poniedziałek, 25 lutego 2013

O katalogach raz jeszcze

Na forum PiO trafiłam ostatnio na wpis rozgoryczonego użytkownika twierdzącego, że zabrał się za porządkowanie swojej bazy katalogów stron i przeżył wstrząs na widok liczby nie działających już adresów. Cóż, prawda jest taka, że wypadałoby jednak od czasu do czasu "przewietrzyć" swoją bazę i sprawdzić, jak się sprawy mają. W przeciwnym razie okazać się może, że do przejrzenia będziemy mieć kilka tysięcy adresów (z których istotnie większość może nie działać - wiele katalogów powstaje bowiem na zasadzie chwilowej mody na dany skrypt i kończy swoją karierę po roku, gdy przychodzi do przedłużenia ważności domeny). Oczywiście nie trzeba tego robić ręcznie, aczkolwiek dobrze jest rzucić okiem na wybrane katalogi i sprawdzić nie tylko czy wciąż są aktywne, ale też czy w ogóle przyjmują jeszcze wpisy (całkiem spora grupa katalogów SEO ma niestety w kolejce po kilkaset stron, co nie wróży niczego dobrego).

Zmieniające się trendy

Przeglądając własną bazę katalogów, z pewną melancholią zauważyłam jak bardzo zmieniły się w ostatnich latach trendy jeśli chodzi o "wartościowe spisy stron". Na samym początku mojej przygody z pozycjonowaniem, triumf święciły katalogi qlWeb, później przyszedł czas nas Otwarty.pl mini i CNCat, około roku 2009 jeśli mnie pamięć nie myli, pojawił się Hurricane, popularność zaczął zdobywać także WordPress. W tym momencie "rynek" należy do SeoKatalogów. Za każdym razem jednak sytuacja wygląda identycznie - pojawia się nowy skrypt, powstają setki (jeśli nie tysiące) bazujących na nim katalogów, a część pozycjonerów zaczyna wieścić koniec ery starych skryptów. Wiele dobrych katalogów, postawionych na tych nieco starszych, odchodzi w niepamięć i przestaje być doceniana przez osoby pozycjonujące strony. Dlaczego? Czy wynika to z rozsyłanych wiadomości, że Google przestaje zwracać uwagę na darmowe katalogi? A może ze zwyczajnego lenistwa (wiele automatów nie radzi sobie ze starszymi "modelami" spisów)?

Tak wiele mówi się o tym, że Google lubi różnorodność. Skąd zatem ten pęd do dostarczania mu linków z tych katalogów, które są "na topie" i ignorowania innych? I to wartościowych, z dużą ilością BL, paroletnim stażem i wysokim PR (którym wiele osób wciąż się sugeruje).

Jakby ci tu dać na imię...

Przy okazji przeglądania bazy katalogów można się często złapać za głowę i zacząć zastanawiać nad tym, co u licha autor miał na myśli zaklepując sobie domenę - adresy niektórych spisów są bowiem wyjątkowo... niecodzienne. Zdarzają się oczywiście katalogi o mało wyszukanych nazwach, rezerwowanych na zasadzie "pierwsze wolne" w stylu http://www.skj.pl/ czy http://mhu.pl/. Takie adresy nikogo chyba już nie dziwią i można uznać je za neutralne. Czasem jednak osoby rejestrujące domeny pod katalogi wykazują się inwencją twórczą, która w niektórych przypadkach bawi, w innych zniesmacza, a w skrajnych - woła o pomstę do nieba.

Wiadomo, Google to nie człowiek i jest mu wszystko jedno jak też nazywa się strona, która linkuje sobie do jakiegoś wielce poważanego serwisu. Jednak już właściciel owego serwisu prawdopodobnie nie byłby zachwycony widząc, że kierują do niego linki ze stron, w adresie których widnieje np. japońskie słowo bukkake... Kutaphone.pl może być oczywiście potraktowany z pewnym przymrużeniem oka, choć i tu parę osób mogłoby się pewnie skrzywić. Różne reakcje zapewne wywoływał też (nieistniejący już) katalog o wdzięcznej nazwie niezlemajtki ;)

Jak już wyżej napisałam, nazwa domeny to w zasadzie sprawa drugorzędna - liczy się działający skrypt, sprawna i skuteczna moderacja, promowanie i "wzmacnianie" katalogu. Ale czasem warto się zastanowić czy aby na pewno zgłaszający będzie miał ochotę zapłacić za to, by jego strona pojawiła się w domenie o nazwie wprost odwołującej się do pewnych zachowań seksualnych...

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza