przed chuliganami bezbronne staruszki (rozładowując negatywne emocje zwykłym mordobiciem), a może swoje frustracje przelewacie na papier (taki specjalny, co to później idzie do sądu i sprawia nieprzyjemności drugiemu człowiekowi - zwykle z tej samej branży), ewentualnie po prostu siadacie w fotelu i z czułością spoglądacie na swoje dzieci (o ile nie bawią się akurat pluszowym pingwinem bądź pandą). Jakiś sposób w każdym razie warto sobie znaleźć, bo wyraźnie widać, że łatwiej nie będzie, a czasy idą trudne - roboty, nie ma co się łudzić, będzie nam przybywać.