czwartek, 11 lipca 2013

Jak wyjść z filtra Google w 3 dni

Ostatnio coraz częściej można znaleźć artykuły poświęcone metodom na wyjście z filtra nałożonego przez Google. Do tych wpisów, które krok po kroku prezentują sposoby rozwiązania problemu jakim jest niewątpliwie "ręczna" kara od Googlarzy, dodam parę swoich spostrzeżeń. Bazując na konkretnej sytuacji.

Choć może się to wydać dziwne, od 2007-ego roku (wtedy rozpoczęłam pracę w branży SEO) ani jednej z administrowanych i pozycjonowanych przeze mnie stron nie zdarzyło się złapać filtra. Wynika to zapewne z mojego uporu w kwestii metod White Hat SEO, które może nie przynoszą szybkich i spektakularnych rezultatów, ale przynajmniej w dużym stopniu chronią przed przykrymi niespodziankami w postaci usunięcia strony z indeksu. Względnie przyłożenia jej kary na wybrane frazy. Z filtrem zetknęłam się pierwszy raz w tym roku, a w opisywanym w tym poście przykładzie - w tym tygodniu. I w zasadzie byłam na niego przygotowana.

Otóż niedawno przejęłam stronę, którą wcześniej "pozycjonowała" firma lubująca się w rozsiewaniu spamu. Gdy przeprowadziłam pierwszy audyt od razu wiedziałam, że filtr to kwestia czasu - tysiące kompletnie bezwartościowych linków, w dodatku z błędnym kodowaniem znaków w anchorach. Istna stajnia Augiasza. Zakasałam rękawy i zabrałam się do pracy, przeczesując ten gąszcz "toksycznych" linków i jednocześnie pozyskując odnośniki wartościowe, żeby powoli przywrócić równowagę w przyrodzie ;) Domeny do odstrzału skrzętnie i na bieżąco zgłaszałam przy użyciu narzędzia disavow i w ten sposób udało mi się usunąć 3/4 problematycznych odnośników zanim nadeszła wiadomość, jakiej nikt chyba nie chciałby otrzymać. Otóż Google poinformowało mnie, że na omawianej stronie odkryło nienaturalne linki i w związku z tym nałożyło na nią karę. Pokiwałam w duszy głową, składając sobie jednocześnie gratulacje, że za czyszczenie tego śmietnika zabrałam się odpowiednio wcześniej. W ciągu kilku godzin dopisałam pozostałe domeny do disavow.txt i natychmiast złożyłam odwołanie od decyzji Google. Z detalami opisałam sytuację, podając konkretne informacje:
  • przyznałam, że stronę otrzymałam pod opiekę niedawno i potwierdzam to, na co zwróciło uwagę Google - nienaturalne linki były;
  • podałam daty wgrywania poprzez Narzędzia Dla Webmasterów zaktualizowanych plików disavow.txt, w których przy każdej ich aktualizacji zwiększała się liczba domen "do skreślenia";
  • poinformowałam, że popieram działania mające na celu zniwelowanie problemu spamu w wyszukiwarkach i z tego też względu postarałam się, by moja reakcja w opisywanej sytuacji była możliwe jak najszybsza;
  • wskazałam, że wszystkie linki, które w mojej ocenie były nienaturalne i szkodliwe, są już zgłoszone poprzez disawov.txt, a pozostałe odnośniki kierujące do strony zostały pozyskane zgodnie ze standardami Google;
  • podziękowałam za wiadomość i poprosiłam o sprawdzenie czy moje działania były wystarczające do zdjęcia kary.
Wiedziałam, że na zdjęcie ręcznego filtra można poczekać około 2-3 tygodni, przeżyłam więc absolutne zaskoczenie, gdy odpowiedź od Google otrzymałam po 3 dniach. Nie tylko dowiedziałam się, że moje wyjaśnienie całkowicie przekonało "zespół odpowiedzialny za zwalczanie spamu", ale otrzymałam też informację, że całkowity powrót na utracone pozycje może chwilę potrwać. Dodatkowo Google zwróciło mi uwagę na fakt, że obecnie pracują nad ciągłym ulepszaniem algorytmu i wprowadzają setki zmian, przy ustalaniu pozycji biorąc pod uwagę około 200 czynników. Wahania pozycji mogą zatem mieć miejsce. Jeśli jednak strona będzie utrzymana w dobrej kondycji, nie powinno przytrafić się jej nic złego, a w razie wątpliwości czy problemów, zawsze mogę skorzystać z pomocy Google pod względem wymaganych przez nich standardów jakości.

Taką formułkę zapewne otrzymują wszyscy, którym udało się z filtra uciec i muszę przyznać, że została ona napisana w naprawdę fajny sposób, a moja niechęć do Google i marudzenie na ich opieszałość w działaniach, znacznie sklęsły w sobie. Okazuje się bowiem, że jednak trzymanie się wytycznych ma sens i nawet jeśli na efekty takiej pracy trzeba czekać dłużej, to o wiele łatwiej jest poradzić sobie w takich sytuacjach, jak ta.

A zatem kilka słów podsumowania

1. Nie chcesz wpaść w filtr?
  • nie pozyskuj śmieciowych odnośników;
  • jeśli jednak pozyskałeś je wcześniej, nie czekaj na wiadomość od Google - zacznij działać. Jeśli nienaturalnych linków pozyskałeś w pęczkach i nie dasz rady w ciągu jednego dnia uporać się ze wszystkimi, rozłóż sobie pracę na raty. Na bieżąco przesyłaj zaktualizowane pliki disavow.txt i notuj sobie, kiedy nimi Google uszczęśliwiałeś. Takie informacje mogą się przydać;
  • jednocześnie pozyskuj wartościowe odnośniki, o dużej różnorodności. Niech będą to anchory tekstowe (zdywersyfikowane), linki w obrazkach. Jeśli nie masz pewności jakich słów kluczowych używać, wykorzystaj narzędzie MajesticSEO - podpowie Ci ono, jak na chwilę obecną wygląda sytuacja.

2. Wpadłeś w filtr za nienaturalne odnośniki?
  • zanim się odwołasz od decyzji Google, skończ "czyszczenie stajni Augiasza";
  • wynotuj wszystkie informacje jakie mogą przydać się Google (skąd wzięły się nienaturalne linki - w moim przypadku "zadbała o nie" osoba trzecia, po której przejęłam stronę), co zrobiłeś w celu pozbycia się szkodliwych odnośników (tu warto wspomnieć o datach przesyłania kolejnych plików disavow.txt - udowodnisz, że podjąłeś działania jeszcze przed nałożeniem filtra; jeśli tak nie było - cóż, po prostu przeproś i obiecaj poprawę);
  • zaznacz, że w Twoim przekonaniu strona powinna spełniać już wszystkie wymagania Google. Podziękuj, za zwrócenie uwagi na fakt, że Twoja witryna ma problem i za przesłaną Ci informację.

poniedziałek, 8 lipca 2013

TOP 5 najczęściej popełnianych błędów - profile firmowe na Facebooku

Wpis ten poświęcę najczęściej popełnianym błędom, jakich dopuszczają się właściciele firm czy serwisów www na swoich profilach na Facebooku. Lista nie jest może imponująco długa, ale za to każda z opisanych gaf potrafi zaszkodzić. A tego przecież chyba nikt by nie chciał, prawda?


Miejsce 5: Źle dobrana reklama

Pilnujmy, by reklamy zawsze trafiały
w nasz target!
"Hura, mamy profil na Facebooku! Czas poinformować o nim cały świat!" - okej, tyko czemu przy wyborze kampanii reklamującej sklep z deskami do windsurfingu, ustawia się jako grupę docelową również osoby po sześćdziesiątym roku życia? 

FB daje całkiem fajne możliwości pod względem targetowania reklam i warto z nich mądrze korzystać. Jeśli reklamujemy hotel w Kołobrzegu, nie kierujmy tej reklamy do mieszkańców tego miasta! Jeśli chcemy poinformować o stronie poświęconej damskim kosmetykom, nie torpedujmy nią mężczyzn. W najgorszym razie wyjdziemy bowiem na osoby mocno nierozgarnięte.




Miejsce 4: Lajkowanie własnych postów


Nie bądźmy narcystyczni ;)
Trąci to mocną desperacją. Jeśli widzimy, że firma XYZ napisała post o treści "Nowa, rewolucja oferta - tylko u nas!" a pod spodem, od wielu dni, "wisi" sobie jeden lajk - "XYZ lubi to!"... Uśmiech politowania jest chyba najłagodniejszą reakcją.

Warto sprawdzać czy przypadkiem sami nie zaczynamy lajkować własnych postów - nie wygląda to dobrze zwłaszcza w sytuacji, w której w owym lajkowaniu jesteśmy osamotnieni. No, chyba że mamy skłonności narcystyczne i chcemy podkreślić, jak bardzo wielbimy wszystko, co z nami związane. W przeciwnym wypadku - odradzam samozachwyt ;)



Miejsce 3: Spamowanie

Ręce precz od rozsyłania spamu!

Gorszy wariant: "Hura, mamy profil na Facebooku! Czas poinformować o nim cały świat!" polegający na rozsyłaniu do (nie)znajomych wiadomości prywatnych, ograniczających się do tekstu "Zapraszam do polubienia mojej strony!" lub "Pomóż mi zdobyć 1000 lajków do końca dnia, bo założyłem się z kimś, że mi się to uda! Roześlij tę wiadomość znajomym!".

O zgrozo do takich metod uciekają się nie tylko "świeżynki", ale też firmy czy... artyści. Spam szerzą też na osiach czasu, doprowadzając ich właścicieli do białej gorączki.



Miejsce 2: Źle założony profil firmy


Źle założony profil oddala nas od celu
Zdarza się to bardzo często i coraz częściej Facebook daje za to "po łapach". Jeśli chcemy stworzyć fanpage własnej firmy czy strony, to nie tworzymy konta osobistego! Jest to wbrew regulaminowi FB, a poza tym pozbawia nas mnóstwa opcji dostępnych dla profili komercyjnych. Firmie-osobie nie wystawimy rekomendacji, nie przypiszemy do niej branży, nie będziemy też mogli w pełni korzystać z opcji reklamowych, do jakich dostęp ma każdy fanpage. I, co również ważne, taki profil wygląda po prostu mało profesjonalnie...



Miejsce 1: Publikowanie przypadkowych treści

Publikując "cokolwiek" nie dotrzemy
do naszego targetu
Tworzenie ruchu na profilu "na siłę" jest spotykane bardzo często i równie źle widziane przez użytkowników, z których wielu zaczyna traktować prezentowane treści jako spam. W efekcie - fanów nie tylko nie pozyskujemy, ale wręcz tracimy.

Bo wyobraźmy sobie taką sytuację: jeśli firma zajmująca się dostarczaniem bezprzewodowego Internetu, publikuje na swoim profilu dowcipy o Żydach, to chyba coś jest nie w porządku? Względnie na fanpage'u gabinetu stomatologicznego prezentowane są gorące newsy o Snowdenie, skopiowane z portali informacyjnych... Takie kwiatki niestety często mają miejsce i stawiają pod znakiem zapytania sens istnienia tego typu profili firmowych w portalach społecznościowych.


Decydując się zatem na założenie fanpage'a dla swojej firmy czy strony, pamiętajmy o przestrzeganiu podstawowych zasad i unikajmy wymienionych wyżej błędów. Określmy swój target i publikujmy treści powiązane z naszą działalnością, przydatne użytkownikom, a nie tylko takie, które mają (w naszym mniemaniu) zapewnić jakiś ruch na profilu.

środa, 3 lipca 2013

Jak Google naprawia sytuację w SERP od... drugiej strony

Tytuł wpisu powinien zabrzmieć dosadniej i chyba wszyscy wiedzą, co miałam na myśli o "drugiej stronie" pisząc. Przejdę jednak do konkretów, które sprawiają, że mój początkowy entuzjazm związany z Pingwinem i Pandą - zmianą w algorytmach Google - umarł śmiercią naturalną. A za to zęby na nowo zaczęły mi zgrzytać.

Problem pierwszy 

SPAM - jak się szerzył, tak się szerzy, kwitnie i ma się świetnie. Nie odnotowałam większych spadków w SERPach tych stron, które od dawna mam na oku, a które zwyczajnie łamią większość wytycznych Google. Śmieciowe linki, zero sensownej treści - i cóż z tego, kółko wzajemnej adoracji spamerów śmieje się radośnie, zakładając kolejne SWL-e. Twarze zwolenników White Hat SEO stają się coraz bardziej "white", a nie wykluczam, że u co poniektórych pojawiła się już nawet sina zieleń i fioletowe kręgi pod oczami.

Problem drugi

Co za dużo, to niezdrowo - rozumiem konieczność wprowadzania modyfikacji w algorytmie wyszukiwania, ale na litość: od końca maja zmiany wprowadzane są nieustannie. Najbliższa ma się zakończyć jutro, ale nie zdziwiłabym się, gdyby już w piątek zapowiedziano kolejną. Efekt? Dezorientacja. Pewnie jak zawsze o to właśnie Google chodzi, ale tu kłania się problem pierwszy - gdyby zmiany uderzały w spamerów i służyły oczyszczeniu wyników wyszukiwania, nie miałabym nic przeciwko. Tymczasem mydlenie oczu i niepewność dnia następnego to wątpliwe szczęście, które dotknęło całą branżę.

Problem trzeci

szalony pozycjoner jako efekt uboczny działań Google
Czy tak właśnie Google
widzi naszą przyszłość? ;)
Zajęte cyrkowymi sztuczkami Google, zaniedbało dwa podstawowe narzędzia: GA i GWM. W obu notorycznie pojawiają się błędy, wprowadzane są jakieś zmiany bardziej utrudniające niż ułatwiające życie i w efekcie dezorientacja dodatkowo nabiera na sile. Część środowiska doszukuje się nawet teorii, że znikające linki to przymiarka do filtrów i banów. Wizji apokaliptycznych mamy coraz więcej, a lada moment na ulice wylegną tysiące paranoików twierdzących, że widzieli na własne oczy filtr Google czyhający na ich strony pod biurkiem lub też skrzętnie ukryty za monitorem. Zęby szczerzący i pianę z pyska toczący.


Jakiś czas temu zażartowałam na Facebooku, że celem Google jest doprowadzenie wszystkich pozycjonerów do obłędu, przyodzianie ich w kaftany bezpieczeństwa i zamknięcie w zakładach specjalnych. Ale wiecie co? Parę dni temu ten żart kompletnie przestał mnie bawić ;]

niedziela, 30 czerwca 2013

Kilka słów o promocji na Facebooku

Facebook od dawna pozwala na prowadzenie w portalu kampanii reklamowych, które (o ile są dobrze skonfigurowane), mogą zapewnić dodatkowy ruch na stronie. Dzisiaj jednak chciałabym poruszyć zagadnienia nie związane bezpośrednio z opcją w stylu "Pozyskaj więcej fanów", ale z równie (o ile nie bardziej) istotną.

Dość często spotykam się z dwoma pytaniami odnośnie profili firm na Facebooku:
1. Jak włączyć rekomendacje?
2. Jak promować konkretny post, a nie cały profil?

Dzisiaj na te pytania pozwolę sobie odpowiedzieć, rozjaśniając nieco sytuację.

Rekomendacje

Rzecz niezwykle przyjemna, pozwalająca na ocenę firmy/serwisu przez osoby, które zajrzą na profil ww. Wyglądają one tak:

Rekomendacje na Facebooku

Można oczywiście rozwinąć poszczególne opinie, dodatkowo je "lajkować" i tym samym wpływać na reputację ocenianej firmy czy serwisu. Pojawia się jednak problem, gdy na fanpage'u nie jesteśmy w stanie okienka z rekomendacjami odnaleźć. Co wtedy?

Facebook wymyślił sobie, że referencje możemy wystawić wyłącznie tej firmie, która w profilu poda swoją lokalizację. Żeby było ciekawiej, lokalizacja może być wzięta kompletnie z kosmosu (np. umiejscowimy sobie przedsiębiorstwo w szczerym polu i też będzie dobrze, ponieważ nikt z FB tego nie weryfikuje; z drugiej strony często Facebook ma problem z adresem jak najbardziej poprawnym i wówczas trzeba nieco pokombinować, żeby zechciał go wziąć pod uwagę - np. zamieniając hasło"lok." czy "m." na "/" w adresie). Jedyne, co jest tak naprawdę istotne, to wyświetlenie na mapce znacznika i umieszczenie go na głównej stronie fanpage'a. No dobrze, jak zatem to zrobić? Po kolei:

  • klikamy w "Informacje" o naszej firmie
  • klikamy "edytuj" przy zakładce "Podstawowe informacje"
  • uzupełniamy pola: adres, miejscowość, kod pocztowy
  • upewniamy się czy wygenerowała się mapa ze znacznikiem i czy FB nie wyrzuca żadnych błędów (jeśli wyrzuca, zwykle w związku z adresem, poprawiamy go do skutku - w ostateczności pozostawiamy sam numer budynku)
  • pod mapką zaznaczamy opcję "pokaż tę mapę na stronie"
  • zapisujemy zmiany
I gotowe: rekomendacje magicznie pojawiają się na naszym fanpage'u - teraz pozostaje uśmiechnąć się do Klientów o napisanie o nas paru ciepłych słów ;)

Promowanie konkretnego wpisu

Czasem promocja wybranego wpisu na tablicy jest sensowniejsza niż tworzenie odrębnej reklamy. Np. nasz sklep internetowy właśnie ogłosił promocję trwającą 24 godziny i chcielibyśmy dotrzeć z tą informacją do jak największej grupy odbiorców. Jak to zrobić? Prosto, pod warunkiem, że mamy przynajmniej 100 fanów. Dopiero wówczas opcja promowania konkretnych wpisów staje się aktywna:


Kliknięcie na opcję "promuj post" spowoduje, że pojawi się nowe okienko, w którym będziemy mogli zdefiniować ustawienia kampanii reklamującej wpis (trwać będzie ona dokładnie 24 godziny - decydujemy ile jesteśmy gotowi na taką promocję wyłożyć i ustalamy grupę docelową; wybrane parametry możemy dodatkowo zapisać i skorzystać z nich w przyszłości). Gdy okres promocji się skończy, otrzymamy informację na ten temat oraz możliwość kontynuacji promowania wpisu. 

Jest to całkiem fajna opcja, która pozwala naprawdę szybko rozpocząć reklamę konkretnego wpisu i która, odpowiednio skonfigurowana, potrafi przynieść całkiem dobre efekty, o czym miałam okazję przekonać się już niejednokrotnie. 

środa, 26 czerwca 2013

Google znów zmienia reguły gry?

Z dużym zainteresowaniem przejrzałam dzisiaj wpis, który opublikował Cezzy. Wynika z niego jasno, że Google postanowiło kolejny raz zagrać nam na nosie - i (jak to zwykle bywa) zrobiło to niejako za naszymi plecami. O ile bowiem zapowiedzi Matta Cuttsa o walce z nielegalnymi praktykami publikowane są z dużym hukiem, o tyle modyfikacje realnie wpływające na ranking przechodzą bez echa. Ba! Wprowadzane są po cichu (jak choćby modyfikowanie przez Google tytułów stron czy zwiększenie znaczenia linków brandowych, o czym w społeczności SEO Google poinformowali sami pozycjonerzy).

O tym, że głównym zadaniem Matta Cuttsa jest tworzenie "zasłony dymnej" i odwracanie uwagi od faktycznych poczynań Google, pisało już wielu i nie jest to tajemnicą. Zdaje się jednak, że rozbieżności pomiędzy oficjalnym stanowiskiem właścicieli najpopularniejszej wyszukiwarki a ich realnymi działaniami, są o wiele większe niż można by przypuszczać.

Co to oznacza dla branży? Cóż, jak zwykle pozostajemy zdani na siebie i na własne obserwacje. Oficjalne informacje warto oczywiście śledzić, ale traktowanie ich jak wyroczni byłoby potwornym nieporozumieniem. Co zostało udowodnione po raz kolejny.

W kontekście ostatnich zmian w zapisach "Pomocy" Narzędzi Dla Webmasterów, warto postawić sobie jednak kluczowe pytanie. Jak roboty Google poradzą sobie z oceną treści na witrynach? Owszem, od tego jest już Panda, ale dotąd uwaga wielu osób koncentrowała się bardziej na zmianach związanych z Pingwinem i oceną wartości odnośników kierujących do strony. A patrząc na spam w SERPach trudno oprzeć się wrażeniu, że Panda sobie z oceną treści nie radzi na tyle, by stała się jednym z ważniejszych wyznaczników dla tworzenia rankingu stron w Google.


środa, 12 czerwca 2013

A jednak Panda!

Panda 123RF Zdjęcie SeryjneJakiś czas temu pozwoliłam sobie na podzielenie się przeczuciem dotyczącym lekkich zawirowań w wynikach wyszukiwania. Było to wkrótce po wypuszczeniu przez Google Pingwina z "dwójką" na plecach. Zauważyłam, że zmiany jakie obserwuję nie kojarzą mi się z działaniem Pingwina, ale Pandy (szczegóły w tym wpisie). I cóż, widać dusza (czy też kobieca intuicja) mnie nie zawiodła - Matt Cutts przyznał właśnie, że "Taniec Pandy" trwa już od jakiegoś czasu i będzie trwał w najlepsze.

Osobiście czuję się wyjątkowo uszczęśliwiona tą informacją, ponieważ Panda zwraca uwagę na treści publikowanych na stronach. Może dzięki temu uda się wreszcie zepchnąć z czołowych miejsc strony masowo linkowane, ale o fatalnej zawartości merytorycznej, często przypominającej wymieszanie grochu z kapustą. A także marnej jakości strony "zapleczowe" czy też nakierowane wyłącznie na masowe sprzedawanie linków w treści, która ze stronami na które kierują odnośniki, nie ma nic wspólnego. Pod tym względem będę zdecydowanie kibicować Google! Go go Panda!

sobota, 1 czerwca 2013

Czy w dobie Pingwina katalogi mają jeszcze jakąkolwiek wartość?

Katalogi w formie papierowej
źródło: 123rf.com
Temat katalogów maglowałam już na tym blogu parę razy, ale ponieważ postawione w tytule wpisu pytanie wraca jak bumerang, poświęcę tej kwestii jeszcze kilka/naście/dziesiąt zdań. A w przyszłości może i więcej, ale przejdźmy już do meritum.

Jak to zwykle w branży SEO bywa, udzielane odpowiedzi na postawione w tytule pytanie wykluczają się wzajemnie. Jedni twierdzą, że katalogowanie wciąż jest żyłą złota (dla tych co sprzedają do katalogów kody, jest taką żyłą z całą pewnością), inni zaś gromko krzyczą, że "koniec jest bliski" i linki pozyskiwane z katalogów są niewiele warte, a wręcz szkodliwe.

Gdzie leży prawda? Moim zdaniem gdzieś po środku. Odpowiedzmy sobie zatem na parę dodatkowych pytań, które nieco rozjaśnią tę zagmatwaną sytuację (pamiętając, że zaprezentowana zostanie tu wyłącznie moja opinia i że bazuję na spostrzeżeniach własnych, a nie tajnych informacjach uzyskanych tajną drogą od tajnego przedstawiciela Google).


Czy link z katalogu może zaszkodzić?


Może, jak każdy inny zły link. Czasem mam wrażenie, że wiele osób zapomina o dość istotnej kwestii - katalog stron to przecież też strona! Jak każda inna może być brzydka lub ładna, zadbana lub nie, zapchana skopiowaną treścią lub serwująca elegancko posegregowane i unikalne teksty. Może na stronie głównej publikować odnośniki do stron słabych, może i do mocnych. Może być źle napisana (kod) i postawiona na niezmodyfikowanym skrypcie pełnym błędów, ale może być też całkowitym unikatem, stworzonym przez natchnionego programistę. Może leżakować na serwerze wśród stron o tematyce hazard, porno, hazard, porno, a może znajdować się w sąsiedztwie samych perełek Internetu. Link ze złej strony, z niską wartością Trust Rank, rzeczywiście wiele nie da, a może nawet przysporzyć kłopotów. Pozyskiwanie takich linków w tysiącach to już niewątpliwie strzelanie sobie w stopę, bo śmieciowe odnośniki prędzej czy później na witrynie się odbiją.

A czy link z katalogu może pomóc?

Moim zdaniem może i daleko wcale nie muszę szukać. Katalog Zgreda - dopieszczony, zadbany, fajnie opisany, z sensownymi linkami, z Trust Rankiem oscylującym koło wartości 7 (źródło). Sprawdzałam dwa razy, bo mało która strona firmowa może się pochwalić tak wysokim wskaźnikiem zaufania. A to "tylko" katalog! Czy pozyskanie odnośnika z takiego serwisu może pomóc? Z pewnością nie zaszkodzi.

Czy koniec jest bliski?

Moda na apokalipsę widać trwa w najlepsze. Przeżyliśmy 21 grudnia 2012, przetrwaliśmy Pandę i dwa Pingwiny, efekt Carringtona 2013 zapowiadany na maj jakoś nie dał się zauważyć, branża SEO wciąż się trzyma, nawet spamerzy (to akurat przyznaję ze smutkiem) mają się świetnie, skąd więc to wieszczenie rychłego upadku katalogów? Google, od kiedy sięgnę pamięcią, robi z nimi porządek - tak samo jak ze wszystkimi innymi stronami. Słabe lecą do kosza (nie wszystkie, część się zawsze ostanie, względnie powstaną nowe), mocne zyskują na pozycji. Nie wierzę w to, że pewnego pięknego dnia włączę komputer i ujrzę na G+ posty informujące o tym, że szlag trafił wszystkie katalogi stron internetowych, bo Google wpadło na pomysł zidentyfikowania wszystkich baz stron i poszczucia ich np. Pekińczykiem (też na "P", do towarzystwa Pandzie i Pingwinowi).

Wychodzę z założenia, że dobre strony, z dobrą zawartością i nie robiące ostentacyjnie Google "koło nogi", obronią się. A odnośniki z nich będą równie wartościowe jak i same strony. I to samo dotyczy katalogów.