piątek, 25 sierpnia 2017

Google znowu "miesza" w SERP?

Może nie tyle "miesza", o ile po raz trzeci w tym roku zmienia swoje zasady określające tzw. jakość stron. I dotyczy to witryn "międzynarodowych", a zatem - innych niż w języku angielskim (choć witryny "angielskie" również kolejny raz wzięto pod lupę).



Ta aktualizacja ma, po raz kolejny, pokazać, że Google walczy ze spamem oraz informacjami "nieprawdziwymi". Co jednak oznacza w praktyce?
  • dostosowanie wyświetlania reklam do faktycznej tematyki serwisu, w której się znajdują;
  • obniżenie "wartości" strony, która prezentuje tzw. treści spiskowe, prezentując je jako fakty;
  • strony zbudowane w oparciu o publikowanie na nich "nieprawdziwych informacji".


Co jeszcze zostało zmodyfikowane? Podając za seostation.pl:

  • zmienione zostały tzw. wytyczne dotyczące lokalizacji oraz kierowaniem wyników na wybrany obszar;
  • zwiększenie czujności "oceniających" jakość witryny, na sprawdzanie poprawności wyświetlania aktualnych wyników wyszukiwania na dane zapytanie;
  • usunięci reklam o charakterze związanym z erotyką (pojawiać się będą wyłącznie w serwisach, które taką tematyką faktycznie się zajmują);
  • oznaczenie "języka strony" odgrywać będzie większą rolę niż dotychczas (oznaczenie "właściwą flagą");
  • zwiększenie czujności "oceniających" pod kątem określenia jakości strony, powiązanej z jej lokalizacją, preferencjami i językiem ojczystym;
  • umożliwienie wyświetlanie w SERP anglojęzycznych witryn na zapytanie użytkownika, wpisującego w Google "poszczególne frazy" (dotyczy: konkretnej firmy, produktu, informacji naukowych).


Działania te mają wspomóc Google w zwalczaniu spamu w SERP (czemu niezmiennie kibicuję), ale po prawdzie, obawiam się, że "uczciwym stronom" (z odpowiednim contentem, ale niekoniecznie odpowiednim zapleczem odnośników), też się może "dostać". Pozostaje to, o czym pisałam już dawno - koncentrowanie się na treściach unikalnych, stricte powiązanych z tematyką serwisu i odpuszczenie w dużym stopniu linkowania (zwłaszcza tego "na ślepo"). Wkrótce mogą bowiem wypłynąć kolejne "wytyczne" Google, które strony nieanglojęzyczne potraktują gorzej nie tylko z uwagi na zawarte na nich treści, ale również z uwzględnieniem jakości samych linków (pamiętajmy zresztą o Pingwinie, który cały czas ma "oko" na nasze serwisy www).

czwartek, 27 lipca 2017

Https a miejsca w wynikach Google

Od chwili, gdy pojawiła się możliwość stosunkowo łatwego dodawania do adresu strony "https" (czyli szyfrowanej wersji protokołu HTTP) wśród SEOWców zaczęło krążyć pytanie - czy szyfrowanie adresu strony może wpłynąć na wyniki Google? Zwykle mówiło się "na pewno nie zaszkodzi". Ale aktualne pozostaje pytanie: czy pomaga ono witrynie zaistnieć w TOP10 wyników najpopularniejszej wyszukiwarki?

Według informacji podanych przez seoroundtable.com (z 25-ego lipca bieżącego roku), https "rośnie w siłę". Jak wynika z danych RankRanger's, na 99% zapytań wpisywanych do wyszukiwarkę, w upragnionych przez wszystkich "topach" znajduje się przynajmniej jedna strona wykorzystująca szyfrowany adres. 


źródło


Te informacje potwierdzają częściowo narzędzia popularnego Mozcasta, które również wskazują na wzrosty w SERP stron, posiadających w adresie https (choć w przeciwieństwie do  RankRanger's, mowa tu o zaledwie 56,5% zapytań, a nie o 99%).

Co prawda samo Google oficjalnie nie przyznaje się do stosowania technik, które w jakikolwiek sposób sprawiałyby, że strony z https miałyby być bardziej "uprzywilejowane" i tym samym zyskiwać wyższe pozycje. Wyniki zaprezentowane przez seoroundtable wskazują jednak, że coś jest na rzeczy.

Oczywiście może się okazać, że podane wyżej wyniki są kwestią przypadku i przewijające się w TOP10 strony z szyfrowanym protokołem, są po prostu lepiej zoptymalizowane - i stąd tak wysokie miejsca w SERP.. Możemy jednak doczekać się chwili, w której Google oficjalnie wspomni o tym, że strony z https traktuje jako bardziej wiarygodne - a jak wiemy, wiarygodne źródła informacji są zawsze przez Google "faworyzowane".

Co ciekawe, https jest na chwilę obecną wykorzystywane przez niewiele ponad 6% polskich domen. Czy informacje z seoroundtable zmienią ten wynik na wyższy? Czas pokaże. Na razie wiemy tylko jedno - https faktycznie "nie szkodzi", a kto wie - może i pomaga, choć Google jeszcze tego oficjalnie nie przyznaje.

piątek, 30 czerwca 2017

Czy linkowanie ma jeszcze sens?


Tytuł artykułu może wydawać się trochę podchwytliwy i pewnie wielu znawców SEO na jego widok postukało się palcem w czoło. Ale, Panie i Panowie, zastanówmy się na poważnie - co w tym momencie ma największe znaczenie dla Google? W moim odczuciu są to dwie rzeczy:
  • bardzo dobry content zamieszczony w serwisie
  • optymalizacja strony
Pisałam o tym nieco w poprzednim poście, ale podam bardziej rozbudowany przykład (sytuacja podobna do tej ze wspomnianego wpisu, bo rozwiązanie zastosowałam wręcz bliźniacze - wiedząc, że tamto się sprawdziło). Ale do rzeczy. Przyszedł do mnie Klient X i mówi, że chce pozycjonować swoją stronę. No okej, sprawdzę co w trawie piszczy. A tu strona zawalona "listami wyborów" setek produktów (ukrytymi przemyślnie, żeby przypadkiem użytkownik za łatwo nie znalazł tego, czego szuka), pozbawiona treści w stopniu dobijającym, optymalizacją nietknięta - choć podobno jakiś seo-spec już nad nią pracował. O braku altach w obrazkach nie będę się rozwodzić. 

Problem zatem widoczny już na pierwszy rzut oka, bo ani przeciętny użytkownik ani Google, za Chiny Ludowe, nie byli w stanie "dokopać się" do interesujących ich treści. A tu jeszcze Klient X podaje 100 haseł do promocji, z których dobre 80% na stronie nie występuje wcale, część zaś jest skrzętnie ukryta w owych listach wyboru produktów ("krzaczących się" wściekle i sypiących błędami). Po paru tygodniach wahań Klient zgodził się na postawienie strony informacyjnej, mającej pozyskiwać ruch dla "strony matki". I co się okazało? Że nowa strona, zoptymalizowana, zapełniona sensowną treścią, artykułami tematycznymi, łatwymi do odnalezienia produktami, "przebiła" istniejącą od lat "stronę matkę" i Klient uznał, że to ona powinna być głównym serwisem, reprezentującym firmę. Dlaczego? Z prostego powodu. Klienci owej firmy kompletnie nie byli zainteresowani przechodzeniem na dotychczas istniejącą stronę (poprzez linki odsyłające do serwisu macierzystego), a wszystkie wiadomości odnajdywali w witrynie mającej być wyłącznie zwykłą stroną informacyjną (sensownym zapleczem, jeśli ktoś chce tak sprawę nazwać).

A jak pozycjonowanie owych 100 haseł? Po kilku miesiącach 70% z nich pojawiło się w TOP10 w Google (a branża specyficzna, przemysłowa, bynajmniej nie oferująca maszyn rolniczych czy przenośników taśmowych, ale produkty i usługi, o których chyba pojęcia nie mieli sami twórcy różnych katalogów, bo podkategorii stworzonych z myślą o tej branży nie znalazłam nigdzie). Powiecie pewnie  "Phi! No to nisza, nic dziwnego, że udało się tak łatwo wbić w topy!" - nic bardziej mylnego. Konkurentów wspomniana firma ma wielu, a gdy zagłębiłam się w tematykę, ze zdziwieniem odkryłam, że oferowane przez Kliena X produkty i usługi, są towarem gorącym i pożądanym niczym świeże bułeczki. O miejsca wielu fraz wciąż walczę, bo wspomniana konkurencja nie śpi i też stara się osiągnąć Googlowskie wyżyny.

I tu wracamy do tematu artykułu, czyli linkowania - w dawnych latach najlepszego sposobu na osiągnięcie pierwszych miejsc w wyszukiwarkach. Otóż do strony pozyskałam raptem kilkanaście odnośników (solidnych, nie ma co szklić, żadne jakieś tam spamowe), a całą resztę pracy włożyłam w optymalizowanie serwisu i w stałe uzupełnianie go treścią. Doskonaliłam istniejące artykuły, dodawałam aktualności, "dopieszczałam" stronę pod każdym możliwym względem (czy to zdjęcia, czy wyraźnie wyodrębniona lista produktów w tabelkach, widocznych na pierwszy rzut oka). I robię to cały czas. Efekty? Rewelacyjne, bo strona pozbawiona "byków", przejrzysta, treściwa (zaspokajająca potrzeby informacyjne Odbiorców, a tym samym miła naszemu kochanemu Google), z miesiąca na miesiąc "wskakuje" na coraz wyższe pozycje (i choć zdarzają się wahania, co przy tylu hasłach nie jest żadnym dziwem, to strona wciąż trzyma się świetnie).

Niewątpliwie takie podejście do sprawy jest do bólu czasochłonne, bo w grę wchodzą też artykuły tematyczne, które staram się lokować w co lepszych serwisach z branżą skojarzonych, a i tworzenie samego contentu zajmuje więcej czasu niż upychanie adresu strony w katalogach czy preclowych linkach. Ale mam wrażenie, że ten własnie kierunek to już nie przyszłość, tylko teraźniejszość dawnego "pozycjonowania" (swoją drogą już dawno zaczęłam zachęcać również swoich pozostałych Klientów do tego, by wygospodarowali na stronach miejsca na blog lub artykuły, które sukcesywnie dodawane w witrynach, mogą wynieść je na zdecydowanie wyższe miejsca). I ci, którzy dali się przekonać, nie żałują swojej decyzji.

W powyższym tekście brak jest z pewnością konkretów (nie mam zgody Klienta na rozsiewanie wszem i wobec wieści o adresie strony, ani słowach kluczowych, na które jest promowana), ale mogę posłużyć się wykresem prezentującym stopniową poprawę widoczności strony w Google (ostatnie 6 miesięcy, strona promowana jest od roku):

wykres widoczności strony w Google
Czy zatem linkowanie straciło rację bytu? Oczywiście, że nie. Ale wyraźnie widać, że rozbudowanym contentem, uzupełnianym regularnie, można osiągnąć bardzo wiele, mając raptem "garstkę" odnośników prowadzących do strony. I optymalizacją, ale to chyba jasne dla każdego.

Oczywiście są sytuacje, w których nie ma możliwości tworzenia "tasiemców" w jakimś serwisie, ponieważ jego tematyka na to zbytnio nie pozwala i wówczas nadrabiać można już tylko optymalizacją, odnośnikami i działaniami na portalach społecznościowych (mniej na forach, jakoś marketing szeptany to dla mnie zawsze ostateczność, choć czasem bywa konieczny czy wręcz pożądany). Niemniej chyba nigdy wcześniej hasło "content jest królem" nie było równie aktualne, co w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy. I nie sądzę, by w najbliższej przyszłości miało się to zmienić.

wtorek, 20 grudnia 2016

Google tańczy jak szalony...

Grafika pochodzi ze strony http://www.stevemasters.co.uk/seo-tips/
A przynajmniej taki wniosek nasuwa mi się podczas obserwowania domen, którymi się opiekuję.

Od kiedy Panda i Pingwin działają w czasie rzeczywistym minęło już sporo czasu i mogę wreszcie wyciągnąć wnioski z tych, rewolucyjnych (nie bójmy się tego określenia) aktualizacji. Co się zmieniło? Całkiem sporo.

Gdy obydwa algorytmy były "odpalane" ręcznie (zwykle raz na kilka miesięcy) można było mówić o większej stabilności. Teraz SEO to prawdziwe stąpanie po polu minowym, a każdy niewłaściwy ruch może skończyć się drastycznym spadkiem dla dowolnej frazy. Ale może być też odwrotnie, - odpowiedni zabieg może poskutkować poszybowaniem do góry hasła, które do tej pory było na naprawdę niskich pozycjach (50-60 miejsce w wynikach wyszukiwania).

Obserwując to zjawisko od dłuższego już czasu doszłam do dwóch wniosków:

1. Linki powoli tracą na znaczeniu. Nie oznacza to, że ich pozyskiwanie (z różnych źródeł i z różnymi anchorami) mija się z celem. Ale ich rola, przynajmniej w moje ocenie, straciła jeszcze bardziej na znaczeniu niż przed wdrożeniem najnowszych zmian w algorytmach).
2. Na wartości (i to znacznie!) zyskał content strony. Żeby nie być gołosłowną w skrócie opiszę eksperyment, jaki przeprowadziłam dla firmy, która promuje się w sieci na frazy naprawdę konkurencyjne (no nie, nie są to hasła w stylu "fotografia ślubna", ale również trudne).

Po 2-3 miesiącach walki o wyższe pozycje zaproponowałam Klientowi stworzenie nowej strony stricte informacyjnej (uprzejmie proszę nie mylić z byle jakim zapleczem). Witryna ta to głównie unikalna treść, opisy produktów, fotografie i linki odsyłające zainteresowanych zakupem konkretnego produktu do strony macierzystej. Efekt? Zdumiewający. Przy liczbie haseł idących w dziesiątki, strona (linkowana z sensem i umiarem) szybko zaczęła zdobywać wysokie pozycje nawet dla tych najtrudniejszych fraz. Czas "piaskownicy" upłynął, a witryna wciąż trzyma się dzielnie - aktualizowana o treści, rozmaite "bajery" przydatne dla użytkowników. Słowem - bazująca na wartościowych tekstach, skierowanych do odwiedzających.

Ewidentnie widać, że Google coraz intensywniej koncentruje się na tym, co witryna ma do zaoferowania użytkownikowi, zaś linki traktuje trochę po macoszemu (i raczej karze za nie, niż nagradza).

3. Koncentrowanie się wyłącznie na optymalizacji stron desktopowych już dawno mijało się z celem, a teraz (takie odnoszę wrażenie), strona nie posiadająca wersji responsywnej lub odrębnej wersji mobile, nie wzbije się wysoko i nie przyniesie właścicielowi upragnionego ruchu i szans na zysk.

Jako branża SEO zaczynamy chyba dochodzić do tego samego etapu, co branża architektów. Pozwolę sobie, oczywiście nie dosłownie, zacytować słowa jednego z profesorów wykładających architekturę. Wypowiedział on mniej więcej następujące słowa: "Normalny człowiek myśli zwykle o 2-3 rzeczach jednocześnie. Architekt zmuszony jest myśleć jednocześnie o kilkudziesięciu". I coś w tym jest. Pilnowanie Search Console, stały monitoring linków zewnętrznych i wewnętrznych, dbałość o content, o poprawne działanie serwisu na różnych urządzeniach, ciągła aktualizacja treści, dbałość o unikalny content i grafiki, pamiętanie o atrybutach "alt" dla obrazków, znacznikach, tagach META, szukanie domen do potraktowania trzysta jedynką, wychwytywanie 404 (zwłaszcza w dużych serwisach) - to zaledwie podstawa i  kropla w morzu spraw, na których skupiać się musi dzisiaj człowiek zajmujący się SEO.

Czy ten trend się utrzyma? Myślę, że tak, przynajmniej do czasu, aż Google nie wymyśli czegoś nowego - nowy algorytm, zmiany w już istniejących czy też może nowe wytyczne dla webmasterów. Wówczas będziemy mogli już faktycznie przybić piątkę architektom, względnie zapaść na nerwicę (choć ta wątpliwa przyjemność i tak dopadła już zapewne wielu z nas).

Co nam pozostaje? Myślenie o tym, co trzeba zrobić tu i teraz, by strona była dobrze widziana przez Google, ale też starać się przewidzieć kolejne ruchy wyszukiwarki (o proszę, zahaczamy już o kwestie nadprzyrodzone i wróżenie z fusów), ale przede wszystkim - wyciągać wnioski i wciąż zmieniać strategię działań w oparciu o dane, którym przecież przyglądamy się bez mała każdego dnia. No i uświadamiać Klientów, że "lepiej, to już było". Teraz może być tylko trudniej, choć i z tego "trudniej" wiele można uzyskać (przy odpowiednim podejściu i zrozumieniu ze strony Klienta).

Ale na pocieszenie można dodać, że wszystkie działania Google, które nas dotykają, mają wreszcie szansę na uderzenie w spamerów. I choć wciąż nie jest trudno natrafić na witryny w TOP-10 trącące spamem na kilometr, to jednak odnoszę wrażenie, że jest ich coraz mniej. A dla wszystkich, którym zależy na zachowaniu zasad fair play, to przecież dobra wiadomość.

wtorek, 31 maja 2016

Odpowiedzi na trudne (?) pytania Klientów

wściekły Klient
Od czasu, gdy do zabawy SEOwców w promowanie stron dołączyły algorytmy Google, branża musiała zmienić swoje podejście do tzw. pozycjonowania, a także własne metody pracy. Pozyskiwanie na tony odnośników (z byle jakich źródeł), to już przeszłość. Kiedyś owszem - dawało to niezłe wyniki. Po przejściu pierwszego Pingwina wynik w wielu przypadkach był już tylko jeden - gwałtowny spadek strony w SERP.

Podejście zatem się zmieniło, czego wielu Klientów nie jest w stanie zrozumieć. I trudno mieć do nich o to pretensje (no, ewentualnie o formę, w jakiej wyrażają swoje niezadowolenie z pracy firmy SEO). Najczęściej spotykam się z dwoma pytaniami, które Klientom spędzają sen z powiek:

1. Pani, dlaczego tak drogo?! [tu muszę przy okazji zaznaczyć, że nie stosuję stawek "zaporowych" i staram się promować strony na tyle tanio, żeby Klient nie poszedł z torbami, a jednocześnie na tyle "drogo", by po przeznaczeniu środków otrzymanych od właściciela serwisu na jego sensowną promocję, coś mi jednak w kieszeni zostało. Tu szeroko uśmiecham się na myśl o ukochanym ZUS]
2. Pani, to już trzeci/czwarty/piąty miesiąc, od kiedy zawarliśmy umowę, a wyniki takie słabe!

Co do pytania numer jeden - drogo, bo promowanie stron w Internecie po prostu zaczęło być kosmicznie drogie po uruchomieniu przez Google algorytmów. W czasach "przedpingwinowych" w szybkim czasie i stosunkowo małym kosztem, można było zdziałać cuda. To się jednak skończyło, co z pewnością nie uszczęśliwiło ani branży, ani Klientów, ale za to poprawiło jakość stron górujących w SERP na najbardziej konkurencyjne frazy. No w porządku, nie zawsze, ale wyjątki potwierdzają regułę, a Google ze spamem wciąż walczy i osobiście gorąco mu kibicuję.

Metod promocji mamy wiele, z czego większość po prostu kosztuje. Dajmy na to wartościowe katalogi (naprawdę wartościowe, których wskaźników TR może pozazdrościć wiele serwisów o zupełnie innej tematyce). Za wpisy w takich katalogach się płaci i nie są to wcale małe kwoty. Oczywiście można od razu rozpocząć tutaj dyskusję czy płacenie za odnośniki nie jest sprzeczne z wytycznymi dla Webmasterów, ale bądźmy realistami. Link z wartościowego katalogu warto mieć, a poza tym jeszcze nie spotkałam się z karą ręczną za odnośnik umieszczony na przykład w katalogu Wirtualnej Polski, Onetu czy Interii.

Kolejna sprawa to artykuły sponsorowane, wykorzystywane chętnie i radośnie nie tylko w Internecie. Taka forma reklamy to naprawdę wysokie koszty. Pomijam czas poświęcony na zebranie ciekawych informacji i napisanie tekstu, ale jego publikacja w renomowanym portalu... Hoho! Tu dopiero zaczynają się schody, bo stawki niektórych takich serwisów są zaporowe. A wiadomo, że wartościowego artykułu poświęconego na przykład depresji, nie będziemy usiłowali opublikować na blogu o średniej "odwiedzalności", na dodatek skupiającego się na, dajmy na to, zdrowym odżywianiu.

Dużą rolę odgrywa też czas poświęcony na promowanie strony. Jej dogłębna analiza, wprowadzanie poprawek w treści (bądź ich rekomendowanie Klientowi), eksperymentowanie z tagami META w celu sprawdzenia, które "żrą", a które wręcz przeciwnie, pilnowanie profilu linków, szukanie porzuconych przez właścicieli domen z dobrą historią, które można by przejąć (czasem wylicytować na aukcji i tu znów kłaniają się koszty), w celu wykorzystania ich na potrzeby promocji serwisu i tym podobne i tak dalej. To wszystko trwa, poświęca się tym zajęciom dużo czasu, a to też kosztuje (ostatecznie Klient nie płaci za linki, tylko za pracę SEOwca - i choć może niektórym ciężko w to uwierzyć, to jednak pracownicy firm SEO nie spędzają połowy dnia na oglądaniu śmiesznych filmików na YouTube, tylko zasuwają jak małe maszynki, wyszukując kolejne sposoby na wypromowanie serwisu, którym się opiekują).

A pytanie numer 2? Odpowiedź znów jest prosta: potrzebny jest czas. Zbyt gwałtowne pozyskiwanie odnośników (tak uwielbiane przed rokiem 2011), może wydać się Google podejrzane (pomijam sytuacje, w których firma wprowadza nowy produkt czy ofertę, która jest na tyle innowacyjna bądź interesująca, że tematem zaczynają interesować się media i rozpisują się na jej temat, przy okazji linkując do wspomnianej strony). Wszystkie działania należy prowadzić z rozwagą i rozkładać je w czasie, zamiast (jak to było kiedyś), poświęcić dwa miesiące na dzikie podlinkowywanie strony, a przez kolejne - patrzeć tylko na szybujące w górę pozycje strony i pławić się w glorii i chwale. Jeśli coś ma być zrobione dobrze i z głową, a na dodatek strona jest promowana na frazy bardzo konkurencyjne, to nie da się uniknąć czekania na wyniki.

I na sam koniec - często sami Klienci rzucają firmom SEO kłody pod nogi, jednocześnie narzekając na brak efektów, a twardo i z uporem odmawiając wprowadzenia w serwisie absolutnie niezbędnych zmian (pomijam sytuacje, w których Klient nie płaci kolejny miesiąc z rzędu i robi awanturę, że wyników brak). Wybierają do promocji pojedyncze frazy o zabójczej konkurencyjności, jednocześnie nie oferując firmie SEO niczego, co pomogłoby w zrealizowaniu usługi (czy to danych dostępowych do ftp, Search Console, czy wreszcie wyrażeniu zgody na rozszerzenie opisów znajdujących się na stronie; przykład z życia wzięty - firma chce się promować na popularne słowo kluczowe, które w treści serwisu pojawia się raz. Skoro fraza ma być powiązana z faktyczną działalnością danego przedsiębiorstwa i jest dla niego tak istotna, wypadałoby jednak danemu produktowi czy usłudze poświęcić nieco miejsca - utworzyć osobą podstronę, elegancko ją opisać, dodać jakieś zdjęcia i tak dalej i tak dalej). 

Warto pamiętać też o sprawie chyba najważniejszej - stron nie tworzymy dla wyszukiwarki, tylko dla użytkowników. Bo nawet jeśli ktoś wyda ciężkie pieniądze i faktycznie pojawi się na wysokich miejscach w SERP (i to na pewno nie dzięki metodom White Hat czy nawet Gray Hat), to uboga merytorycznie witryna nie zachęci odwiedzających do tego, by zainteresowali się bliżej tym, co jej właściciel ma do zaoferowania. Nie mówiąc już o tym, że w końcu i Panda zwróci uwagę na ubogą wartość merytoryczną serwisu i szybko zdobyte TOP5 przejdzie do historii.

piątek, 25 marca 2016

Link Building w kolorze #CCC - niezbędnik pozycjonera

Darmowy e-book opracowany przez Martę Gryszko, poświęcony metodom pozycjonowania, to skarbnica wiedzy - zwłaszcza dla tych osób, które w branży SEO stawiają swoje pierwsze kroki. Ale i "starzy wyjadacze", którzy połamali sobie zęby na googlowskich Pandach i Pingwinach, też znajdą w nim ciekawe informacje. I nie tylko!

Bardzo dużą zaletą poradnika jest szczegółowe opisywanie wszystkich technik pozyskiwania linków, wraz z podaniem konkretnych przykładów. Jak podkreśla autorka, metody, o których mowa jest w "Link Building w kolorze #CCC", wykorzystuje w swojej pracy na co dzień. Są to zatem techniki nie tylko dokładnie sprawdzone i wielokrotnie przetestowane, ale - co istotne - przynoszące dobre efekty.

Co równie ważne, e-book został udostępniony czytelnikom bloga Marty 17-ego marca bieżącego roku, jest więc to naprawdę świeża dawka wiedzy.


Na 29 stronach poradnika, omówione zostały między innymi takie zagadnienia jak:
  • Aktualizacja niedziałających linków
  • Sposoby linkowania
  • Umiejętne wykorzystanie informacji prasowych (oczywiście pod kątem zdobycia odnośników)
  • Umieszczanie wpisów w katalogach stron
  • Wykorzystanie materiałów chronionych prawem autorskim do pozyskiwania linków
  • Metody pozyskiwania linków z tzw. silnych domen (między innymi .gov)
  • Analiza linków konkurencji
  • Linkbaiting (tworzenie treści, do których sami użytkownicy będą chętnie linkować) oraz egobaiting
  • Serwisy dziennikarstwa obywatelskiego jako źródła zdobywania odnośników
  • Umiejętne wykorzystanie dodatków na stronie


To oczywiście nie wszystkie zagadnienia, opisane w poradniku, ale trzeba przyznać, że już sama powyższa lista robi wrażenie i sugeruje, że z e-booka można się będzie wiele nauczyć. I faktycznie - można.


Choć z SEO zaprzyjaźniona jestem od 10 lat, z przyjemnością zapoznałam się z technikami opisanymi przez Martę, znajdując kilka ciekawych porad i wskazówek, które z chęcią wykorzystam w swojej pracy. Początkujący pozycjoner prawdopodobnie potraktuje ten podręcznik jako kopalnię skarbów i źródło nieograniczonych możliwości.

Co ważne - Marta nie promuje w swoim e-booku technik spamerskich, rozgraniczając informowanie od "zalewania śmieciowymi wiadomościami". Ci, którzy liczyli na szybki wgląd w metody hurtowego zdobywania linków do strony, z pewnością będą zawiedzeni. I dobrze, bo promować należy wiedzę, która pozwala pozyskać odnośniki w sposób, który Google aprobuje (linkbaiting, "upominanie się o swoje" w przypadku wykorzystania przez osoby trzecie materiałów z naszej strony), a w najgorszym razie toleruje (np. katalogi stron, których nie należy mylić z tępionymi przez wyszukiwarkę farmami linków).

Ostatnią kwestią, o której chciałabym wspomnieć, jest czytelność poradnika. Jasne sformułowania, dokładne omawianie poruszanych tematów. Język zrozumiały zarówno dla SEOwca z wieloletnim doświadczeniem, jak i początkującego pozycjonera. To duża zaleta poradnika, jakim jest "Link Building w kolorze #CCC". Wszyscy, którzy obawiali się, że nie zrozumieją przynajmniej połowy zawartych w nim treści, mogą więc odetchnąć z ulgą. To podręcznik, z którego korzysta się z przyjemnością i do którego zapewne nie jeden raz będzie się jeszcze wracać, dla ugruntowania swojej wiedzy lub przypomnienia sobie konkretnego zagadnienia. Oczywiście tak długo, jak opisane w nim techniki będą miały rację bytu. A potem? Znając Martę, przygotuje kolejną, aktualną publikację ;)


Poradnik Marty Gryszko można znaleźć na stronie http://www.lexy.com.pl/blog/darmowy-poradnik-o-link-buildingu

wtorek, 27 października 2015

Mózg Google rozpoczął pracę

BrainRank
A konkretnie do boju ruszył RankBrain, nowy googlowski twór, który zaczął działać w sieci kilka miesięcy temu. Jednak dopiero wczoraj (za pośrednictwem Bloomberg) świat Internautów miał okazję dowiedzieć się o jego istnieniu.

Za co odpowiada "RankującyMózg"? Okazuje się, że ten "byt" został zaopatrzony w sztuczną inteligencję, która ma mu ułatwić interpretowanie zapytań wpisywanych przez użytkowników w wyszukiwarkę Google. 

Kierować się ma on czymś na kształt "ludzkiego nosa" i "przeczuwać", co też użytkownik miał na myśli wklepując w Google np. "pomiar ciała". Może chodzić o wiele rzeczy - być może pytający chce wiedzieć, jak za pomocą centymetra krawieckiego obliczyć obwód tu i ówdzie? Może zaś szuka kalkulatora BMI? A może chodzi mu o nowoczesną wagę elektroniczną, która takiego pomiaru dokonuje, wyświetlając procentową ilość tkanki tłuszczowej, wagę stojącej na urządzeniu osoby, a na dodatek kalkulując również BMI? Odgadnięcie myśli człowieka wpisującego zapytania, może sprawić trudność także innemu człowiekowi, jak zatem poradzi sobie z tym zagadnieniem sztuczna inteligencja?

Trudno dziwić się zatem, że świat SEO poczuł się zaniepokojony, bo jeśli rankingi stron tworzone będą w oparciu o interpretację googlowskiego "Mózgu", SERP-y mogą przybrać zupełnie nowy kształt (przynajmniej dla tych zapytań, które są niejasne i nie do końca sprecyzowane). Jednak Gary Illyes z Google do tych obaw podchodzi z pobłażaniem twierdząc, że "magia SEO" nie powinna napotkać na trudności związane z działaniem RankBrain. I chyba ma rację, skoro od kilku miesięcy RB działa, a o żadnych hiobowych wieściach na temat spadków czy dziwnych odpowiedzi na zapytania wyszukiwarki, żaden SEOwiec dotąd nie napisał.

Powstaje pytanie - czy przed RB należy się jakoś bronić? Nie sądzę. Jedyne, co możemy zrobić, to tak dbać o content, by nawet najdziwniejsze zapytanie pasujące do naszej witryny, zasugerowało RB wskazanie właśnie na nią. Choć "kwiatki" z pewnością będą się jeszcze zdarzać. O tym, jak po wpisaniu kompletnie dziwnych haseł użytkownicy trafiają choćby na blogi SEO, wiele się w branży mówiło. I pewnie mówić będzie jeszcze długo.